Oddech uwiązł mi w gardle. Słowa na stronie nie wydawały się po prostu wydrukowane; zdawały się wypalone.
– Inspirator? – Mój głos drżał.
„Inspirator... Co za aroganckie, dziwaczne słowo” – myśli gnały w mojej głowie. „Nie »Artysta«, nie »Twórca«. Inspirator. Jak gdyby nie zamierzał czerpać inspiracji ze mnie, lecz tworzyć ją we mnie, niczym chemik wywołujący reakcję w probówce. To słowo cuchnęło chłodem i absolutną kontrolą”.
– To jest... to jest szaleństwo – wykrztusiłam, cofając się o krok. – Nie może pan... To nieetyczne. To wbrew wszystkim uniwersyteckim zasadom.
– To ja jestem zasadami, Miss Hayes – jego spojrzenie zmieniło się w lód. – Przynajmniej w tym studio. Nie jestem tylko artystą; jestem architektem uczuć. Wymagam czystego materiału. Nie mogę pozwolić, by moja muza „zanieczyszczała” swoje emocje trywialnymi, zewnętrznymi romansami. Wymagam twojej całkowitej, stuprocentowej koncentracji. Fizycznej i emocjonalnej.
Podszedł do okna i wyjrzał na kampus. – Davies powiedział ci, że jestem niekonwencjonalny. To jest cena geniuszu. Twojego i mojego. Twoja praca magisterska stanie się arcydziełem, ponieważ w końcu napiszesz o tym, czego doświadczasz, a nie o tym, co czytasz.
Milczałam, gorączkowo rozważając opcje. Pięć lat pracy kontra... co? Sprzedanie się w intelektualną niewolę? A może to moja jedyna szansa?
– To nie oznacza, że zostaniemy kochankami, Sophia – powiedział, jakby czytał w moich myślach. – Oznacza to, że jeśli tak się stanie, będzie to częścią procesu. Tak jak wszystko inne. Ta zasada dotyczy wyłączności. Kontrolowania zmiennych. Jako badaczka powinnaś to zrozumieć.
Usiadł z powrotem przy biurku. – Masz czas do jutra rana. Punkt dziewiąta. Jeśli się pojawisz, podpiszemy resztę. Jeśli nie... cóż, powodzenia przed komisją.
Zostałam odprawiona.
Nie spałam całą noc. Krążyłam po moim malutkim, wynajmowanym mieszkaniu, w kółko czytając czerwony atrament na marginesach mojej pracy. Wpisałam w Google: Jared Thorpe. „Geniusz”, „prowokator”, „skandal”, „sprzedaż za miliony dolarów”. A pośród tego wszystkiego jeden mały, zagrzebany link. Dwuletni post na uniwersyteckim blogu zatytułowany: „Gdzie się podziała Elena Ross?”.
Elena Ross. Błyskotliwa studentka, poprzednia protegowana Thorpe’a. Zdobyła prestiżowe stypendium za pracę, którą nadzorował. A potem... po prostu zniknęła. Artykuł wspominał o „urlopie twórczym” i „problemach zdrowotnych”.
Dreszcz przebiegł mi po plecach.
O 8:59 stałam pod drzwiami jego studia. Ręce mi drżały, ale umysł był zdecydowany. Dokonałam wyboru.
Nacisnęłam dzwonek.
Otworzył natychmiast, ubrany w idealnie skrojony garnitur, jakby w ogóle nie spał. Nie wyglądał na zdziwionego.
– Zgadzam się – mój głos brzmiał pewniej, niż się spodziewałam.
Jared Thorpe skinął głową, wpuszczając mnie do środka. Gruba teczka – kontrakt – leżała już na jego biurku.
– Dobrze – powiedział. – Ale zanim cokolwiek podpiszemy, jest coś, co musisz zobaczyć. Jesteś inteligentną dziewczyną. Sprawdziłaś mnie. Znalazłaś Elenę?
Serce mi zamarło. Skinęłam głową w milczeniu.
– Tak myślałem.
Poprowadził mnie na drugi koniec studia, do ogromnego płótna przykrytego zwykłym białym materiałem.
– Elena była moją poprzednią muzą – zaczął. – Była niesamowicie utalentowana. Ale ona... pękła.
Jednym gwałtownym ruchem ściągnął płótno z obrazu.
Westchnęłam z przejęcia. To był portret kobiety – bez wątpienia Eleny. Niesamowicie pięknej. I całkowicie obłąkanej. Została przedstawiona w trakcie krzyku, ale jej krzyk był niemy, uwięziony wewnątrz płótna. To było najbardziej genialne i najbardziej przerażające dzieło sztuki, jakie kiedykolwiek widziałam.
– Jest teraz w prywatnej klinice psychiatrycznej w Szwajcarii – powiedział cicho Jared. Jego głos był beznamiętny, stwierdzał fakt. – To ważne, żebyś zrozumiała całe ryzyko, Sophia. Ten kontrakt to nie zabawa.
Spodziewał się, że będę przerażona. Spodziewał się, że ucieknę, jak zrobiłby to każdy zdrowy na umyśle student po zobaczeniu dowodu na niebezpieczeństwo, na które się pisze.
Jednak patrząc na ten portret, nie widziałam tylko szaleństwa. Widziałam geniusz. Widziałam to samo „życie”, którego tak rozpaczliwie brakowało mojej pracy. Widziałam moc, którą Thorpe zdołał wydobyć z Eleny, nawet za tak straszną cenę.
Wypełniła mnie zimna, dzwoniąca w uszach determinacja. Nie byłam Eleną. Ja nie pęknę.
Powoli odwróciłam się od portretu i spojrzałam mu prosto w oczy, napotykając jego ciężkie, oceniające spojrzenie.
– Rozumiem ryzyko – powiedziałam stanowczo. – Gdzie jest reszta kontraktu?
Jared Thorpe wpatrywał się we mnie przez długą chwilę i wydawało mi się, że w głębi jego ciemnych oczu coś mignęło. Coś na kształt... szacunku.
– Na moim biurku – skinął głową i zaprowadził mnie z powrotem.
