Deszcz ustał w nocy. O ósmej szła już ścieżką w czystym szarym świetle, które pachniało mokrym kamieniem i zeszłorocznymi liśćmi, a kałuże wzdłuż rynsztoka odbijały to samo płaskie niebo w potrzaskanych kawałkach. Torba była lżejsza niż wczoraj. Siatkę A3 zostawiła w minshuku, bo dziś nie będzie wypełniać rubryk; dziś będzie powiększać przestrzeń wokół nich.
Hatsumi-san podała jej ryż, ciemne miso i małą płaską rybę, której nazwy Iva wciąż nie znała. Herbata była gorętsza niż pokój. Irysy w zielonym wazonie były tymi samymi irysami. Jadła, nie mówiąc wiele, i ukłoniła się w drzwiach ukłonem, który miał właściwy rozmiar na śniadanie.
Listę próśb napisała w pociągu dwie noce temu i poprawiła ołówkiem przy herbacie. Trzy punkty. Mapy powiatowe z lat siedemdziesiątych, skonfrontowane z reformą administracyjną z 1981 roku, która przemianowała drogi wiejskie. Zasoby lokalnych gazet z lat 1973–1975, ze szczególnym uwzględnieniem kolumn literackich. Dokumenty sądowe dotyczące własności intelektualnej i autorstwa z tego samego okresu, regionalne, nie węższe niż powiat.
Naomi była przy swoim kontuarze. Ten sam szary kardigan. Ten sam precyzyjny ukłon. Iva położyła listę na wypolerowanym drewnie między nimi i pozwoliła Naomi ją przeczytać. Naomi przeczytała raz, a potem drugi, tak jak czytała wszystko — jakby drugie przejście było tym, czego wymagała praca, a pierwsze tym, na co pozwalała uprzejmość.
„Wszystkie trzy" — powiedziała Naomi.
„Wszystkie trzy."
Naomi dała ten mały skinieniu głową, który oznaczał, że zacznie od map, bo mapy były w sali publicznej i zajmie jej to cztery minuty, a zasoby gazet były na drugim piętrze pod ziemią i zajmie jej to dwadzieścia.
O dwadzieścia po dziewiątej mapy leżały na stanowisku drugim. Iva rozłożyła najpierw współczesny arkusz GSI, potem przycisnęła jego rogi lakierowanymi kamykami rzecznymi, które archiwum trzymało w drewnianej misie do tego celu. Obok ułożyła mapę z przeglądu Showa z 1978 roku. Dwa arkusze pochodziły z różnych partii papieru. Arkusz Showa był miększy, z lisimi brzegami, a tusz był cieplejszy w czerni niż pamiętała z wczoraj.
Tatsumi-bashi znalazła w jedenaście minut.
Był to kładka w podgórzu na północ od miasta, dwie doliny od właściwej Ujigawy, na strumieniu, który na współczesnej mapie wchłonięto w przepust pod numerowaną drogą powiatową. Mapa Showa wciąż rysowała strumień i kładkę, i nazywała je oboje staranną ręką geodety, który podpisał swoje inicjały w dolnym rogu w 1978 roku. Po reformie z 1981 roku droga przez kładkę wchłonęła numer trasy, kładka wzięła ten numer razem z nią, a stara nazwa nie trafiła na żadną mapę ani żaden drogowskaz. Kładka wciąż tam była. Gdyby wstała i ruszyła na północ, doszłaby tam w pięćdziesiąt minut spacerem.
Zaznaczyła ołówkiem na arkuszu GSI miejsce, gdzie arkusz Showa miał kładkę. Wczorajszy wpis w kolumnie miejsca w siatce pozostanie tam, gdzie jest. Stara nazwa wciąż była tą właściwą nazwą. Nowa nazwa była tylko nową nazwą.
Kuromata-michi nie było na żadnej z map.

Odsunęła dłonie od stołu i złożyła je na kolanach, i opuściła ramiona. Metoda dała jeden z dwóch wyników. Metoda da drugi, gdy właściwy dokument trafi pod jej rękę — albo nie da, i tak czy inaczej postępowanie było uczciwe.
Zasoby gazet dotarły o dziesiątej dwadzieścia w trzech szarych pudłach z klapką, opatrzonych datami miesięcznymi na grzbietach. Iva przeszła przez wiosnę 1974 roku w kolumnach literackich dwóch regionalnych tygodników i porannego dziennika. Dzienniki były łatwiejszym obiektem; tygodniki zajęły więcej czasu, bo ich kolumny literackie ukazywały się z opóźnieniem względem wszystkiego innego. Do jedenastej miała to, o co prosiła, a czego nie spodziewała się potrzebować.
Osiemnaście linijek w porannym dzienniku z ósmego marca 1974 roku. Nagłówek był mały. Sąd powiatowy wyda wyrok w przyszłym tygodniu w sprawie o przywłaszczenie literackie. Treść utrzymana była w ostrożnej, unikającej szczegółów prozie małych gazet piszących o sprawach sądowych, o których redaktorzy wiedzieli nieco więcej, niż mogli wydrukować. Znany poeta wniósł roszczenie o przywłaszczenie przeciwko drugiej stronie w związku z niedawnym cyklem wierszy. Sąd powiatowy ogłosi wyrok w następnym tygodniu, siedemnastego. Notka nie podawała żadnego nazwiska.
Zapisała datę na odwrocie skórzanej okładki. 17 marca 1974.
Zapisała miejsce. Kyoto Prefectural Court.
Wykonała proste działanie, które zawsze wykonywała. Pierwszy list w pudełku w Shinsei był datowany na dwudziesty marca 1974 roku. Działanie dawało jej trzy dni.
Zamknęła pudełko i wyszła na dziedziniec.
Ławka przy stojaku na rowery była ciepła w nieregularnych plamach południowego słońca. Zjadła onigiri z łososiem, bo konbini na rogu sprzedawało to, co sprzedawało, i nie odrywała wzroku od wytartych desek ławki. Wzdłuż dziedzińcowego muru wróbel pracowicie dziobał szczelinę w betonie. Złożyła opakowanie w taki sam mały kwadrat jak dnia poprzedniego. Zastanawiała się nad tym, co już ma, i nad tym, czego wciąż brakuje.
Co miała: znany poeta, zwycięski w marcu 1974 roku, w sprawie z zakresu prawa autorskiego rozpatrywanej w Kyoto. List rozpoczęty trzy dni po ogłoszeniu wyroku, ręką człowieka, który nie zwracał się do nikogo — a więc do wszystkich. Para inicjałów w nawiasie, wpisana dwa miesiące później, jakby nawias był jedynym miejscem, w którym dało się te inicjały umieścić. Dwie niezweryfikowane nazwy miejscowości, z których jedną geodeta w 1978 roku był w stanie odnaleźć, a reforma administracyjna z 1981 roku — ododnaleźć.
Brakowało nazwiska.
Wróciła do środka. Naomi stała za swoim kontuarem i pracowała przy kartotece z tą spokojną, skupioną dokładnością, z jaką wykonywała wszystkie drobne zadania. Iva położyła rewers na blacie. Akta sądowe, własność intelektualna, autorstwo i plagiat, marzec i kwiecień 1974 roku, prefektura Kyoto. Liczby spraw nie było na rewerSie, bo jej nie znała; poprosiła o wszystko, co pasuje do opisu.
Naomi spojrzała na rewers. — Several cases — powiedziała po angielsku, potwierdzając tym samym, że dobrze rozumie kategorie.
— Several. Yes.
Naomi kiwnęła głową i zniknęła w magazynie.

Zajęło jej to dwadzieścia pięć minut. W archiwum było dość cicho, żeby Iva słyszała miękki odgłos kółek wózka w trzech pokojach za ścianą, zbliżający się etapami. Kiedy wózek wjechał przez drzwi, Naomi miała na nim cztery teczki; piątą podniosła z dolnej półki, podtaczając wózek do stanowiska drugiego. Pięć.
Iva postąpiła metodycznie. Rozłożyła teczki według daty orzeczenia wydrukowanej drobnym drukiem w prawym górnym rogu każdej okładki. Okładki były ciemnobrązowe, grzbiety przewiązane sznurkiem, papier na tyle stary, że w dotyku przypominał tkaninę. Trzy z pięciu teczek pochodziły z marca. Dwie z kwietnia.
Otworzyła najwcześniejszą. Wydawnictwo edukacyjne przeciwko szkole średniej, kopiowanie materiałów podręcznikowych. Nie to, czego szukała; zamknęła teczkę i odłożyła ją na lewo.
Otworzyła drugą. Dwóch scenarzystów w sprawie autorstwa teleplay'u wyemitowanego przez regionalną stację. Nie literatura w interesującym ją sensie, ale i tak przeczytała pierwszą stronę. Chciała mieć pewność co do tego, co odkłada na bok. Zamknęła teczkę i odłożyła ją na lewo.
Otworzyła trzecią.
Na okładce widniało, starannym pędzlem archiwisty z roku 1974:
Yamada Hideo przeciwko Mizuno Ayako.
Linijka poniżej: Powód: Yamada Hideo. Pozwana: Mizuno Ayako.
Data orzeczenia w prawym górnym rogu: 17 marca 1974.
Przeczytała linijkę o powodzie jeszcze raz. Przeczytała ją tak, jak czytała list, który miała przetłumaczyć, jak czytała cokolwiek, co wymagało od niej pewności: raz dla słów, raz dla kolejności słów, raz dla tego, co kolejność słów oznaczała.
Powodem był poeta.
Przez jeden oddech trzymała okładkę w dłoniach. Potem zamknęła teczkę.
Położyła ręce na brązowym papierze. Papier był chłodny. Pod lewą dłonią czuła przez okładkę sznurkowy grzbiet i lekkie, ledwie wyczuwalne wypukłości tam, gdzie przewleczono wiązanie. Pod prawą dłonią czuła datę.
Otworzyła skórzaną okładkę na stronie, gdzie leżały dwie notatki z dziedzińca. Dopisała pod nimi ołówkiem trzecią linijkę, w kolejności, w jakiej daty następowały po sobie.
17 marca 1974.
20 marca 1974.
Pozwoliła, by ołówek spoczął na kropce drugiej daty chwilę dłużej, niż wymagało tego pisanie.
Przy swoim kontuarze Naomi wpisywała rewers do kartoteki. Cichy szelest kartki o kartkę był jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu, nie licząc ledwo słyszalnego szumu klimatyzatora w suficie. Światło przez wysokie okna przesunęło się o kilka centymetrów od chwili, gdy usiadła. Padało teraz na róg brązowej okładki i rozjaśniało brąz w miejscu, gdzie go dotykało.
Nie otworzyła teczki ponownie.
Położyła dłonie płasko na okładce i tak je zostawiła.
