Jedną rzeczą było omawiać upokarzającą transakcję za zamkniętymi drzwiami z pełnym współczucia prawnikiem. Inną — zmierzyć się z jej przedmiotem w ciele. Sam na sam. Bez opiekunki. Zuchwałość równa tej kazałaby damę z tonu wygnać ze społeczeństwa na cały sezon.
Lecz Annabelle Thornbury nie była damą z tonu. Była, jak powiedział Henderson, handlem.
— Daj mi chwilę, Jenkins.
Alaric podszedł do pękniętego lustra przy kominku, wygładził srebrne plecionki na mundurze, poprawił kołnierz i zmusił twarz do nieprzeniknionego wyrazu. Nie pozwoli jej zobaczyć swej desperacji, nie pozwoli jej zobaczyć mężczyzny, który rano wyceniał rodzinne srebro. Spotka się z nią jako Duke of Velloway albo wcale.
— Zaprowadź mnie do niej.
Szedł korytarzami Blackwood Manor wojskowym krokiem, buty dudniły o kamień. Wilgotne zimno wciskało się w kości. Zazwyczaj je ignorował — pokuta za jego porażkę; dzisiaj je czuł i miał nadzieję, że ona też. Niech chłód odpędzi ją z powrotem do węglowych ognisk jej ojca.
Wszedł do salonu jak na pole bitwy — głowa wysoko, kręgosłup wyprostowany.
Stała przy kominku, tyłem do niego, badając zmatowiały portret swojej prababki, strasznej w swej potędze Duchess Georgiana. Ogień, który Jenkins pośpiesznie rozpalił, migotał i rzucał długie cienie na łuszczące się tapety.
— Miss Thornbury. To nie było powitanie. To był bicz.
Odwróciła się, bez pośpiechu.
Oczekiwał fruwającej, przesadnie wystrojonej lalki ociekającej nowymi diamentami, zdesperowanej, by zaimponować. Albo skulonej dziewczyny, przerażonej tytułem, który kupowano, by go nosić. Nie oczekiwał tego.
Annabelle Thornbury nie miała w sobie nic z blade londyńskie debiutantki. Miała na sobie podróżną suknię z aksamitu w kolorze leśnej zieleni, krojoną surowo i nowocześnie, bez jednej wstążki, a tkanina tak doskonała, że obwieszczała jej bogactwo głośniej niż jakakolwiek tapiseria. Jej włosy miały kolor polerowanej miedzi, ściągnięte do tyłu tak mocno, że to tylko wyostrzyło eleganckie kości jej twarzy. Jej oczy miały chłodną zieleń, jak mech na rzecznym kamieniu, i były absolutnie nieimponowane.
Nie dygnęła. Nie zarumieniła się. Obrzuciła go wzrokiem od butów do twarzy z obojętnością kupca oceniającego konia.
— Your Grace. — Jej głos był niski i równy. — Dziękuję za twój czas.
— Go nie prosiłaś — powiedział, wchodząc głębiej, ale zachowując dystans. — Wdarłaś się do mojego domu.
Mały, suchy uśmiech dotknął jej ust, nie sięgając oczu. — Czekanie na zaproszenie zazwyczaj marnuje czas. Mój ojciec nauczył mnie, że czas to jedyna rzecz, której człowiek nie może kupić.
— Twój ojciec zdaje się wierzyć, że może kupić wszystko inne.
— Zazwyczaj może. — Powoli obeszła pokój, przesunęła osłoniętym rękawiczką palcem wzdłuż intarsjowanego stolika, spojrzała na kurz na nim i zmazała go. — Masz piękne majątek, Duke.

— Nie potrzebuję twojej oceny.
— To nie była ocena. — Zerknęła w górę na plamę wilgoci rozlewającą się po tynku jak siniak. — To fakt. Jest piękny. I rozpada się.
Ciepło wspięło się po jego karku. Jedno to wiedzieć, że jego dom się wali, i drugie mieć obcą kobietę, która mówi mu to w twarz.
— Przekraczasz granice, pani — ostrzegł, a jego głos opadł.
— Tak to nazywasz? — Wymachała ręką w stronę wyblakłej kanapy, pajęczyn w wysokich kątach, perskiego dywanu wydartego do osnowy. — Ja nazywam to złym zarządzaniem. Nazywam to zaniedbaniem. — Stanęła przed nim w pełni, podbródek w górze. — Oboje jesteśmy ludźmi interesu, Your Grace. Nie udawajmy inaczej.
— Jestem Duke'm — powiedział, prostując się na pełną wysokość. — Służę Koronie i moim ludziom. Nie jestem człowiekiem interesu. A ty jesteś—
— Jestem córką mojego ojca — dokończyła, bez cienia wstydu, a w czymś blisko dumy. — Rozumiem księgi rachunkowe, Duke. Aktywa i pasywa. I nie mam zamiaru wychodzić za ruinę, jak wiekowy byle kamień czy błękitna byle krew.
Wpatrywał się w nią. Mówiła o małżeństwie jak o fuzji dwóch linii kolejowych — bez romantyzmu, nawet bez uprzejmej fikcji towarzyskiego mariażu. Brutalna. Szczera. Odrażająca.
— W takim razie wyjdź — powiedział. — Drzwi są tam. Nie prosiłem o ciebie ani o pieniądze twojego ojca.
— Naprawdę? — Jej wzrok nie drgnął. — Jego prawnicy twierdzą inaczej. Mówią, że bank przejmuje gospodarstwo domowe za dwa tygodnie. Mówią, że nie stać cię na ogrzanie tego pokoju. — Ściągnęła aksamitną kurtkę bliżej, choć oczy pozostały twarde. — Mój ojciec kupuje twój tytuł. Twoją linię krwi, dla swoich wnuków. W zamian dostajesz pieniądze na naprawę dachu i wykarmienie dzierżawców. To transakcja. Przyszłam zobaczyć towar.
— Towar. — Wydarł się z niego, zanim zdołał to powstrzymać. Zrobił krok naprzód, pięści wzdłuż boków. — Odważasz się nazywać mnie towarem?
Górował nad nią, używając swojego wzrostu, swojego gniewu. Mężczyźni kulili się przed tym.
Annabelle Thornbury nie. Nawet nie mrugnęła. Odchyliła głowę do tyłu, by utrzymać kontakt wzrokowy.
— Czy nie? — powiedziała cicho. — Sprzedajesz swoje nazwisko. Jam jest zapłata. A raczej, jam jest pokwitowanie.
Przez chwilę nie mógł mówić. Jej słowa obnażyły każde usprawiedliwienie, które zbudował — że poświęca się dla swoich ludzi. Sprawiła, że to brzmiało, jakby sprzedawał swoje ciało.

Ale pod tą stalią zobaczył coś jeszcze — błysk w zielonych oczach, napięcie w szczęce. Atakowała go i broniła się.
— A ty? — Jego głos stał się cichy i niebezpieczny. — Czym jesteś w tej transakcji, Miss Thornbury? Kupcem? Czy monetą, którą twój ojciec przesuwa po stole?
Trafiło. Zobaczył błysk tego — ból lub gniew — drgający na jej ustach.
— Jam jest ta, która musi tu żyć — powiedziała, a z jej głosu zniknął ton interesu, a pod nim było coś bardziej osobistego. — Jam jest ta, która będzie spać w tym przeciągłym mauzoleum i rodzić dzieci mężczyźnie, który patrzy na mnie, jakbym była czymś na jego bucie. Więc wybacz, że chcę mieć pewność, iż dach się nie zawali, gdy to będę robić.
Przeszła obok niego, jej spódnice musnęły jego buty. Jej zapach go dopadł — nie różana woda dworu, ale coś ostrzejszego. Drzewo sandałowe i wanilia. To go zaniepokoiło.
Przy drzwiach odwróciła się. Szare światło z okna ujęło ją w ramy i rozjaśniło miedź jej włosów na tle mroku.
— Odejdę — powiedziała, wygładzając rękawiczki. — Ale mój ojciec wraca jutro i przyniesie kontrakt. Graj obrażoną dumę, ile chcesz, Duke. Szalej i krzycz i patrz na nas z góry. Oboje wiemy, że podpiszesz.
Zawahała się, a jej wzrok przesunął się po nim jeszcze raz — nie z podziwem, ale z chłodną, kalkulującą ciekawością.
— Jedynym pytaniem — dodała — jest, na czyich warunkach.
— Jestem Duke'm of Velloway. — Słowa zabrzmiały pusto, nawet gdy je wypowiadał. — To jest moja ziemia. Warunki będą moje.
— Zobaczymy. Do jutra, Your Grace.
Otworzyła drzwi sama, ignorując sznur dzwonka, i wypłynęła do holu.
Alaric stał sam w zimnym pokoju. Ogień syczał. Jego prababcia spoglądała na niego z ramy, jakby rozczarowana.
Podszedł do okna i oglądał, jak elegancki, nowoczesny powóz toczy się po pękniętym podjeździe, ciskając błotem na kamienne lwy przy bramie.
Był upokorzony. Był wściekły. I po raz pierwszy od miesięcy nie był po prostu odrętwiały; odrętwienie spłynęło w żarze włosów Annabelle Thornbury i lodzie jej języka.
Henderson się mylił, zrozumiał. To nie będzie kompromis i z pewnością nie będzie małżeństwo.
To będzie wojna.
