TaleSpace

Rozdział 3

Następnego ranka biblioteka w Blackwood Manor przypominała raczej salę rozpraw oczekującą na wyrok niż gabinet.

Alaric stał przy kominku, odwrócony plecami do pokoju, wpatrując się w zimny palenisk. Nie spał całą noc. Annabelle Thornbury nie dawała mu spokoju — szmaragdowa suknia, ostry język, kategoryczna odmowa uległości. Spodziewał się ofiary, a spotkał przeciwnika.

O dziesiątej drzwi się otworzyły. Tym razem bez zapowiedzi Jenkinsa; mężczyzna, który wszedł, nie czekał na służbę.

Silas Thornbury był zbudowany jak byk — nie wysoki, ale szeroki, ramiona poryte pracą w młodości, brzuch wyrośnięty z dostatku w późniejszych latach. Jego garnitur w kolorze węgla leżał źle, napinając się na guzikach, jakby człowiek w środku był zbyt niespokojny, by dać się powstrzymać. Twarz miał czerwoną i opaloną wiatrem, oczy małe, ciemne i twarde.

Wszedł do wiekowego pokoju jak człowiek przeglądający magazyn, który zamierza kupić i zburzyć.

— Wasza Miłość. — Nie skłonił się. Rzucił ciężką skórzaną teczkę na biurko. — Nie traćmy czasu. Mam pociąg o trzeciej.

Za nim, cicho, jedynie szelestem serge'u, weszła Annabelle. Dziś w granacie, który sprawiał, że jej rude włosy płonęły. Niosła własną skórzaną teczkę, przyciśniętą do piersi jak tarczę. Nie spojrzała na Alarica. Usiadła w wysokim fotelu, nie z damska swobodą, lecz z wyprostowaną czujnością żołnierza.

— Panie Thornbury. — Alaric odwrócił się powoli i utrzymał głos nisko, wbrew zaczepce drugiego mężczyzny. — Jest pan punktualny.

— Czas to pieniądz. — Silas wyciągnął plik papierów. — Henderson widział projekt. Standardowa umowa. Boleśnie standardowa, jak na cenę, którą płacę za stertę mokrego kamienia i ekskluzywny tytuł.

— Płaci pan za ród starszy niż Tudorowie, panie.

— Płacę za wiarygodność. — Silas odkorkował pióro z trzaskiem. — Żeby kiedy wchodzę na London Exchange, te arystokratyczne sępy nie patrzyły na mnie, jakbym przyszedł sprzątać ze stołu. Kupuję szacunek, Blackwood. Pan go sprzedaje, bo nie potrafi utrzymać dachu nad głową. — Pchnął papiery w jego stronę. — Dłgi są w dodatku A. Wszystkie — hipoteka, pożyczki, długi hazardowe. Spłacone w całości. Plus pensja na utrzymanie posiadłości, co oznacza, że wypłacam panu pensję we własnym domu.

Alaric spojrzał na dokument, gęsty i zawiły od prawniczego żargonu. Jego wyrok śmierci jako wolnego człowieka.

— A warunek — rzekł, choć go znał.

— Małżeństwo. — Silas machnął ręką w stronę Annabelle, jakby była meblem w transakcji. — Żeni się pan z dziewczyną. Zostanie księżną. Pan zapewnia męskiego potomka w ciągu pięciu lat. Chłopiec nosi pana nazwisko i dziedziczy moje pieniądze. Proste. Czyste.

Alaric spojrzał na Annabelle. Wzrok miała utkwiony przed siebie, bladą twarz, usta zaciśnięte w cienką linię, nieruchoma jak posąg.

Henderson wyszedł z kąta. — To... to bardzo hojna oferta, Wasza Miłość. Biorąc pod uwagę okoliczności.

Alaric podniósł pióro. Koniec zawisł nad linią.

Pomyślał o rodzinie Millerów. O przeciekającym dachu. O pustych skarbcach, o zimnych pokojach. Nie miał wyboru; wiedział, że to nadchodzi od miesięcy. A jednak sam czyn, atrament na papierze, czuł się jak ostrze wbijane między żebra.

Opuścił pióro. Koniec dotknął strony.

— Czekaj.

Słowo było ciche, a rozcięło pokój jak strzał.

Alaric zamarł. Silas się odwrócił. — Co pan powiedział?

Annabelle zerwała się na równe nogi. Nie spojrzała na ojca. Patrzyła na Alarica, a w jej oczach nie było strachu. Była w nich wściekłość.

— Powiedziałam: czekaj. — Podeszła do biurka i położyła własną teczkę prosto na kontrakcie.

— Annabelle, usiądź. — Silas poczerwieniał. — Omawialiśmy to. Rozmawiają dorośli.

— Nie, pan to omawiał. — Odwróciła się do niego. — Ustalił pan cenę za tytuł. Ustalił pan cenę za moje ciało. Ale zapomniał o jednej rzeczy, Ojcze.

— O czym?

— O tym, że to ja będę tu musiała żyć. — Zwróciła się z powrotem do Alarica. — Wasza Miłość, mój ojciec to genialny człowiek, jeśli chodzi o stal. Ale to głupiec, jeśli chodzi o zarządzanie.

Alaric wyprostował się, złapany mimo woli. — Tak?

— On spłaci twoje długi — powiedziała, wyraźnie i precyzyjnie. — Naprawi ci dach. Ale nie naprawi problemu. To majątek krwawi pieniędzmi, bo jest prowadzony jak feudalne królestwo trzy wieki za czasem. Podpisz ten papier, a staniesz się jego rencistą, wolnym od długów, owszem, ale wciąż bezsilnym. Gdy stypendium wyschnie za dziesięć lat, znowu będziesz zrujnowany.

— Annabelle! — Silas uderzył dłonią w biurko. — Dość. Milcz.

Nie rzuciła mu nawet spojrzenia. Jej wzrok był utkwiony w Alaricu.

— Nie jestem marionetką do przekazania, Wasza Miłość. Nie będę twoją cichą, posłuszną księżną, która wyszywa w kącie, podczas gdy ty i mój ojciec doprowadzacie wszystko do ruiny.

Widział białe palce jej dłoni, kurczowo ściskające krawędź biurka. Ona się bała, zrozumiał — ojca, tego małżeństwa — i mimo to walczyła.

— Co proponujesz, panno Thornbury?

— Nową umowę. — Otworzyła teczkę. Nie była pusta; była pełna notatek, spostrzeżeń z jej krótkiej, niezaproszonej wycieczki poprzedniego dnia. — Dostajesz pieniądze mojego ojca. To podstawa. Potrzebujesz ich; obaj to wiemy. W zamian ja dostaję coś innego.

— Dostajesz zostać księżną — parsknął Silas. — Taki jest układ.

— To twój układ, ojcze. To jest próżność. Nie obchodzi mnie tytuł. Obchodzi mnie praca. — Nachyliła się nad biurkiem, wkraczając w przestrzeń Alarica. — Dostajesz pieniądze. Ja dostaję władzę. Nie z nazwy. W praktyce.

— Władzę — powtórzył Alaric.

— Pełną kontrolę. — Wyliczała to jak klauzule w traktacie. — Nad gospodarstwem. Nad księgami. Nad majątkiem. Każda księga, każdy rachunek, każda umowa najmu. Ja decyduję, jakie uprawy sadzimy i które naprawy są pierwsze. Ja zatrudniam i zwalniam służbę.

— Absurd — zaśmiał się Silas. — Ona myśli, że jest urzędniczką.

— Jestem urzędniczką, która uratowała twoją linię w Liverpoolu przed bankructwem w zeszłym roku, ojcze. — Jej opanowanie pękło na moment, odsłaniając surową frustrację pod spodem. — To ja znalazłam błąd w liście płac w Sheffield. To dzięki mnie twoje imperium nie runęło pod ciężarem twojego własnego ego.

Usta Silasa zamknęły się. To była prawda, i Alaric widział, że mężczyzna to wie.

Annabelle nabrała tchu, wygładziła suknię, odzyskała spokój. — Nie wyjdę za mężczyznę, który traktuje mnie jak klacę rozpłodową. I nie będę mieszkać w domu, który się wali, bo jego pan jest zbyt dumny, żeby nim zarządzać. — Położyła dłonie płasko na biurku i spojrzała na niego z góry, prowokując. — Więc. Moje warunki, Wasza Miłość. Dostajesz fortunę. Dostajesz spadkobiercę, jeśli natura pozwoli. Ale Blackwood, sprawa bycia księciem, przechodzi do mnie. Jesteś partnerem z nazwy. Nosisz mundur, zasiadasz w Izbie Lordów, odgrywasz rolę. W każdej sprawie pieniężnej, w każdej sprawie majątku, odpowiadasz przedo mną.

Cisza była absolutna. Henderson wyglądał, jakby miał się zasłabnąć. Silas Thornbury wyglądał na oszołomionego, patrząc na córkę jakby po raz pierwszy — nie jak na pionka, ale jak na gracza.

Alaric wpatrywał się w nią. Żądała jego kapitulacji, żądała, by oddał cugle swego rodowego domu córce kupca, którą znał od jednego dnia.

Było to obraźliwe. Było to bezczelne. I było to genialne.

Spojrzał na kontrakt. Spojrzał na czerwony atrament w księdze Hendersona, na porażkę zapisaną w liczbach. Miała rację. Zawiódł. Wiedział, jak umrzeć dla tego miejsca; nie wiedział, jak je uratować.

Ona wyglądała na taką, która wie, jak dla niego żyć.

Coś odwróciło się w jego piersi — nie ulga, coś ostrzejszego. Stary dreszcz spotkania równego sobie na polu bitwy.

— Chcesz prowadzić Blackwood.

— Zamierzam go uratować — sprostowała.

— A ja mam być czym? Twarżą?

— Masz być księciem. Bądź symbolem. Pozwól mi być silnikiem.

Spojrzał na Silasa. Starszy mężczyzna obserwował ich; niechętny szacunek toczył bój z jego temperamentem.

— Więc? — mruknął Silas. — Wygląda na to, że moja córka ma jednak moje zęby. Zgadzasz się, książę? Czy wychodzimy?

Alaric spojrzał z powrotem na Annabelle. Zielone oczy miała szeroko otwarte, błagalne i buntownicze zarazem. Postawiła wszystko na tę chwilę. Na niego.

Podniósł pióro. Nie spojrzał na kontrakt Silasa. Odwrócił go na pustą stronę na końcu.

— Niech pan to spisze — rzucił do Hendersona.

— Wasza Wysokość?

— Aneks. — Jego oczy pozostały na Annabelle. — Księżna posiada pełnomocnictwo nad finansami posiadłości. Księżna sprawuje władzę wykonawczą nad domem. Księżna jest wspólnikiem zarządzającym.

Podpisał się na pustej stronie, gest ten był mniej poddaniem się niż wypowiedzeniem wojny, i przesunął papier w jej stronę.

— Pani kolej, wspólniczko.

Annabelle patrzyła na jego podpis. Jej dłoń nie była do końca pewna, gdy wzięła pióro i zapisała swoje imię obok jego. Annabelle Thornbury, wkrótce Blackwood.

Podniosła wzrok. Interes został sfinalizowany. Pułapka się zamknęła. I po raz pierwszy Alaric nie był pewien, kto ją zastawił.

— Gotowe. — Silas uderzył dłonią w biurko. — Czek w teczce. Ślub za trzy dni. Nie zawiedź mnie, dziewczyno.

Ruszył wyjściem, sięgając już po zegarek kieszonkowy.

Zostali sami w gabinecie, powietrze gęste od zapachu starego papieru.

— Zdaję sobie sprawę — odezwał się Alaric chłodno — że właśnie kupiła pani bardzo drogą ruinę.

— Lubię wyzwania. — Jej głos był równie chłodny, choć on dostrzegł puls u jej gardła.

— I zdaję sobie sprawę, że nie jestem człowiekiem, który przyjmuje rozkazy.

Nie ustąpiła. Uniosła brodę.

— W takim razie niech się Wasza Wysokość szybko nauczy. Ja nie jestem kobietą, która lubi je powtarzać.

Obróciła się i wyszła, zostawiając go z jego czekiem, jego uratowanym majątkiem i niepokojącą świadomością, że właśnie poślubił jedyną osobę, która mogła być od niego silniejsza.

Your next chapters are free

Enter your email to unlock them.

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się