TaleSpace
Beata

Beata

Historie z sercem ❤️

Cena Tytułu

4.9(320)
Rozdział 1 · 5 min czytania
14.6K
#RomansHistoryczny#MarriageofConvenience#EnemiestoLovers#IceQueen#AgeGap
On potrzebował pieniędzy mojego ojca. Ja potrzebowałam jego nazwiska. Żadne z nas nie spodziewało się, że kontrakt będzie nas kosztował coś, czego żadna klauzula nie mogła objąć — nieznośny ciężar wzajemnego pożądania.

Rozdział 1

— Nie wyjdę za niego — powiedziała Annabelle Thorne do swojego odbicia w pozłacanym lustrze toaletkowym. — Raczej poślubię samego diabła.

— Być może książę Alaric okaże się właśnie tym — odparła jej matka, ciągnąc jedwabne sznurówki gorsetu Annabelle mocniej.

Powietrze uciekło z płuc Annabelle, mniej z powodu odzieży, a bardziej pod ciężarem ambicji matki. Pokój był duszny, przegrzany przez wielki piec węglowy w piwnicy, ten sam piec, który był źródłem rodzinnego majątku. Rezydencja Thorne'ów była pałacem nowego bogactwa: każda powierzchnia złocona, każda zasłona z aksamitu, każdy pokój obwieszczający swoją cenę. Wygodny. Drogi. I dla Annabelle — więzienie.

— To książę, Annabelle. — Matka zawiązała węzeł z taką ostatecznością, że dziewczyna drgnęła. — Rozumiesz, co to oznacza? Wejdziesz do sali i hrabinie de Vane będzie musiała się przed tobą ukłonić. Drzwi, które zamykano przed twarzą twojego ojca przez dwadzieścia lat, otworzą się.

Annabelle odwróciła się, sztywne ożebrowanie wbijało się w jej żebra.

— To znaczy, że jestem sprzedawana, matko. Wymieniana jak przesyłka surówki żelaza za herb na papierze firmowym kogoś.

— Jesteś wprowadzana w życie. — Matka wygładziła spódnice szmaragdowej sukni, która kosztowała więcej niż chata robotnika. — Twój ojciec zbudował imperium ze stali i dymu. Ale dym rozwiewa się. Tytuł to kamień. Trwa.

Annabelle podeszła do okna i wyjrzała na wypielęgnowane ogrody, zbyt idealne, zbyt ułożone.

— Mówią, że jest zimny. Mówią, że Blackwood Manor to ruina, gdzie słońce nigdy nie dociera. Mówią, że jest arogancki, bez uczuć i bankrut.

— Jest bohaterem wojennym. — Matka podniosła diamentowy naszyjnik. — I tak, jest bankrutem. Dlatego cię przyjmie. A ty nauczysz się być księżną. Masz do tego kręgosłup. Z pewnością masz też upór.

Annabelle przycisnęła palce do zimnej szyby. Nie chciała być księżną. Chciała być wolna. Chciała siedzieć w biurze ojca i rozmawiać o rozstawach torów kolejowych i taryfach transportowych, sprawach, które rozumiała znacznie lepiej niż haft czy francuskie wiersze. Jedyną walutą kobiety w tym świecie była jej wysławianie, a jej ojciec miał ją właśnie wydać na najdroższą pozycję w katalogu: zdesperowanego księcia.

— Nie będę cichą żoną — powiedziała cicho.

— Bądź kim chcesz. — Matka zapięła diamenty na jej gardle. — Byłabyś księżną przed końcem miesiąca.

Trzysta mil na północ świat miał inny kolor. Nie złoto i szkarłat rezydencji Thorne'ów, lecz szarość granitu i czerń deszczem nasiąkniętej ziemi.

W gabinecie, który pachniał wilgotnym wełnianym sukniem i starym papierem, Alaric Blackwood, dziewiąty książę Velloway, stał przy oknie, które grzechotało na wietrze. Miał na sobie mundur pułkowy, nie z próżności, lecz dlatego, że był to najcieplejszy płaszcz, jaki posiadał. Ogień utrzymywano na niskim poziomie od miesięcy, by oszczędzać węgiel.

— Bankructwo nie jest groźbą, Wasza Wysokość — powiedział pan Henderson, jego solicytor. Stary człowiek siedział skulony przy skąpym ogniu, jego ręce drżały, gdy przewracał kartki skórzanego rejestru. — To fakt. Nadejdzie za trzy miesiące. Cztery, jeśli zima będzie łagodna.

Alaric się nie odwrócił. Patrzył na swój rodowy dom, prastare lasy i pagórkowate pola oraz farmy czynszowe uprawiane przez te same rodziny od wieków. Piękny. I umierający.

— Ile? — Jego głos był szorstki.

— Łącznie? — Henderson zawahał się. — Z odsetkami od hazardowych długów zmarłego ojca, nieudanymi inwestycjami w South Sea i hipoteką na zachodnich ziemiach, blisko sto tysięcy funtów.

Alaric zamknął oczy. Walczył na Krymie. Prowadził ludzi w ogień armatni, utrzymywał linię przed szarżującą kawalerią z szablą i nerwami. To był wróg, którego nie mógł spotkać ze stalą.

— Moglibyśmy sprzedać obrazy — powiedział, choć sama myśl wywoływała skurcz w żołądku.

— Już zastawione.

— Drewno.

— Wycięte trzy lata temu, na podatki.

— Więc co? — Alaric się odwrócił, jego szare oczy były twarde. — Mam pozwolić, żeby dach runął? Mam powiedzieć dzierżawcom, żeby opuścili ziemię, którą ich pradziadowie uprawiali, bo linia Blackwoodów wreszcie upadła?

— Jest wyjście. — Henderson przesunął papier po bliznowatym biurku, nie spotykając się z jego wzrokiem. — Ale wymaga kompromisu.

Alaric podszedł do biurka. Strona nie była umową kredytową. To był dossier.

— Kompromis — powtórzył.

— Małżeństwo, Wasza Wysokość.

Pokój zdawał się ochłodzić o kolejny stopień. Alaric zaśmiał się krótko, bez humoru.

— Małżeństwo? Kto by mnie wziął, Henderson? Tytuł sięgający Podboju i konto, które zawstydziłoby sklepikarza. Arystokracja wie, że jestem zrujnowany. Żaden ojciec z tonu nie pozwoliłby swojej córce zbliżyć się do tego wraku.

— Nie arystokracja. — Głos Hendersona był cichy. — Handel.

Alaric zastygł.

— Przemysłowiec. Pewien pan Silas Thorne. Odlewnie w Sheffield, kopalnie w Walii, linie żeglugowe w Liverpoolu. Niesłychanie bogaty. I ma córkę, jedyne dziecko.

— Thorne. — Imię nie miało historii, nie miało ciężaru. Brzmiało ostro i pospolicie. — Chce pan, żebym sprzedał nazwisko Blackwoodów węglowemu kupcowi.

— Pan Thorne spłaci wszystkie długi księstwa w całości — naciskał Henderson. — Oferuje kapitał na modernizację posiadłości. Nowe dachy dla dzierżawców. Drenaż pól. Dwór odrestaurowany.

— W zamian za co?

— Przymierze. Małżeństwo z jego córką, panną Annabelle Thorne. Ona zostaje księżną. Jej dzieci zostają parami królestwa.

Alaric krążył po gołych deskach podłogowych, gdzie kiedyś leżał perski dywan, zanim go sprzedano. Jego przodkowie patrzyli ze ścian, ponuri mężczyźni w zbrojach, dumne kobiety w aksamicie. Przetrwali wojny i zarazy i zdrady, a teraz miał przekazać ich dziedzictwo człowiekowi, którego fortuna była zbudowana na dymie i pocie.

— Związać moją linię z nowym pieniądzem. — Wymówił to jak przekleństwo. — Z kobietą, która myśli, że tytuł to biżuteria do kupienia. Nie. To nie kompromis, Henderson. — Jego dłoń opadła na biurko. — To kapitulacja. Odpowiedź brzmi nie.

— Wasza Wysokość, proszę. — Henderson wstał, jego głos drżał. — To nie chodzi o dumę. Proszę spojrzeć na rejestr. Chodzi o tysiące dusz, które zależą od tej posiadłości. Rodzina Millerów z północnej farmy, ich dach się zawalił. Wiejska szkoła się zamyka. Ludzie będą wyrzucani z domów, gdy wierzyciele przejmą ziemię. Czy Wasza Wysokość ma prawo ich na to skazać, dla swojej dumy?

Słowa uderzyły jak cios. Pięści Alarica się zacisnęły. Nienawidził pułapki, nienawidził świata, w którym honor nie był już walutą, a najbardziej nienawidził własnej bezsilności.

Pomyślał o Millerach. Pomyślał o wiosce. Był ich obrońcą; to był dawny kontrakt. Jeśli ich zawiedzie, tytuł nic nie znaczył.

Wrócił do okna. Deszcz teraz zacinał o szyby, rozmywając prastare wieże. Jego dom. Jego klątwa.

— Nie będę... — zaczął, i przekonanie już zniknęło.

Ostry stuk przerwał mu.

Zmarszczył brwi.

— Nakazałem nie przeszkadzać.

Drzwi skrzypnęły i uchyliły się. Jenkins, jego stary i niewzruszony majordomus, wszedł, wyglądając na poruszonego — rzadka rzecz u człowieka, który służył trzem pokoleniom książąt.

— Wybacz najście, Wasza Wysokość. Mamy gościa.

— Nikogo nie przyjmuję, Jenkins. Proszę go odprowadzić. Niech pan powie, że salon został zalany. To prawdopodobnie prawda.

— Obawiam się, że ten gość nie da się odesłać, panie. — Jenkins cofnął się na bok. — Ona nalegała.

— Ona?

— Panna Annabelle Thorne, Wasza Wysokość. Czeka w salonie. Przyjechała sama.

Alaric zastygł. Imię wisiało w powietrzu, ciężkie od fatum. Henderson wciągnął gwałtownie powietrze.

— Sama — powiedział Alaric powoli. — Bez opiekunki. W taką pogodę.

— Powiedziała... — Jenkins przełknął ślinę. — Powiedziała, że chciała obejrzeć towar, zanim jej ojciec podpisze czek.

Chłodna furia powstała w piersi Alarica, ostrzejsza niż wszystko, co przyniósł ten dzień. To nie była propozycja biznesowa. To była inwazja.

— Tak właśnie powiedziała. — Wyprostował marynarkę, jego twarz przybrała wyraz arystokratycznej pogardy. — W takim razie nie każmy damie czekać.

Cena Tytułu — Rozdział 1: Rozdział 1 | Czytaj online