Pell przyjął kartkę obiema rękami i trzymał ją poziomo, dopóki wosk nie przestał drżeć. Nie patrzył na kolumnę. Tak go nauczono.
„Astrologer Kane." Stowe wystąpił do przodu, by ją odebrać; Pell zbył go wzrokiem i sam złożył arkusz do skórzanego portfela przy biodrze. „Zaniesiemy go Lord Chancellorowi o wpół. Lord Chancellor życzy sobie odebrać osobiście."
Siedziałam nieruchomo przy biurku. Pieczęć leżała na bibule tam, gdzie odłożyła ją moja dłoń; mosiądz był jeszcze ciepły przy krawędzi dłoni. Nie potrzebował odpowiedzi, której sam sobie jeszcze nie udzielił.
„Astrologer." Skinął głową o ćwierć cala. Stowe naśladował go o ułamek sekundy później — był na to jeszcze zbyt młody i wychodziło to po nim.
Wyszli, a drzwi, których zawias był starszy niż ktokolwiek z nas, same wsunęły się z powrotem w framugę. Lampa zamigotała raz na przeciągu po ich wyjściu i wróciła do siebie.
Kartka znikła.
Pode mną schody pochłonęły krok Pella i Stowe'a razem i niosły ich w dół ku krytemu przejściu. Szli dziś szybko. Trzecie piętro osiągnęli w czasie, którego mi by nie starczyło; parter — w czasie, jakiego bym sobie nie pozwoliła. Nie było żadnej wersji tego ranka, w której dokument nie byłby już w drodze na wschód: w Numbered Paper, którego nie można było podmienić, pod pieczęcią, którą Chancery odcisnęła na nim trzy tygodnie wcześniej.
Pod moją dłonią znalazł się czwarty rejestr.
Fourth Method był metodą mojego ojca. W ostatniej dekadzie życia zaczął prowadzić własny zapis: prywatną geometrię, której nigdy nie włączył do programu nauczania Chancery, nigdy nie wpisał do Astrologers' Compendium. Mapowała kąty, pod którymi komnaty tego pałacu zostały zbudowane tak, by wypadać na daty doniosłe, linię wzroku z balkonu ku drzwiom, gdy słońce stało o określonej porze, rozstaw kolumn w sali, której architekt otrzymał niegdyś liczby szeptem od astrologa, którego mój ojciec znał jako chłopiec. Był to mniej sposób na odczytanie śmierci, a bardziej sposób na odczytanie miejsca.
Fourth Method stosowałam na wykresie jedynie pobieżnie. Wykres dał mi godzinę i dzień; nie pytał o komnatę. Teraz użyłam go, by zweryfikować dane wejściowe. Minutę koronacji. Godzinę śmierci poprzedniego króla, od której zależało całe moje obliczenie Transitu — tak jak ją wpisano do rejestru publicznego i jak zapisał ją wcześniej urzędnik Chamberlaina. Takie rozbieżności istnieją; żyją w szczelinie między pewnością Chancery a dokumentacją lekarza. Mój ojciec znalazł kiedyś przesunięcie o godzinę w notatkach swojego poprzednika dotyczących wykresu pewnej księżniczki — i to przesunięcie decydowało o różnicy między zamachem stanu a ślubem.
Wynik był czysty. Dane wejściowe były takie, jak je przyjęłam; wykres został z nich wyprowadzony tak, jak wykres wyprowadzać należy.
Na katedrze za rzeką wybił kwadrans po dziewiątej.
Tilda przyszła dziewięć minut później. Przychodziła o tej samej porze od drugiego tygodnia mojego mianowania, gdy zorientowała się, że nie mam pożytku ze śniadania o właściwej godzinie, za to mam wielki pożytek z gorącej wody przed południem. Drzwi otworzyły się na jej ramię, zanim jej dłoń je dosięgła. Nauczyła się tej sztuczki, bo zarówno mój ojciec, jak i ja nie pytaliśmy, czy gość chce wejść.
„Astrologer." Postawiła tacę na stoliku przy ścianie. Brazier w rogu wygasł do bladej róży; podeszła do niego bez proszenia. Dwie łyżki węgla drzewnego, mieszanie żelazem, krótki wzrost ciepła, który dosięgnął moich nadgarstków, zanim zdążyłam je odsunąć. „W Chancery dziś spokojnie."
„Spokojnie."
„Spokojnie spokojnie." Spojrzała na mnie przez chwilę, upewniając się, że dosłyszałam to drugie. „Urzędnicy chodzą parami i nie rozmawiają. Paziowie w południowym korytarzu siedzą z rękami pod sobą. Master Pell wszedł po schodach dwie godziny przed czasem. Lord Chancellor nie wyszedł na kolumnadę po powietrze, a wychodził po nie każdego ranka, odkąd mnie zatrudniono."
Nie nazwała tego plotką. Nakryła do stołu — herbata, chleb i mała miseczka z konfiturą z tarniny, bo kuchnia zaczęła przysyłać to, co sama uznała za stosowne — i stała przy brazierze, kiedy jadłam trzy kęsy dla zachowania pozorów.

„Tilda."
„Astrologer."
„Jeśli przyśle po mnie przed południem — długi płaszcz. Nie krótki."
„Przyśle przed południem" — powiedziała i poszła po niego do szafy.
Wezwanie nadeszło kwadrans przed jedenastą w postaci pazia, który nie skończył jeszcze czternastu lat, różowego na policzkach po szorowanej mydle twarzy, i który wbiegł po schodach w sposób, któremu nie zazdrościłam. Wręczył mi kartkę z prywatną pieczęcią grzecznościową Lord Chancellora w rogu i czterema słowami pisanymi ręką klerka: Lord Chancellor prosi.
Poszłam.
Skrzydło Chancery zaczynało czuć się jak Chancery dopiero po przekroczeniu pierwszych z dwojga żelaznych drzwi, które oddzielały je od korytarzy mieszkalnych. Do tych drzwi był to Palace — długi, jasny, obojętny. Za nimi powietrze opadało o stopień, korytarz zwężał się i wydłużał, a po obu stronach stały pomieszczenia z mężczyznami pochylonymi nad biurkami, każde biurko oświetlone oknem albo lampą na wysokiej podstawie, każdy mężczyzna piszący w taki sposób, że nie przerywał, gdy ktoś przechodził. Strony ich pracy wydawały szczególny, cichy odgłos stron prowadzonych, który różni się od odgłosu stron zapisywanych.
Pell czekał na mnie przy trzecich drzwiach. Bez słowa odwrócił się i ruszył. Poszłam za nim.
Gabinet Lord Chancellora znajdował się na końcu korytarza, którego końca nie osiągnęłam nigdy wcześniej. Pell zapukał dwukrotnie w sposób właściwy Chancery: jedno uderzenie, pauza, drugie. Otworzył drzwi, nie czekając na odpowiedź.
„Astrologer Kane" — powiedział w głąb pomieszczenia.
Crece siedział za biurkiem. Przez chwilę trzymał wzrok opuszczony. Skończył zdanie, które pisał charakterystycznym kursywnym pismem Chancery — z cienką, ukośną kreską, którą widywałam na dokumentach przechodzących przez ręce ojca — i dopiero wtedy odłożył pióro na podstawkę i wstał.
„Astrologer." Był chudszy niż na koronacji, w czarnej szacie, której głębia czerni nie miała równych w całym skrzydle. Na nim nie było srebrnego łańcucha kanclerskiego; to było małe spotkanie. „Poprosiłem Pella, żeby pana przywiódł. Chancery samo by do pana przyszło. Chancery jest panu winne uprzejmość, której dotąd nie okazało."
„Milordzie."
„Proszę siadać." Wskazał krzesło naprzeciwko, nie patrząc na nie. Lewą dłoń trzymał na poręczy własnego fotela, gdzie drewno tłumiło jej nieznaczne drżenie. „Dokument jest u mnie. Chancery go przeczytało. Siódmy miesiąc, pierwszy."
Leżał otwarty na biurku. Mój podpis spoczywał w kolumnie ostemplowanej przez Chancery trzy tygodnie wcześniej. Poniżej znajdował się stempel z datą, przekreślony Canceller i odbity ponownie małym znakiem dnia. To była moja strona i stała się jego.
„Odczytała pan silne żniwa w siódmym miesiącu. Transit na Cusp jest korzystny, Progression to potwierdza. Ceny zboża spadną przed ósmym. Eastern Wheat Houses liczyły na odwrotność. Rano napiszę do Lorda Hellerna."
„Milordzie."
„Czwarty miesiąc — trudności z Eastern Marches. Nie wojna. Niepokoje. Chancery zadba o to, żeby Captain Vey był wolny od innych obowiązków do trzeciego miesiąca i mógł być w siodle, kiedy zajdzie potrzeba. Król ma zamiar zatrzymać go w mieście. Króla się przekona."
„Milordzie."
Odwrócił stronę. Dotarł do jej końca. Dotarł do kolumny, która podawała daty panowania w pełnym ich zasięgu, z ostatnią datą na końcu jedenastego miesiąca. Nie zatrzymał się na niej. Czytał daty przed nią i daty po niej, jakby sama kolumna niczym nie różniła się od pozostałych. Czytał ostatnią datę tak, jak czyta się klauzulę o zbożu.

Sięgnął po pióro. Ruch był szybki; pióro opadło u dołu mojego podpisu i uniosło się, zanim zdążyłam ustalić kierunek kreski. Krótki znaczek, cal, może mniej, zrobiony długim piórem trzymanym płaściej niż zwykle. Odłożył pióro na podstawkę. Przyciągnął do siebie kartkę, złożył ją raz i umieścił złożoną kartkę w teczce kancelarii oprawionej czarną wstążką. Zawiązał wstążkę jedną ręką.
„Astrologer." Jego blade oczy spoczęły na moich. Miały barwę wody pod chmurami. „Dziękuję. Chancery ma swój dokument. Król nie ujrzy go, dopóki Chancery go na to nie przygotuje. To należy do obowiązków Chancery, nie do pani; nie będzie pani zobowiązana stawić się przed królem na formalne odczytanie. Król czyta we własnym czasie."
„Milordzie."
„Może pani odejść."
Odeszłam. Pell został. Jakiś pisarz, którego nie widziałam, jak wchodził, przytrzymał mi drzwi, trzymając wzrok uparcie na framudze.
Chłód opadł przy drugich żelaznych drzwiach tak samo, jak opadł, kiedy wchodziłam. Kryty korytarz odprowadził mnie z powrotem do podstawy wieży. Weszłam na siedem pięter. Kamień na trzecim podestie był mi obojętny.
Drzwi do gabinetu stały tak, jak je zostawiłam. Lampa zgasła godzinę temu. Tilda została na dole, co było dziwne; miała klucz do szafki z zapasowymi knotami i używała go bez pytania.
Kałamarze stały w rzędzie przy tylnej krawędzi biurka. Trzy: żelazowo-galasowy do bieżącej pracy, niebieskoczarny do czystopisu, brązowy do przypisów na marginesach. Ustawiłam je w tej kolejności o czwartej rano. Teraz żelazowo-galasowy stał pośrodku. Niebieskoczarny był po jego lewej stronie, brązowy po prawej. Żelazowo-galasowy stał po lewej.
Nic innego w pokoju nie było nie na miejscu. Papiery leżały tam, gdzie je zostawiłam; szuflady były zamknięte tak, jak je zamknęłam; krzesło było odsunięte według reguły. Pisarz, który był tu przez trzydzieści sekund, który podszedł do biurka i odszedł, nie zostawiłby żadnego innego śladu.
Podeszłam do kałamarzy. Żelazowo-galasowy przesunięto o cal i pół. Niebieskoczarny o pół cala obok. Brązowy stał tam, gdzie stał od czwartej. Ręka, która je przesunęła, była sprawniejsza niż moja. Ręka przesunęła je, bo chciała zobaczyć, co pod nimi, albo za nimi, albo nie chciała, i przesunęła je tylko dlatego, że ręce człowieka poruszają się, kiedy człowiek myśli.
Nie przesunęłam ich z powrotem. Przesunąć z powrotem oznaczało odnotować, że zostały przesunięte. Zostawić je oznaczało odnotować, że nie zdecydowałam jeszcze, co oznaczają. Zostawiłam je.
Popołudnie wypełniła rutyna, do której byłam zobowiązana, zanim horoskop stał się tym, czym się stał: małe kalendarze dla niższych urzędników, orientacje do kalendarza dworskich uroczystości, list do seminarium na północy, który czekał na moją rękę od dwóch tygodni. Kałamarze stały tam, gdzie je postawiono.
Tilda weszła wpół do siódmej z wieczorną tacą.
„Astrologer."
„Tilda."
Postawiła tacę. Jej oczy musnęły kałamarze i poszły dalej. Rozstawiła miseczkę z rosołem, mały chleb i słoiczek tej samej konfitury śliwkowej.
„Na dworze krąży pewna wiadomość — powiedziała, podnosząc pusty dzban na wodę, żeby zanieść go na dół do napełnienia.
„Mm."
„Król przyjmie astrolożkę jutro. W Working Office." Miała już rękę na drzwiach, gdy dodała, nie odwracając się: „Zwolnił Chamberlain."
Drzwi zamknęły się za nią. Lampa na biurku się ustabilizowała; kałamarze stały, gdzie stały. Kartka, która przez cały ranek była głównym zmartwieniem, leżała w teczce oprawionej czarną wstążką, w pokoju dwie drzwi od króla, w rękach człowieka, który przeczytał zapowiedź śmierci i nie zatrzymał się na niej. Król zwolnił Chamberlain.
