Trzecia metoda powinna była zawieść. To był cały sens jej zastosowania.
Zgodnie z zasadami mojego rzemiosła, tranzyt i progresja były już zgodne; cykl powrotów istniał po to, by się z nimi nie zgadzać. Osiem pokoleń nadwornych astrologów trzymało go jako dyscyplinę wątpliwości — ostatnie sito, przez które data mogła przepaść i okazać się błędna. Cykl miał odmówić. Miał mi zwrócić czystą rozbieżność, ułamek stopnia odbiegający od dwóch pozostałych, wystarczający, by zapisać go na marginesie i zanieść ojcu — gdyby ojciec był jeszcze przy życiu.
Zgadł się. Nie do stopnia. Do godziny.
Lampa wypaliła już trzeci knot od północy. Wąski woskowy ogarek po lewej stronie, zapalony z przyzwyczajenia, a nie dla światła, jakie dawał, wydrążył się w rów z płomieniem pośrodku i rzucał na ścianę drżenie, które nie miało nic wspólnego z moją ręką. Moja ręka pozostała pewna. To była rzecz, której w dwudziestce nauczyłam się być dumna i na którą już nie mogę sobie pozwolić.
Liczby biegły w dół strony w starannej kolumnie, którą ojciec nauczył mnie prowadzić, gdy miałam dwadzieścia trzy lata: miesiąc, dzień, godzina, metoda, odnośnik strony do weryfikacji. Tranzyt mówił to samo. Progresja mówiła to samo. Cykl powrotów, który zgodnie z każdą regułą dyscypliny miał im odmówić, powtórzył je mi z uprzejmością urzędnika odczytującego zdanie już wydane.
Koniec jedenastego miesiąca panowania. Godzina po zmierzchu.
Uniosłam kartkę z biurka, by zobaczyć ją bez mojej ręki na niej. To było stare przyzwyczajenie, zalecane mi, gdy miałam czternaście lat, na chwile, gdy nie można już ufać własnemu uściskowi na fakcie. Karta się nie zmieniła. Atrament schł w tempie, w jakim atrament schnie w zimnej izbie, powoli, z ciemnym połyskiem, który trwał dłużej niż moja cierpliwość. Data w kolumnie została tam, gdzie była. Ojciec nie żył od sześciu miesięcy. Karta była przede mną. Godzina była wciąż po zmierzchu, ostatniego dnia jedenastego miesiąca panowania króla Aldrica z rodu Andrach, w roku, który nie poznał jeszcze własnego imienia.
Osiem pokoleń dat panowniczych tego rodzaju okazało się poprawnych. To zdanie należało do innego przedziału mojego umysłu, za drzwiami, z obliczeniami ułożonymi starannie i zamkniętymi drzwiami; w tej izbie, o tej godzinie, nie zniosłoby zbadania. Daty były trafne. Daty zabiły. Daty zabiły, ponieważ gwiazdy tak mówiły, albo dlatego, że mężczyźni, którzy słyszeli daty, w nie wierzyli, albo dlatego, że jedno i drugie naraz, w proporcjach, których nie miałam instrumentu wystarczająco precyzyjnego, by zmierzyć.
Mój ojciec odczytał to samo rodzaj zgody dwanaście lat temu, dla zmarłego króla. Wystan. Trzy lata na tronie. Cisza serca, nazwał to nadworny lekarz; powolność, w jego urzędowym piśmie. Cztery miesiące temu. Tej nocy byłam w wieży, pracując nad efemerydami dla nadchodzącej zmiany tronu; dzwon z katedry dotarł do mnie przy drugim uderzeniu, a drugie uderzenie wystarczyło, by wiedzieć, po co dzwon dzwoni.
Mój ojciec zmarł dwa miesiące przed Wystanem. Nadworny lekarz nazwał to gorączką, i była gorączka. Ojciec w ostatnich tygodniach dał mi trzy rady i żadnych innych. Obliczaj trzema metodami. Zaufaj liczbie, nie twarzy. Nigdy nie podpisuj dokumentów kancelarii tą samą datą co swoją pracę. Pierwszą odziedziczyłam. Drugiej próbowałam się nauczyć. Trzecia to zdanie, które trzymałam złożone na końcu jego księgi rachunkowej, bo jeszcze nie zrozumiałam, co znaczy, a niezrozumienie zaczęło wyglądać mniej jak niewiedza, a bardziej jak niedokończone pytanie, którego nie byłam dość szybka, by odczytać.

Zimno na siódmym piętrze kamiennej wieży w ostatnim tygodniu przed śniegiem było zimnem szczególnym: upartym, suchym, ostrożnym. Mój płetn zamilkł przeciw niemu godzinę temu, tak jak wełna cichnie, gdy ciało postanawia nie negocjować dalej; wracał przez podeszwy butów za każdym razem, gdy przenosiłam ciężar. Lampa sprawiała, że ciemność wydawała się cieplejsza, niż była. Instrumenty na swoich podstawach rzucały małe, precyzyjne cienie, a mosiężny dysk większego kwadrantu, wypolerowany po raz ostatni przez mojego ojca, nie zostanie przeze mnie wypolerowany, dopóki nie będę miała wolnego poranka na taką rzecz.
Medalion na moim gardzie leżał ciepły na obojczyku tam, gdzie łańcuszek wżarł się w swoją nawykłą bruzdę. Miedziany astrolabium, mniejsze niż dłoń, krawędź wygładzona tam, gdzie dotykała go moja matka, zanim odłożyła go na półkę ojca, gdzie dotykał go mój ojciec po jej śmierci, gdzie dotykałam go przez dwadzieścia jeden lat. Jego ciężar przestał się rejestrować, gdy miałam trzynaście. Rejestrował się tylko wtedy, gdy coś innego było nie tak.
Na małym palcu lewej dłoni wąska srebrna obrączka, która była jej. Nie rzecz, o której myślałam. Rzecz, którą moja dłoń pamiętała.
Prawy wskazujący i środkowy były ciemne po drugie staw, gdzie atrament wżarł się w skórę i nie dał się wywabić. Będą ciemne, gdy Master Pell wejdzie przez drzwi. Będą ciemne, gdy podpiszę.
Pod mną schody zaczęły się.
To był dźwięk, który wieża nauczyła mnie rozpoznawać bez wysiłku: rytm kroków Pella, osiem i siedem, osiem i siedem, pauza na trzecim półpiętrze, gdzie kamień osiadł o pół cala w ciągu ostatniego stulecia i przewrócił go trzy razy w rok, zanim zgodził się z kamieniem. Stowe za nim, buty lżejsze i szybsze. Przyjdą w czasie, jaki zajmie mi postawienie pieczęci.
Pieczęć była najłatwiejszą częścią kłopotu. Mosiężny pras. Patyczek czerwonego wosku odcięty od dłuższego bloku pierwszego poranka, kiedy objęłam stanowisko. Mała świeca, którą będę musiała zapalić ponownie, bo ta na moim biurku spaliła się poniżej wysokości, przy której patyczek wosku topnieje bez drżenia.
Strona była kłopotem. Brudnopis leżał przede mną w formacie, który preferowała kancelaria. Data. Godzina. Metoda, gdzie napisałabym wszystkie trzy; mój ojciec nauczył mnie, że kanclerz z jedną metodą do dyskusji będzie dyskutował, a kanclerz z trzema złoży dokument. Podpis. Poniżej podpisu pole na stempel datowy kancelarii, już odbity na prasie na dole, bo poprosiłam o ponumerowany papier na początku miesiąca. Ponumerowany papier. Kartka, której nie da się podmienić, której nie da się wyrwać i przepisać na czystą, której nie da się zgubić w żaden sposób, którego kancelaria nie zauważy w ciągu godziny od jej nieobecności. Cokolwiek zrobię, zrobię na tej stronie, z pieczęcią, którą sama kancelaria odbiła na niej trzy tygodnie wcześniej, i kasownikiem w rogu, który nie został jeszcze przekreślony.
Dotarłam do tego wyliczenia trzydzieści jeden razy w ciągu ostatnich dwudziestu ośmiu dni. Jedenaście przez tranzycję, dziewięć przez progresję, jedenaście przez powroty. Istniała czwarta metoda, której mój ojciec nauczył mnie jako swoją i trzymał z dala od programu kancelarii, geometria sal dworskich i kątów; odłożyłam ją na bok, bo kłopot przede mną był kłopotem daty, nie miejsca. Cztery dni dozwolonego składania pozostały w kalendarzu. Żaden z nich nie zmieni kolumny. Żaden z nich nie usunie wiersza pod jedenastym miesiącem.
Nie umarł na gorączkę. Ta myśl zaczęła się tej jesieni i została. Na głos jej nie wypowiedziałam. Nie było nikogo, komu można było to powiedzieć, komu można było to zdradzić.
Kroki dotarły na szóste półpiętro.
Mój ojciec rozpoczął inny rachunek w ostatnim miesiącu. Jedna strona została włożona do tyłu jego księgi roboczej, pismem bardziej starannym niż zwykle. Inna, na oddzielnym papierze, leżała pod rzemykiem księgi o cyklach w trzeciej szufladzie od dołu, gdzie zazwyczaj nie trzymał takich rzeczy. Strony nie pasowały do siebie rozmiarem ani tematem; pytanie, które zadawał, pozostało nieprzeczytane. Zadanie go w jego imieniu przekraczało jeszcze moje możliwości. Zabrakło mu czasu. Czy ja kończę swój, czy też czas już się skończył i wieść o tym właśnie dociera do ciała, które wciąż pracuje przy biurku — tego nie rozstrzygnęłam.

Pell nie zapukał natychmiast. Zatrzymał się na progu na tyle długo, by wyrównać oddech; miał pięćdziesiąt dwa lata i wspinaczka dawała mu w kość. Stowe poruszył się niespokojnie za nim, dźwięk, który śledziłam, nie podnosząc wzroku. Pukanie padło w oczekiwanym momencie. Trzy uderzenia, w równych odstępach, sposób kancelarii na proszenie o pozwolenie na zrobienie czegoś, co i tak by zostało zrobione.
— Astrologer Kane. — Głos Pella, oficjalny o szóstej godzinie, tak jak oficjalny był o każdej innej. — Godzina.
Godzina.
Wyciągnęłam pieczęć z szuflady lewą ręką. Laseczka wosku znalazła się przy niej bez namysłu. Świecę będę musiała zapalić ponownie, ale jeszcze nie teraz. Podpis miał dopiero nastąpić.
Karta przede mną zawierała wszystko poza moim nazwiskiem i małymi znakami pod metodami. Po trzy litery pod każdą, w formacie, który preferowała kancelaria. Poniżej nich mój podpis, który ćwiczyłam jako dwunastolatka i który zachowałam niezmieniony od tamtej pory, ponieważ ojciec powiedział, że podpis powinien być użyteczny, nie ozdobny. Poniżej podpisu pole na datownik, korektor w rogu wciąż nie uderzony.
— Astrologer Kane — powtórzył Pell tonem człowieka, którego poproszono raz, by coś powiedział, który powiedział to drugi raz i który nie powie tego trzeci.
Świeca na moim biurku zgasła i pogrążyła pokój o pół tonu głębiej, zanim lampa się dostosowała.
Strona leżała w nowym świetle, bledsza niż wcześniej, atrament ciemniejszy.
Sięgnęłam po —

