TaleSpace

Rozdział 3

Tilda trzymała długi płaszcz na ramieniu, zanim zeszłam po ostatnich schodach. Trzymała go rozłożonego od barku; wełna miała stary ołowiany kolor, na tyle ciężka, że poczułam, jak szew układa się wzdłuż obojczyka, gdy zapięła klamrę przy gardle. Łańcuszek astrolabium zaplątał się pod nią na piersi. Tilda uwolniła łańcuszek, ułożyła go na wełnie i dopiero wtedy zapięła drugą klamrę.

— Przeszłaś obok kałamarzy, nie patrząc na nie — rzekła.

— Patrzyłam.

— Nie ruszyłaś ich.

— Nie.

Sprawdziła klamrę, odpięła ją, zapięła o nicię bliżej. Nie zapytała dlaczego. — Master Pell przysłał pazia, żeby cię przeprowadził. Czeka u stóp schodów od kwadransa.

Wzięłam od niej małe skórzane etui. W środku leżał roboczy kalendarz, brudnopis, z którego miałabym mówić, gdyby poproszono mnie o głos. Czysta kopia spoczywała w teczce przewiązanej czarną wstążką, dwa drzwi od króla. Król czyta we własnym czasie, powiedział Crece. Król nie zobaczy tego, dopóki kancelaria nie przygotuje go, by to zobaczył. Król odprawił komornika o szóstej. Król miał przeczytać coś innego niż to, na co przygotowała go kancelaria.

Tilda trzymała rączkę pod dłonią. Trzymała ją. Dwie sekundy, trzy. Nie dała wyjaśnienia. Potem pociągnęła, a chłód korytarza wyszedł mi naprzeciw.

Paż zachowywał tempo, które narzuciłam, nie odstając od niego.

Kryty przejście od stopy wieży do skrzydła roboczego biegło wzdłuż wewnętrznej strony zachodniego ogrodu, szkło po jednej długiej stronie, kamień po drugiej. Powyżej drugiego piętra kancelarii okno stało otworem mimo wilgotnego poranka. Renata Holst stała w oknie. Nie uniosła ręki, gdy paż spojrzał w górę. Utrzymała swoje miejsce. Podeszła do okna, żeby widzieć, jak przechodzę, i pozwoliła mi zobaczyć, że przyszła, i nie pozwoliła żadnej z nas udawać inaczej.

Przeszłam.

W przedpokoju gabinetu roboczego nie było komornika przy biurku ani pisarza przy bocznej ścianie. Przy wewnętrznych drzwiach stał sam strażnik, starszy mężczyzna z oznaką kapitana, który obserwował moje wejście bez wyprostowywania się z milczenia.

— Astrologer Kane — powiedział do niego paż.

Strażnik sam otworzył drzwi. Nic nie powiedział. Nachylił głowę o zaledwie pół cala — człowiek, którego dworność ukształtowała się w miejscach, gdzie drzwi były niższe — i oddał mi pomieszczenie.

Gabinet roboczy miał długi stół pod wąskim wschodnim oknem. Dwa krzesła stały naprzeciw siebie. Drugie drzwi w tylnej ścianie prowadziły, jak zgadywałam, do apartamentów króla; były zamknięte. Na stole nie było nic poza niską mosiężną tacką z zatkanym dzbanem i dwiema szklankami oraz, w miejscu naprzeciw mojego, czystym kwadratem niezapisanego papieru i stalowym piórem na dalszej krawędzi papieru.

Aldric już stał przy stole.

Czekał, aż drzwi zamkną się za mną. Strażnik zamknął je tak, jak ludzie zamykają to, co chcą zamknąć delikatnie. Pokój zmalał w zamykaniu. Aldric trzymał oczy na drzwiach za moimi plecami, dopóki zamek nie chwycił, dopiero wtedy przeniósł je na mnie.

— Astrologer. — Jego głos brzmiał niżej w tym pomieszczeniu niż słyszałam go z podestu. — Dziękuję, że przyszłaś w dniu, o które prosiłem.

— Wasza Królewska Mość.

— Usiądź, proszę.

Krzesło, o które mu chodziło, stało przed papierem i piórem. Usiadłam. On przyciągnął krzesło po drugiej stronie do siebie i usiadł po mnie, co nie jest sposobem, w jaki króla zazwyczaj widuje się witającego kogokolwiek. Gdy się usadowił, zdjął ciężki pierścień z palca wskazującego lewej ręki, nie patrząc na niego, i położył go na stole między dzbanem a papierem.

— Przeszkadza w pisaniu — powiedział.

To było jedyne, co o tym powiedział.

Nie sięgnął po pióro. Złożył ręce na stole, a potem opuścił je na kolana. Jego wzrok powędrował ku moim dłoniom i pozostał tam ćwierć uderzenia dłużej, niż powinien, po czym odsunął się bez słowa komentarza. Na prawym wskazującym i środkowym palcu widniały ślady atramentu, cieńsza kreseczka wzdłuż krawędzi kciuka tam, gdzie pieczęć odcisnęła ją dzień wcześniej, i jedna świeża plamka pod paznokciem od pióra, które wzięłam do ręki bez powodu, czekając na dole schodów. Zauważył to wszystko.

— Chcę zrozumieć trzy metody — powiedział. — Nie wynik. Metodę. Chciałbym, żeby pani wyjaśniła, w takiej kolejności, w jakiej astrolog uczyłby ucznia, jak działa każda z nich i czego każda z nich nie potrafi.

To nie było pytanie, na które się przygotowałam. Przygotowałam się na żniwa w siódmym miesiącu i zamieszki na wschodnich rubieżach w czwartym, które kancelaria przekazałaby mu do zadania. Zadał inne pytanie. Zadał pytanie, które poprzedzało odczyt kancelarii, i którego kancelaria sama mi nie zadała od dwunastu lat.

Opowiedziałam mu.

Tranzyt był pierwszy, bo to, co początkujący mógł zobaczyć najpierw: planeta i dom, ruch jednego ciała przez ustalony punkt urodzenia, najprostszy z trzech, bo można go było narysować. Papier między nami pozostał czysty; dał mi papier, ale nie sięgnął po pióro, a ja po swoje. Słowami, w kolejności, w której uczył mnie ojciec, przekazałam to, co tranzyt mógł dać, i to, czego nie mógł. Dane wejściowe przychodziły po kolei — minuta koronacji, długość geograficzna, na której opierał się rachunek, godzina ostatniego oddechu poprzedniego króla, jak została wpisana do rejestru publicznego — i miejsca, w których każda z tych danych mogła zboczyć z drogi.

Pozwolił mi mówić. O nic nie pytał.

Przeszłam do progresji. Progresja była trudniejsza, bo wymagała od czytającego przejścia roku przez dzień i stopnia przez rok, i utrzymania symbolicznego tempa ruchu przeciwko dosłownemu, bez ich mylenia. Mówiłam o temperamentach domów, które miały mniej wspólnego z przewidywaniem niż z kątem, pod którym rok był oświetlony. Zapytał, co mam na myśli, mówiąc o kącie, pod którym rok jest oświetlony. Powiedziałam mu. Przyjął odpowiedź, obrócił ją raz przed sobą i odłożył, pozwalając mi kontynuować.

Cykl powrotów przyszedł ostatni, bo nie można go było przyspieszyć ani przekonać, i wymagał od wykresu powrotu do dokładnej minuty swojego pierwszego stworzenia i ponownego odczytania, jakby po raz pierwszy. Jakakolwiek rozbieżność między pierwszym odczytem a powrotem była rozbieżnością, która miała znaczenie. Cykl powrotów był, w słowach mojego ojca, sito.

Czyj wykres przepuściłam przez to sito cztery noce temu, nie powiedziałam. Pozwolił ciszy to zachować.

Oparł się o krzesło. Nie wykonał od razu ruchu, by mi podziękować ani by mnie odprawić. Pozwolił ciszy trwać pełną długość i jeszcze trochę. Jego wzrok powędrował do pierścienia na stole, do okna za moim ramieniem, i do mnie na końcu.

— Jest pani bardzo młoda na tę pracę.

— Mam trzydzieści jeden lat.

— Jest pani bardzo młoda na tę pracę.

— Tak.

— Mam trzydzieści pięć lat. — Jego usta wygięły się w jednym kąciku, tylko na moment. — Jestem bardzo młody na swoją. Zauważyłem, że mówi mi się o tym rzadziej.

Nie miałam odpowiedzi, która nie byłaby odpowiedzią dworaka, a odpowiedź dworaka było tym, czemu odprawił szambelana, by uniknąć. Nie dałam mu żadnej odpowiedzi.

Skinął głową, jakbym dobrze odpowiedziała.

— Astrolog Kane. Dziękuję. Nie będę pani zatrzymywać. — Wstał. Pierścień został na stole; zapomniał o nim. Zauważył, że zapomniał, zanim ja to zauważyłam, podniósł go i wsunął z powrotem na wskazujący palec z wprawionym półobrotem nadgarstka. — Kancelaria powie mi, kiedy przygotuje formalny odczyt. Będziemy mieli na to godzinę.

Wstałam. Podeszłam do drzwi. Przekroczyłam połowę pomieszczenia, gdy on znów przemówił.

— Astrolog.

Obróciłam się.

Nadal stał po swojej stronie stołu. Opierał się dłońmi o krawędź blatu, wychylony o pół stopnia do przodu, jak człowiek, który zdecydował, co powie, dopiero w czasie, jaki zajęło mi dotarcie do drzwi.

— Jest jeszcze jedna rzecz. — Zaczekał, aż spojrzę mu w oczy. — Chciałbym drugi horoskop. Nie ten, który ma kancelaria. Nie do archiwum. Dla mnie. Chcę, żeby został napisany tak, jak napisałaby go pani dla przyjaciela, nie dla rejestru. Prawda, która nie pasuje do ręki kancelarii. Mam swój czas urodzenia z dokładnością do pół godziny. Ma go pani w aktach. Mogę go podać ponownie, jeśli to sprawi, że będzie pani pewniejsza w pracy. — Jego usta znów drgnęły przy słowie pewniejsza. — Wiem, że już jeden rzuciła pani. Chcę, żeby rzuciła pani drugi. Powinna być między nimi różnica. Przyjdę po niego za dwa tygodnie.

Zaczekał.

Nie powiedziałam tak. Nie powiedziałam nie.

Stałam w drzwiach, z płaszczem wciąż na sobie i teczką u boku, a on z powrotem z pierścieniem na dłoni, i kolumna na końcu jedenastego miesiąca stojąca między nami w teczce dwa drzwi dalej.

Zaczekał chwilę dłużej.

Potem skinął głową — najmniejszy ukłon, jaki może dać król — i odwrócił się do stołu, i do papieru, i do pióra, którego jeszcze nie użył.

Wyszłam.

Rozdział 3 jest gotowy

Wpisz swój email, aby czytać dalej

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się