TaleSpace

Rozdział 2

Jadła na stojąco przy blacie, bo usadzenie się oznaczałoby wybór między małym stolikiem przy oku a kanapą, a tak mały wybór nie był dziś bezpiecznym wyborem.

Wrześniowy numer leżał między czajnikiem a zlewem, tam gdzie go położyła wchodząc. Był jej; miała jeszcze trzy egzemplarze w gabinecie, plik PDF na laptopie i kolejny w skrzynce mailowej, którego nigdy nie przeczytała, bo nie musiała czytać własnej pracy. Egzemplarz papierowy był tutaj. Egzemplarz papierowy był wersją, która nie zawierała akapitu o Danielu.

Na odwrocie paragonu z restauracji sporządziła listę.

Redaktor z dostępem do nieredagowanego pliku: Ruth Khoury.

Recenzenci: dwóch. Jednego mogła wymienić z imienia — mężczyzna z Hopkins, którego uwagi były wyczerpujące i bezosobowe, a notatki na marginesie sugerowały kogoś, kto nie czytałby dalej niż do pierwszej wzmianki o rodzeństwie, tym bardziej nie udostępniłby tego fragmentu. Drugi recenzował w trybie ślepym. Nie pytała. W miesiącach od publikacji nie przyszło jej do głowy, by pytać.

Skradziony plik, napisała i skreśliła to. Przechwycony przy składzie — skreśliła. Udostępniony w zaufaniu zostało na stronie, bo wątpiła w to, a mimo to zostawiła, niechętna usuwaniu możliwości tylko dlatego, że ją niepokoiła.

Na końcu korytarza drzwi jej sypialni były zamknięte. Zamknęła je rano przed wyjściem do gabinetu. Każdego innego dnia w roku drzwi pokoju, w którym mieszkała sama, stały otworem, a dziś pozostały zamknięte.

Wino trafiło do kieliszka. Zostało tam, gdzie je postawiła. Drugi kieliszek poszedł w ślad, potem butelkę zakorkowano i dwa kieliszki ustawiły się na blacie jak dowody rzeczowe.

Imię ślepego recenzenta było w jej folderze Wysłane. Było w jej umowie z czasopismem. Oba wymagały otwarcia laptopa.

Laptop pozostał zamknięty.

Rano poprosiła Josha o sprawdzenie przeszłości pana Carrowa.

„Standardowe?"

„Standardowe."

Zanotował to w rogu bloczku z tą niewielką administracyjną neutralnością, która pozwalała mu utrzymać dzień w ruchu. Josh nie pytał, dlaczego nie zleciła tego żadnemu wcześniejszemu pacjentowi. Skopiował prośbę tak, jak została zapisana.

Formuła zagnieździła się w jego słowniku i w jej. Tak jak zapisano. Wróciła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi, a ich zamknięcie zabrzmiało głośniej, niż wymagał tego pokój.

Zadzwoniła do Journal of Palliative Psychiatry z telefonu na biurku. Głos, który odebrał, należał do kobiety o imieniu Helena, która była na stanowisku redakcyjnym dłużej niż Ruth Khoury pełniła funkcję redaktor naczelnej i traktowała rozmowy telefoniczne tak, jak bibliotekarki traktują hałas.

„Doktor Khoury jest w Genewie do czwartku. Czy mogę przekazać wiadomość?"

„Chciałabym zapytać ją o materiały robocze. Wrześniowy numer."

„Coś, co mogę jej przekazać?"

„Moje nazwisko. Doktor Collins. Noelle Collins. Pozna artykuł."

Po drugiej stronie zapadła mała cisza, która mogła być ciszą kogoś zapisującego nazwisko, lub ciszą kogoś, kto słyszał to nazwisko ostatnio i zastanawiał się, czy o tym wspomnieć.

„Czwartek."

„Czwartek odpowiada."

Linia kliknęła. Odłożyła słuchawkę. Uniknęła słów „wyciek" i „naruszenie". Zapytała, z tą ostrożną niebezpośredniością, jaką profesjonaliści używają, by pytać się nawzajem o rzeczy, których będą się wstydzić później, czy ktokolwiek poza Khoury dotykał pliku. Pytanie trafi na biurko Khoury do czwartku, w jakiejś formie, w Genewie, a forma zależeć będzie od tego, co Helena zdecydowała o tej pauzie.

Gabinet Lena znajdował się za rzeką, na korytarzu, gdzie wykładzinę wybrała komisja. Rośliny, które Lena podlewała. Okno na dziedziniec z pojedynczym platanem. Turkusowy szal owinięty dwa razy wokół ramion, bo Lena nie wierzyła, że gabinety powinny być szare.

„Wyglądasz na zmęczoną."

„Śpię dobrze."

„Nie o to zapytałam."

Noelle usiadła w fotelu, w którym zawsze siadała. Lena pozostała na stojąco; kończyła stertę formularzy, podpisując je powolnymi, pętlującymi inicjałami, które zajmowały jej więcej czasu niż czyjekolwiek inne, bo nauczyła się podpisywać przed erą komputerów i nie zamierzała z tego rezygnować.

„Obłożenie?"

„Do opanowania."

„Nowi pacjenci?"

„Jeden."

Lena skończyła ostatni formularz. Podeszła do biurka i zamiast wrócić na swoje miejsce, usiadła w fotelu obok Noelle — w fotelu, w którym siadali pacjenci, gdy pacjenci do niej przychodzili, i który, między nimi, Lena wykorzystywała, gdy chciała słuchać.

„Opowiedz mi o tym jednym."

„Anonimowy. Rutynowy."

Trzy słowa wyszły w kolejności, w której czekały całe rano. Między nimi, na wykładzinie, leżały jak karta przesunięta przez stół awersem do dołu.

Lena zachowała ciszę. Pozwoliła jej leżeć tam wystarczająco długo, by jedna z nich musiała ją podnieść. Noelle zostawiła ją tam, gdzie leżała. Miała własną wersję tego narzędzia i potrafiła je dopasować, bo to Lena nauczyła ją tego na samym początku.

„Oporny na leczenie?"

„Tak."

„Jak długo jest w terapii?"

„Od jakiegoś czasu."

„Jak przebiegła pierwsza sesja?"

Pauza była meblem. Można było ją przesunąć. Można było ją zostawić. Noelle ją zostawiła.

„Pouczająca."

Usta Leny zrobiły to, co prawie było uśmiechem i nie było uśmiechem. Jej dłoń sięgnęła do krawędzi szala, poprawiając go bez potrzeby, jak robiła, gdy sięgała po pytanie i wybierała, by go nie zadać. Wzrok Noelle zatrzymał się na tym drobnym ruchu i odpłynął.

Lena wstała. Biurko nie ściągnęło jej z powrotem; podeszła do okna i wyregulowała lamelki żaluzji tak, by światło wpadało płaskiej — drobne porządki, które wykonywała, gdy decydowała, czy nacisnąć.

Przepuściła to.

„Zadam ci jedno pytanie, a ty odpowiesz na nie tak, jak przyjaciółki odpowiadają na pytania, nie tak, jak podopieczne odpowiadają na pytania. Czy śpisz?"

„W większości."

„W większości."

„Tak."

„W tak razie zobaczymy się w czwartek." Lena odwróciła się od okna. „Przynieś coś do picia, co nie jest kawą."

„Piję wodę."

„Przynieś coś, na co masz ochotę."

Superwizja trwała dwanaście minut. Były zaplanowane na czterdzieści.

Na korytarzu na zewnątrz Noelle stała chwilę z ręką na ścianie. Ściana była chłodna. Drobne ziarno farby wyciskało się w jej dłoń, równe i suche. Lena dała jej wyjście, a ona je wzięła, i obie o tym wiedziały, i żadna tego nie nazwała.

Back Bay pochłonęła resztę poranka. Po południu przyjęła dwóch pacjentów — obu stałych, do których miała wyrobioną pamięć mięśniową i gotowy język — a o szóstej, gdy Josh poszedł do domu, a budynek opustoszał w tę ciszę, w jaką stare budynki zapadają, gdy ich kotły wyłączają się na noc, otworzyła teczkę Carrowa.

Formularz przyjęcia. James Carrow. Data urodzenia 1687.

Rano jej wzrok omijał datę. Patrzyła na nią kątem oka, tak jak zerka się na dzieciński rysunek na lodówce, robiąc kolację. Teraz ustawiła teczkę równo z krawędzią podkładki i pozwoliła wzrokowi spocząć na czterech cyfrach.

Prawdopodobnie 1987.

Pomyślała to znowu, za drugim razem tak, jakby wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że stanie się prawdą.

Cyfry się nie zmieniły.

Uniosła długopis, by coś zapisać — notatkę dla siebie na następną sesję, pytanie do zadania, rodzaj roboczej hipotezy, na budowie której oparła całą karierę, notując na koniec każdego dnia. Długopis zawisł nad stroną. Odłożyła go bez pisania.

Zamknęła teczkę. Teczka została tam, gdzie leżała.

Przez chwilę tylko siedziała z nią: miękki beżowy karton, etykieta nadrukowana starannym sans-serifem, którego Josh używał dla każdego pacjenta, małe zagięcie w jednym rogu, którego nie zauważyła wcześniej. Za oknem przejechał samochód i zniknął. Kaloryfer kliknął dwa razy i umilkł.

Płaszcz zszedł z wieszaka. Torba uniosła się z podłogi. Przy drzwiach zatrzymała się z ręką na włączniku.

Podkładka trzymała teczkę w swoim centrum. Fotel naprzeciwko jej własnego trzymał stygnący zarys nikogo. Przez siedem lat w tym gabinecie nigdy nie zostawiła dokumentacji pacjenta na biurku na noc.

Wyłączyła światło.

Rozdział 2 jest gotowy

Wpisz swój email, aby czytać dalej

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się