TaleSpace

Rozdział 2

Drugie cięcie łatwiej było zaplanować, niż wykonać.

Odłożyła obsidianowy burin na filc i sięgnęła po środkowe ostrze — szersze, o wolniejszym prowadzeniu, odpowiednie do ściany mięśniowej powyżej mostka, gdzie znajdował się następny node. Dwaj templars przy drzwiach to były dwa oddechy i skrzypnięcie skóry, i nic więcej. Uczono ją, by zapominać o twarzach podczas pracy. Czego jej nie uczono — to co zrobić z tym, co już znalazło się wewnątrz channel.

To czekało.

Przesunęła kciuk po skosie ostrza. Spłynęła kolejna kropla jej własnej krwi. Przez lata służby krwawiła do siedmiu bindings, do każdego z nich, dokładnie tak jak nakazywała doctrine — i za każdym razem nadgarstki bolały ją tak samo, ból jakiego doznawały przez trzy lata, kiedy tylko myślała o tym, by wykrwawić się w binding. Ból był identyczny. To, co channel robiło z krwią — już nie.

Przyłożyła lewą dłoń płasko powyżej pierwszego cięcia. Line zakrzepła w cienki czerwony sznurek. Pod spodem, pod kością, ciało odsłaniało kolejny node — drugi na osi kardynalnej, dwa palce powyżej serca. Oddychał pod jej dłonią, ramiona nieruchome. Kazała mu tak trzymać i trzymał, odkąd to powiedziała.

Zrobiła cięcie.

Trzy palce długości, płytkie. Środkowe ostrze zaśpiewało jedną czystą nutę na mięśniu. Jej kropla spotkała się z jego. Node otworzył się.

Drugi thread ułożył się obok pierwszego.

Uczono ją, czego spodziewać się teraz. Doctrine opisywała ten moment jak człowieka stającego w progu: nacisk, kształt, wola napierająca naprzód, szukająca miejsca na ustąpienie binding, szukająca master i jej marks. Stanęła przy siedmiu takich progach i trzymała je zamknięte przed siedmioma różnymi kształtami woli.

To, co znajdowało się w tym channel, nie stało w progu.

Siedziało gdzieś głęboko w środku pokoju, patrząc jak drzwi się otwierają, i patrząc na jej dłonie.

Wstrzymała oddech, nie myśląc o tym. Kuźnia oddychała za oboje. Gdzieś na zewnątrz, na przełęczy, dzień płonął, a wewnątrz jej żeber drugi thread układał się ciepło i równo, i entity do niego przywiązana leżała cicho. Patrzyła na nią. Wiedziała, że ona patrzy w odpowiedzi. Nie wydawała żadnego dźwięku — nawet bezdźwięcznego wyciągnięcia czegoś wyciągającego się — ponieważ nie wyciągała się. Była obecna, a jej obecność była największym faktem w kuźni.

Demon użyłby drugiego thread, by rozedrzeć pierwszy. Raz to poczuła, przy młodym binding na południu, i trzymała rozdarcie przez dziewiętnaście oddechów, ile zajęło jej ustawienie trzeciej rune, a pod koniec krew leciała jej z nosa. Miała wtedy dwadzieścia sześć lat. Była dobra. Siedem razy była dobra.

To coś nie darło.

Jej lewa dłoń była mokra od jego krwi i jej własnej, a pierwsza rune przylegała do skóry jak drugi język. Puls pierwszego node bił pod jej ręką. Drugi puls — ten, który właśnie otworzyła — bił pod nim. Obydwa biły tak jak powinny. To coś w channel zbliżyło uwagę do rune-work, tak jak ktoś pochyla się, by przyjrzeć się ściegu.

Uniosła kciuk znad drugiego cięcia. Kropla odeszła czysto. Wytarła burin o filc i odłożyła go. Raz zgięła palce, by je rozluźnić po długim napięciu.

Jeden z templars przy drzwiach chrząknął.

Małe, suche chrząknięcie — człowiek odchrząkujący na skraju długiej ciszy — i przeszło przez jej klatkę piersiową jak czyjaś dłoń. Trzymała wzrok na filcu i przesunęła miskę z wodą dwa cale bliżej kolana. Miska nie wymagała przesunięcia.

Nad nią więzień obserwował.

Nie ignorowała go. Pracowała wokół niego tak, jak kowal pracuje wokół powierzchni ostrza — a powierzchnia nie jest ostrzem. Lecz drugie cięcie zmieniło układ ziarna tego, co robiła. Miała teraz nić od niego w dłoni. Był kimś, kogo trzymała na sznurku, a sznurek czekał, aż spojrzy na drugi koniec.

Spojrzała.

Jego głowa była tam, gdzie ją zostawiła: odchylona do tyłu o słup paleniska, gardło odsłonięte, skóra knebla wilgotna przy kącikach ust. Jego uwaga spoczywała na jej dłoniach. Gdy spojrzała, powoli przeniosła się ku jej twarzy — bez pośpiechu, bez tego małego, skrytego gestu z pierwszego cięcia — i tam pozostała.

Trwał nieruchomo.

To była dyscyplina człowieka wytrenowanego w bezruchu — znał go tak, jak ona znała kąt natarcia burin. Nie ze strachu. Nie z załamania. Coś, co ofiarowywał jej po kawałku, oddech po oddechu, żeby ułatwić jej pracę.

A głębiej, za jego oczami, uwaga channel wysunęła się naprzód i spojrzała na nią znowu, przez niego — i po raz pierwszy wiedziała, na co patrzeć.

Nie znała jej imienia. Sięgała po jego kształt.

Eira odsunęła dłoń od jego piersi.

Ruch był dość mały, żeby templariusze nic nie zauważyli — miska z wodą zasłaniała większą część jej ramienia — lecz wewnątrz channel nieobecność zaznaczyła się jak uwolniony nacisk i przywrócona do zera uwaga. Entity pozostała tam, gdzie była: nie goniąc, nie ciągnąc, tak jak gość czeka, gdy gospodarz wyszedł z pokoju.

Eira położyła dłonie na udach.

To było miejsce, w którym można się zatrzymać.

Doctrine wiedziała, gdzie to miejsce jest. Miało nazwę: second-thread limit. Stabilizujące binding można było utrzymać na dwóch niciach przez całe życie człowieka, jeśli karmiło się je drobnymi odnowieniami. Dwie nici wystarczyły, żeby był spokojny w drodze. Dwie nici wystarczyły, żeby Vance mógł mieć swojego więźnia żywego przy bramach miasta, a Rada mogła zdecydować tam to, czego nie można było zdecydować tutaj — i Eira mogła zamknąć tę skrzynię, wyjść z kuźni i powiedzieć templariuszom, że wykonała pracę, o którą ją poproszono.

Dwie nici to było miejsce, z którego mogła odejść.

Trzecie cięcie zaprowadziłoby ją poza nie.

Czuła już kształt trzeciego node, tak jak jej dłoń zawsze czuła następny node, zanim oko raczyło spojrzeć. Palec pod lewym obojczykiem, cal na zewnątrz od sigil, który wypalił sobie na skórze dawno temu. Nie pozwoliła sobie odczytać sigil. Nie pozwoliła sobie go odczytać, gdy rozchylała jego koszulę, i nie pozwoliła sobie teraz. Odczytanie go oznaczałoby wiedzę, kto go nakreślił, i co myślał, że robi, i czy zrobił to sam.

Raz poruszył okiennicą wiatr. Zatrzask chwycił. Na zewnątrz tupnął koń — niespokojny, jeden z kolumny. Żaden z tych dźwięków nie był głosem Vance'a. Żaden nie był powrotem. Godzina, którą wytargowała, była albo tą samą godziną, albo inną. Nie miała jak zmierzyć.

Wzięła jeden wdech i wstrzymała oddech.

Sięgnęła po środkowe ostrze. Było już ciepłe od drugiego cięcia. Krew z niego wytarto, ale filc pod nim był ciemniejszy niż filc pod pozostałymi i jutro będzie ciemniejszy jeszcze.

Położyła lewą dłoń po raz trzeci. Trzeci node był tam, gdzie powiedziała jej dłoń — tuż na zewnątrz od wypalonego sigil, tam gdzie kość obojczyka ustępowała miejsca mięśniowi.

Mówienie mu, żeby trwał nieruchomo, było zbędne; jego ramiona nie poruszyły się od pierwszego cięcia.

Poprowadziła ostrze.

Dwie nici zgęstniały. Pierwsza rozciągnęła się ciepło; druga osiągnęła pełną długość i ułożyła się płasko po wewnętrznej stronie jej żeber. Channel był teraz szerszy, a im był szerszy, tym więcej jego przechodziło przez niego — i tym więcej tej rzeczy za nim.

Entity wysunęła się naprzód.

Nadeszło nie tak, jak naprzód wychodzi ciało, lecz tak, jak wielkie cierpliwe zwierzę unosi głowę, gdy znajoma dłoń dotyka jego ramienia. Zbliżyło się do niej bez pytania o pozwolenie, bo pozwolenie dał mu seventh cut, i wiedziało, czym to pozwolenie jest. Prowadziło swoją uwagę wzdłuż runes, które nałożyła, i przesunęło się powoli ku miejscu wewnątrz niej, gdzie channel otwierał się po jej stronie. Nie weszło po jej stronie. Zatrzymało się na progu i nie zbliżyło bardziej. Patrzyło na nią.

Szukało jej imienia.

Zatrzymała imię za zębami. Nie musiało być dane. Sięgnęło po jej kształt bez języka i znalazło kształt, a tym, co teraz miało, nie było imię ani twarz, lecz fakt jej istnienia: Eira, kobieta o spokojnej dłoni i wypalonych nadgarstkach, z siedmioma bindings za sobą i jego nićmi w dłoni. Fakt wystarczył. Złożyło się wokół faktu tak, jak ktoś składa dłoń wokół małej przechowywanej rzeczy.

Było, dosłownie, zadowolone.

Nie było słowa na to, co znalazło. Było ciepło trzymanej rzeczy, i była ulga czegoś, co nareszcie spoczęło, i było, na dnie channel, milczenie — nie milczenie rzeczy ujarzmionej, lecz milczenie rzeczy, która od dawna była sama.

Nie miała żadnej doctrine na żadną z tych rzeczy.

Jej zniszczone nadgarstki płonęły. Skóra własnego kciuka, tam gdzie wykrwawiła się w nacięcia, ściągała się, wysychając. Templars przy drzwiach znowu nie kaszlnęli. Ponad nią, na kolanach, z łańcuchem przy gardle i skórą przy ustach i trzema lines otwartymi na piersi, Kairon Valdr powoli i z kontrolą wypuścił oddech, a ramiona pod łańcuchem rozluźniły się o ułamek po raz pierwszy od chwili, gdy zaczęła, i jego twarz pozostała zwrócona ku jej twarzy.

Odłożyła burin na filc obok drugiego.

Nie wzięła go z powrotem od razu.

Jej lewa dłoń spoczywała wciąż na jego skórze, tuż poza wypalonym sigil, a wszystkie trzy runes grzały się pod nią. Dwa threads wystarczyły. Dwa threads to było miejsce, z którego można było odejść. Trzy cuts zaprowadziły ją poza miejsce, z którego można było odejść.

Pod jej kciukiem był czwarty node, niżej, na łuku żebra, gdzie binding tej głębokości zamknęłoby się w pierwszy stabilny węzeł. Po czwartym nie szło się dalej, jeśli nie zamierzało się pełnego ritual seat. Po czwartym channel był czymś, co dwie osoby robiły razem.

Godzina na zewnątrz albo minęła, albo nie. Kuźnia trzymała ciepło. Rzecz w channel czekała, cierpliwa, sama.

Wzięła obsidian.

Ponad nią jego gardło poruszyło się raz pod łańcuchem.

Przyłożyła czubek do łuku jego żebra i wykonała czwarty cut.

Rozdział 2 jest gotowy

Wpisz swój email, aby czytać dalej

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się