Minął tydzień. Tydzień, który zdawał się długim, gorączkowym koszmarem, utkanym z upokorzenia i strachu. Stałam się częścią bezimiennej masy „nowych dziewcząt”, acemi. Byłyśmy zasobami, które należało wyszkolić, a nie ludźmi.
Uczono nas od świtu do zmierzchu. Uczono nas języka tureckiego, aż mój język bolał od obcych samogłosek. Uczono nas dworskiej etykiety — jak chodzić bezszelestnie, jak siedzieć ze spuszczonym wzrokiem, jak się kłaniać, jak stawać się częścią ścian. Uczono nas tańca, gry na oud, nalewania wina bez uronienia choćby kropli, a co najważniejsze — sztuki „zadowalania”.
Języka nauczyłam się najszybciej ze wszystkich — nacisk mojego ojca na lingwistykę w końcu przyniósł efekty — ale we wszystkim innym byłam najgorszą uczennicą. Nie potrafiłam zmusić się do ukłonu z niewolniczą uległością. Moje plecy pozostawały proste niczym pręt z weneckiego żelaza. Kiedy Kalfa (instruktorka) krzyczała na mnie za patrzenie jej w oczy, nie drgnęłam. Patrzyłam jeszcze głębiej.
Sümbül Ağa często obserwował nasze lekcje, stojąc cicho w cieniu niczym sęp czekający na padlinę. Jego martwe oczy spoczywały na mnie, oceniając i kalkulując, ale nic nie mówił.
A Gülbahar nigdy nie przepuściła okazji, by mnie upokorzyć. Moje nieposłuszeństwo postrzegała nie jako odwagę, lecz jako wyzwanie. „Przypadkiem” wylewała lepki sorbet na moją czystą tunikę lub „żartem” podstawiła mi nogę podczas ćwiczeń tańca. Znosiłam to wszystko w milczeniu, z zaciśniętą szczęką, nie chcąc dać jej satysfakcji z moich łez.
— Jesteś zbyt dumna, Venetian — syknęła do mnie raz w hammamie, górując nade mną, gdy szorowałam podłogę. — Duma jest tutaj najkrótszą drogą na dno Bosphorus. Jesteś nikim. Ja jestem matką księcia.
Lecz plotki o „niepokornej Venetian” wypłynęły z haremu i dotarły do uszu Valide Hafsa Sultan, matki Sultana. Była to kobieta, przed którą drżał cały pałac, prawdziwa potęga stojąca za tronem. Nawet Sümbül Ağa w jej obecności wydawał się przerażonym chłopcem.
Pewnego dnia składał jej raport ze spraw haremu w jej prywatnym ogrodzie. Byłam w pobliżu, przycinając krzewy róż — zadanie przydzielone mi za „zuchwalstwo”. Słuchałam.
— ...a Gülbahar Hatun znów skarży się na bóle głowy i żąda rzadkich olejków z Egiptu — dukał Sümbül, czytając ze zwoju.
— Gülbahar zbyt wiele o sobie myśli — przerwała ostro Valide, nie podnosząc wzroku znad haftu. — Zapomina, że łaska Sultana jest rzeczą kapryśną. Zapomina, że to ona służy mojemu synowi, a nie odwrotnie. Co z nowymi dziewczętami?
Sümbül Ağa zawahał się przez ułamek sekundy. — Większość jest pusta w głowie, moja Sultano. Wiejskie dziewczęta. Ładne, ale nudne. Ale jest jedna... ta Venetian. Leyla. Ona jest... inna.
— Inna? — Valide Sultan po raz pierwszy podniosła wzrok. Jej oczy były zimne, ciemne i inteligentne.
— Jest niepokorna, ale bystra. Uczy się języka, jakby się w nim urodziła. Czyta. I nie czuje strachu.
Valide uśmiechnęła się. Nie był to miły uśmiech. Był to uśmiech generała oceniającego nową broń. — Interesujące. Czas przypomnieć Gülbahar o jej miejscu. Stała się zbyt pewna siebie. Komfort rodzi lenistwo. Poślij tę... Leyla... do mojego syna dziś wieczorem.
Zamarłam, gdy kolec wbił mi się w kciuk. O tej rozmowie dowiedziałam się dopiero wieczorem.
Siedziałam po prostu w kącie wspólnej sali, próbując czytać tomik tureckiej poezji, który wykradłam z bibliotecznego wózka, gdy drzwi otworzyły się na oścież. Weszły osobiste służące Valide, procesja kobiet w czerwieni. W haremie zapadła grobowa cisza. Niosły jedwabie, perfumy i kasetki z klejnotami.
— Leyla Hatun — ogłosiła ochmistrzyni, a jej głos rozległ się w całej sali. — Dziś wieczorem zadowolisz Padishah.
Gülbahar, która stała przy oknie, śmiejąc się ze swoją kliką, zamarła. Widziałam jej odbicie w szybie; pobladła, a jej paznokcie wbiły się w dłonie.
Znów zabrano mnie do hammamu. Ale tym razem to nie było szorowanie. To był rytuał. Namaszczono mnie drogocennymi olejkami z jaśminu i drzewa sandałowego, od których kręciło mi się w głowie. Wykąpano mnie w wodzie usianej płatkami róż. To nie była kąpiel. To było przygotowanie ofiary. Moje serce waliło tak mocno, że myślałam, iż cały Istanbul je słyszy.
Ubrano mnie w szatę z szmaragdowego jedwabiu, która zdawała się utkana z blasku księżyca, półprzezroczystą i mieniącą się. Moje ciemne włosy rozczesano, aż lśniły jak obsydian, i wpleciono w nie delikatne sznury pereł. Wpatrywałam się w swoje odbicie w srebrnym lustrze i nie poznawałam samej siebie. Isabella Venier nie żyła. Z tafli patrzyła na mnie Leyla, piękna, przerażona niewolnica, przygotowana dla króla.
— Nie bój się, dziewczyno — szepnęła stara Kalfa, malując moje oczy kohlem. — Po prostu rób to, co rozkaże. Bądź uległa. Uśmiechaj się. I módl się, byś mu się spodobała.
Ale nie potrafiłam się uśmiechnąć. Nie chciałam być uległa.
Sümbül Ağa czekał na mnie u drzwi haremu. Poprowadził mnie słynną Golden Path, długim korytarzem, którym konkubiny szły do komnat Sultana. Księżyc był wysoko, rzucając długie cienie. Cisza była przytłaczająca.
— Leyla Hatun — powiedział, gdy dotarliśmy do potężnych podwójnych drzwi, strzeżonych przez dwóch niemych olbrzymów. Jego piskliwy głos był nienaturalnie niski. — Obserwuję cię, odkąd przybyłaś. Nie jesteś taka jak inne. Jesteś wenecką damą, a twój umysł to twoja jedyna broń w tej klatce. Większość dziewcząt, które przemierzają tę drogę, widzi tylko Sultana. Widzą złoto. Widzą władzę. Radzę ci, byś dostrzegła mężczyznę. Nie próbuj go okłamywać — on to przejrzy, zanim przemówisz. Nie próbuj go uwodzić tak, jak robią to wszystkie inne — on jest tym znudzony. Po prostu bądź tym, kim jesteś... a być może przetrwasz tę noc.
Zapukał raz. Dźwięk odbił się echem niczym wystrzał.
Drzwi otworzyły się na oścież.
Weszłam do komnat Władcy Świata. Pokój był ogromny, przepastny, oświetlony jedynie setkami świec, które tańczyły na nocnym wietrze wpadającym z tarasu. Powietrze było ciężkie od zapachu drzewa sandałowego, soli morskiej i starych ksiąg.
Przy dalekiej ścianie, przy ogromnym oknie wychodzącym na Bosphorus, stała postać.
Wysoki mężczyzna w prostej, a jednak nieprawdopodobnie kosztownej ciemnoniebieskiej szacie. Stał do mnie plecami, z rękami splecionymi za sobą, obserwując wodę.
Zamarłam, nie mogąc złapać tchu. Drzwi zamknęły się cicho za mną, więżąc mnie sam na sam z nim.
Nie porurzył się. Cisza była ogłuszająca. Nie słyszałam nic poza łomotem własnej krwi w uszach. Zdawało się, że minęła wieczność, zanim w końcu, powoli, odwrócił się.
Zobaczyłam jego twarz. Był młody, młodszy niż sobie wyobrażałam. Przystojny, o mrocznej, władczej urodzie, która odbierała dech. Ale jego oczy... jego oczy były starożytne. Ciemne, inteligentne i znużone. Intensywne, nieprzeniknione spojrzenie przeszyło mnie na wskroś, jakby widział wszystkie moje lęki, całą moją nienawiść, cały mój opór.
Patrzył na mnie przez długą, bolesną minutę. Nie patrzył na moją suknię ani na moje włosy. Patrzył mi w oczy. A potem na jego wargach błąkał się lekki, niemal pogardliwy uśmiech.
— A więc — jego głos był niski, aksamitny i pełen niebezpieczeństwa. — To jest dar, który przesyła mi Venice.
