Żaden wyściełany aksamitem powóz nie czekał na mnie w dokach. Nie było fanfar ani dyplomatycznego powitania dla córki rodu Venier. Tylko niewielki oddział ponurych żołnierzy w dziwnych, wysokich czapach i mężczyzna, którego twarz wyglądała, jakby została wyrzeźbiona z wysuszonego drewna.
Nie był ani mężczyzną, ani kobietą – wysoki, chudy, spowity w bogatą jedwabną szatę w kolorze szmaragdowej zieleni. Jego ciemne oczy pozbawione rzęs omiotły mnie od stóp do głów, zatrzymując się na mojej twarzy, dłoniach i postawie z tym samym brakiem zainteresowania, jaki rzeźnik mógłby okazać tuszy ocenianej przed ubojem.
— Sümbül Ağa — przedstawił się, a jego głos był piskliwym, pozbawionym życia skrzekiem, od którego włosy zjeżyły mi się na rękach. — Główny Eunuch Haremu. Od teraz jesteś pod moją opieką.
Nie podał mi ręki. Po prostu odwrócił się i ruszył przed siebie, a ja, potykając się na bruku w moich weneckich pantoflach, byłam zmuszona pędzić za nim, by nie zostać w tyle z lubieżnymi marynarzami. Strażnicy otoczyli mnie murem ze stali i czerwonej wełny, odcinając mnie od świata.
Przeszłam przez szereg bram, z których każda była potężniejsza od poprzedniej. Brama Imperialna. Brama Pozdrowień. Z każdym krokiem zgiełk miasta cichł, ustępując miejsca ciężkiej, przytłaczającej ciszy, którą mącił jedynie szum fontann i chrzęst butów na żwirze. W końcu przeszliśmy przez Bramę Szczęśliwości i znalazłam się w brzuchu bestii — haremie.
To nie był dom. To było miasto w mieście. Labirynt dziedzińców, wykładanych kafelkami fontann, marmurowych korytarzy i bujnych, zamkniętych ogrodów. I było pełne kobiet. Setek kobiet. Były wszędzie — śmiały się przy fontannie, plotkowały na balkonach, szyły w zacienionych komnatach, grały na instrumentach, których nie rozpoznawałam. Dziewczęta w każdym wieku i wszystkich ras — Czerkieski o jasnej cerze, Nubijki o skórze niczym polerowany obsydian, Greczynki, Rosjanki — wszystkie odziane w jasne jedwabie i połyskujące klejnoty.
Ich oczy spoczęły na mnie w chwili, gdy weszłam. Gwar ucichł. Zapadła ciężka cisza. Poczułam ciężar ich spojrzeń — ciekawość, zazdrość, znudzenie i... jawną wrogość. Byłam obca, byłam intruzem, rywalką.
Zabrano mnie do hammamu, tureckiej łaźni. To było pierwsze upokorzenie, pierwszy krok w systematycznym wymazywaniu Isabelli Venier.
Służące, szorstkie i bezceremonialne, zdarły ze mnie wenecką suknię. Jedwab rozdarł się z dźwiękiem przypominającym krzyk. Śmiały się, wytykając palcami mój gorset i trajkocząc w języku, którego nie rozumiałam, traktując moją bieliznę jak dziwne kuriozum. Szorstkimi rękawicami szorowały mnie tak mocno, że skóra zaczęła mnie piec, polewały wrzątkiem ze srebrnych mis, a potem lodowatą wodą. Umyły mi włosy pachnącą glinką. Zmywały ze mnie coś więcej niż brud podróży. Zmywały mój zapach, mój dom, moją tożsamość.
Po kąpieli, drżąc i otulona zwykłym ręcznikiem, zostałam zaprowadzona do gabinetu Sümbül Agi. Było to małe pomieszczenie, pachnące atramentem i wodą różaną. Moje ubrania, klejnoty, nawet skromne perłowe kolczyki, które matka podarowała mi na szesnaste urodziny — wszystko to leżało stosem na stole.
— Tego — Sümbül Ağa trącił mój gorset z obrzydzeniem — tutaj się nie nosi. Twoje europejskie życie dobiegło końca. Skinął na prosty jedwabny strój leżący na dywanie — luźne spodnie i tunikę. — To jest teraz twój mundur.
— Nazywam się Isabella Venier — powiedziałam drżącym głosem, choć walczyłam o to, by brzmiał pewnie. Mocniej owinęłam się ręcznikiem, próbując ocalić choć strzęp godności. — Jestem córką ambasadora Wenecji i jestem tu przez pomyłkę. Muszę...
— Nie ma cię tu przez pomyłkę — przerwał mi, nie podnosząc głosu, ale brzmiała w nim stal. Przeszedł za biurko, taksując mnie wzrokiem. — Jesteś tu z woli Padishaha. I twoje imię to już nie Isabella.
Urwał i wyjrzał przez okno, przez chwilę obserwując mewę nurkującą w Bosforze. Potem odwrócił się, a jego oczy były zimne. — Twoje włosy są ciemne jak noc. Będziesz Leyla. Leyla Hatun.
Leyla. Noc. Imię niewolnicy. Imię bez historii.
— Nie jestem Leyla! — krzyknęłam, robiąc krok naprzód. — Jestem Isabella!
Poruszył się tak szybko, że nie zdążyłam nawet drgnąć. Jego twarz znalazła się cal od mojej. Nie krzyczał. Szeptał, a groźba w jego głosie była przerażająca.
— Tutaj, w tym pałacu, jesteś tym, kim ja każę ci być. Jesteś nikim. Nie masz imienia, rodziny ani przeszłości. Masz tylko jeden obowiązek: być posłuszną. Jeśli będziesz sprytna, posłuszna i — z wolą Allaha — będziesz miała dość szczęścia, by dać sułtanowi syna, zajdziesz wysoko. Jeśli nie... — wzruszył ramionami z całkowitą obojętnością — ...harem zawsze znajdzie zastosowanie dla zepsutych zabawek. Bosfor jest głęboki i nie zdradza tajemnic. A teraz idź.
Zaprowadzono mnie do wspólnej sali, gdzie na długich podestach spały dziesiątki innych dziewcząt. Nie były księżniczkami. Były takie jak ja — pojmane podczas najazdów, kupione na targach, przysłane w darze. Moje przybycie wywołało nową falę szeptów.
Wtedy ją ujrzałam. Siedziała na stercie poduszek w kącie, a dwie służące zaplatały jej włosy. Była oszałamiająco piękna, miała włosy barwy polerowanej miedzi i oczy zielone oraz zimne niczym szmaragdy. Ubrana była w najprzedniejsze jedwabie w kolorze karmazynu i złota, a na sobie miała więcej klejnotów, niż kiedykolwiek widziałam u dam z Wenecji. Biła od niej władza i pewność siebie.
Spojrzała na mnie leniwie, taksując mnie wzrokiem niczym kupiec sprawdzający uszkodzony towar. — Kolejna? — zamruczała z twardym słowiańskim akcentem, zwracając się do służących, ale patrząc na mnie. — Wenecjanka. Mówią, że nadają się tylko do handlu. Zobaczymy, jak szybko pęknie.
Jej śmiech był melodyjny i pełen jadu.
— To Gülbahar Hatun — szepnęła mi do ucha jakaś dziewczyna, rzucając dla mnie na podłogę cienki materac. — Jest faworytą. Haseki. Oczami i sercem sułtana. Dała mu syna. Nie wchodź jej w drogę.
Gülbahar wstała leniwie i podeszła do mnie. Była o pół głowy wyższa. Omiotła mnie wzrokiem, a jej usta wykrzywiły się w pogardliwym uśmiechu. Wyciągnęła rękę i dotknęła palcami szorstkiego materiału mojej nowej tuniki.
— Witaj w piekle, Venetian mouse — szepnęła tylko do mojego ucha, a jej oddech pachniał słodkim szerbetem. Potem, mijając mnie, pchnęła mnie mocno ramieniem.
Upadłam na materac, mniej z powodu siły uderzenia, a bardziej z szoku i upokorzenia. Trzymałam się dzielnie przez cały dzień. Nie płakałam, gdy odbierali mi ubrania. Nie płakałam, gdy zabierali mi imię. Nie płakałam, gdy Sümbül Ağa mi groził. Lecz teraz, słysząc kpiące szepty dziesiątek dziewcząt, pod ciężarem całkowitego osamotnienia, poczułam pieczenie łez pod powiekami.
Nad haremem zapadła noc. Leżałam na twardym materacu, słuchając oddechów obcych ludzi i szeptów w językach, których nie rozumiałam. Odarto mnie z imienia, godności, przeszłości i przyszłości. Byłam sama w sercu wrogiego imperium.
Zacisnęłam pięść pod kocem. Zimny metal wpijał mi się w dłoń. Tuż przed moim wyjazdem, w tym ostatnim, gorączkowym uścisku, ojciec wsunął mi w dłoń mały, skromny pierścień. Nasz rodzinny sygnet. Zwykła żelazna obrączka z wytartym herbem rodu Venier. — Zwykłe żelazo — szepnął. — Nie zauważą go.
Przyłożyłam pięść do ust. Pocałowałam zimny metal. Dla nich byłam Leyla. Byłam niewolnicą. Ale w ciemności, ściskając ten sygnet, wciąż byłam córką Ambassador Venier.
— Nie złamiecie mnie — szepnęłam w ciemność, składając przysięgę ojcu, który mnie poświęcił. — Przetrwam. Przysięgam.
