Śpię cztery godziny. W południe jestem z powrotem w fine arts building, a budynek w południe pachnie tak jak o dziewiątej, tylko głośniej: więcej oddechu, więcej szurania, więcej terpentyny wydobywającej się spod zamkniętych drzwi.
Schody są cichsze niż winda. Winda otwiera się na korytarz pełen ludzi oblepionych glinianym pyłem, a ja nie mam zamiaru znowu być dla nich osobą z tabliczką. Studio 314 jest na trzecim piętrze, w sali wspólnej dla sophomore'ów. Drzwi są zablokowane otwartym blokiem z betonu komórkowego pomalowanym na szaro, z numerem, którego nie potrafię odczytać na jego szerokiej powierzchni.
W środku: cztery sztalugi — trzy z nich puste, jedna skierowana w stronę okna. Chłopak w czarnym swetrze stoi przy pracującej sztaludze. Jego lewa dłoń spoczywa płasko na drewnianej ramie. Prawa trzyma mały pędzel skierowany w dół, w stronę podłogi.
Włosy ma ciemne i nieuporządkowane. Widziałam już wcześniej ten kąt nachylenia głowy, sposób, w jaki przechyla się o kilka stopni, jakby chciał złapać ucho słuchające z innej strony.
Połowa kampusu nosi ten płaszcz, mówię sobie. Płaszcz leży na oparciu krzesła po drugiej stronie pokoju. Chłopak ma na sobie sweter. Moje rozpoznanie nie dotyczyło materiału.
— Przepraszam.
Odwraca się wystarczająco powoli, by pędzel się nie poruszył. Jego oczy znajdują torbę writing-center na moim ramieniu i wracają na moją twarz. Brązowe, tak ciemne, że pod górną żarówką wydają się czarne.
— Rivers Kane?
— Tak.
— Nazywam się Georgia Hale. Kierunek dziennikarstwo. Piszę esej o kulturze street artu, na warsztaty, nie do publikacji. Czy mógłbyś poświęcić mi dziesięć minut?
Patrzy w okno. W oknie nie ma nic. Patrzy z powrotem.
— Usiądź.
Siadam na stołku, na który wskazuje. Nogi są poplamione farbą w trzech kolorach. Wyciągam notatnik i dyktafon. Dyktafon kładę na podłodze przy nodle, przełącznik w górę, żeby widział, i zostawiam wyłączony. On rejestruje przełącznik tak, jak inna osoba rejestruje pogodę.

— Warsztaty o czym.
— O sztuce publicznej i ludziach, którzy ją tworzą. Profesor chce, żebyśmy wybiegli poza kampus jako temat. Interesuje mnie, jak artyści pracujący poza galeriami mówią o własnej pracy. Jeśli w ogóle mówią.
— Co masz na myśli mówiąc: jeśli w ogóle mówią.
— Niektórzy nie.
— Niektórzy o niej nie mówią, bo nie ma co mówić. Niektórzy nie mówią, bo powiedzenie o tym to zły sposób na to, by to zostało powiedziane.
To najdłuższe zdanie, jakie od niego usłyszałam.
— Którym z nich jesteś.
Patrzy na pędzel. Pędzel jest suchy; nie maczał go, odkąd weszłam. — Nie zdecydowałem.
Pozwalam ciszy odetchnąć. On pozwala jej usiąść. Wypełniam ją.
— Dlaczego ściany.
— Bo tam są.
— To odpowiedź Mallory'ego.
— On wszedł na górę.
— Ty malujesz ścianę.
Kącik jego ust unosi się o szesnastą cala i znika. — Czego twój esej chce ode mnie.
— Twojej opinii. Nie twojej pracy.
— Czyjej więc.
Otwieram usta i zamykam. On obrócił pokój na przyimku: moje pytanie miało dotyczyć jego, a teraz rozmawiamy o tym, kogo czytam. — Innych malarzy. Jesteś jednym z przystanków.
— Czego esej chce od malarzy.
— Chce wiedzieć, czy piszą w mieście, czy piszą o ludziach, którzy patrzą na ściany.
Zbyt czyste. Rodzaj zdania, które zachowuję na akapit potrzebujący zawiasu. Dałam mu moje prawdziwe pytanie, w jego słowach, z wyłączonym dyktafonem. On słyszy to nie jako zwycięstwo, nie jako wyjawienie. Słyszy to jako informację.
— Oba — mówi. — Kiedy to działa.
Klatka schodowa jest pusta. Przyciskam plecy do betonowego bloku i przesuwam kciuk w górę przełącznika i w dół i znowu w górę. Przełącznik nie przesuwa się z pozycji off. W notatniku piszę trzy linie: Spokojny. Nie unikający. Nie wychodzi. Pod spodem, mniejszymi literami: Zapytał, czego mój esej chce. Odpowiedziałam.
Kit jest na swoim łóżku, kiedy dochodzę do pokoju, śmieje się do telefonu, poduszka wezgłowia jej materaca wgnieciona tam, gdzie się opierała. Unosi palec w moją stronę nie przerywając rozmowy.
— Pięć minut — bełkocze bezgłośnie.
Karteczki samoprzylepne na moim biurku są w takiej kolejności, w jakiej je zostawiłam, i nie w takiej kolejności, w jakiej je zostawiłam. Górny żółty kwadrat przesunął się o pół cala w stronę laptopa, tak jak się przesuwają, gdy ktoś przesunął podręcznik i odłożył go z powrotem. RIVERS KANE, sophomore, painter? moim pismem, niebieskim atramentem, żółty kwadrat. Zostawiam go tam, gdzie jest.
Kit rozłącza się.
— Znalazłaś go.
Zdanie, nie pytanie. Czyta moją twarz.
— Chyba tak.
— Tak? — Obserwuje mnie przez moment. — Dlaczego nie wyglądasz na szczęśliwą.
— Bo Mark też go znajdzie, jeśli się nie ruszę.
— To odpowiedź na inne pytanie.
— Jak było na seminarium.
Pozwala mi to zmienić temat. Jest jedyną osobą, którą poznałam od przyjazdu na ten kampus, która zna różnicę między pozwoleniem a przeoczeniem.
Paul posiwiał w okolicach oczu od poniedziałku. Głowę trzyma pochyloną, gdy wchodzę; podnosi wzrok, kiedy jestem trzy stopy od biurka.
— Gdzie jesteś.
— Mam kandydata. Chcę mieć do dziesiątej akapit.
— Mark poszedł dziś do fine arts building.
Utrzymuję twarz w bezruchu.
— Zatrzymał się przy recepcji. Ma teraz schowek na dokumenty.
Ta informacja o schowku nie jest żartem. Jest też żartem. Mówi mi, żebym ruszyła z miejsca, i daje do zrozumienia, że widzi symetrię między mną a chłopakiem, którego sponsoruje jako moje zabezpieczenie, a ta symetria go nie porusza.
— Porozmawiam jeszcze z jedną osobą przed wysłaniem.
— Porozmawiaj szybko.
Wychodzę, zanim jedno z nas pogorszy sprawę.
Ławka przed fine arts building zwrócona jest w stronę ceglanej elewacji chemistry annex i klonu, który jest w połowie przewrócony. On wychodzi za czterdzieści czwarta z torbą na ramię i kawą. Siedzę na ławce z nieotwartą książką. Widzi mnie, zanim widzi ławkę, i to, że mnie widzi, nie zmienia kroków, które już stawiał.
— Czekasz na kogoś. — To, że mówi to pierwszy, sprawia, że to nie jest pytanie.
Siada na drugim końcu. Nie blisko. Nie daleko. Stawia torbę między stopami.
— Przegląd rzeźby w piątek. Niektórzy z tych ludzi też pracują na ścianach?
— Jeden z nich.
— Czy myślenie jest to samo.
Odwraca głowę w stronę chemistry annex. Światło znika.
— Jest to samo, kiedy osoba, która to robi, zwraca uwagę. Nie jest to samo w pytaniu.
Prawdziwe rozróżnienie. Nie wymijanie. Podkreślam to w myślach.
— Co robisz, kiedy osoba, o której piszesz, zadaje ci pytanie. — Jego głos ma ten sam tom; pytanie nie zapowiada się jako zwrot.
— Odpowiadam, jeśli mogę.
— Czy możesz.
Myślę zbyt długo. To zbyt długie myślenie jest samo w sobie odpowiedzią.
— Czasami.
Przytakuje. Nie gest triumfu. Przytaknięcie osoby, która otrzymała informację i odłożyła ją na właściwe miejsce.
Siniak na moim biodrze robi to, co robi, gdy siedzę zbyt prosto przez zbyt długo, stałe przypomnienie, że mam ciało i że to ciało dźwiga ciężar.
Mój telefon wibruje w kieszeni kurtki. Paul. Board meeting ten tomorrow. Bring something I can use.
— Muszę...
— Idź.
Czytelnia biblioteczna o osiemnastej czterdzieści jest wystarczająco cicha, że słyszę zegar nad stołem z czasopismami. Akapit chce być: Źródła w fine arts building sugerują pojedynczą osobę działającą pod spójnym znakiem wizualnym; metodyka powtarzającego się umieszczania; symbol w prawym dolnym rogu odczytywany jako znak, nie podpis; krąg kandydatów zredukowany do czterech, z których jeden jest hipotezą roboczą.
Piszę ten akapit. Czytam go na głos. Mówi o kategorii roboczej, a nie o imieniu. Jest prawdziwy i jest pusty. Wysyłam go o dziewiątej pięćdziesiąt dwie.
Paul otwiera plik o dziewiątej pięćdziesiąt trzy. Obserwuję potwierdzenie odczytu zmieniające się z nieprzeczytanego na przeczytane. Siedzi z nim przez dwie minuty. Oznacza go jako otrzymany w kolejce redakcyjnej. Żadna odpowiedź nie nadchodzi.
Gorsze niż niechęć. Niechęć ma odpowiedź.

Noc nie jest już złym światłem. Jest później, po akapicie: dziesięć i trochę. Reflektory znów świecą. Postać na ścianie znów jest sobą, szwy w swoich wartościach, niebieski przywrócony przez światło lamp. Jest przy ścianie, gdy wchodzę za róg. Stoi tak, jak ludzie stoją przy oknach.
Myślałam o przyjściu z włączonym dyktafonem. Myślałam, że to trzecie spotkanie będzie tym, w którym zamknę obwód. Teraz jestem tu, i on jest tu, i nie ma nic do zamykania, bo to, co jest między nami, już jest w powietrzu.
Podchodzę. Pięć stóp to za dużo. Trzy to za mało. Cztery to to, co mamy.
„Często tu wracasz."
„Wystarczająco często."
„Dlaczego."
„Żeby zobaczyć, co zostaje."
„Pracy."
„Ściany."
Patrzy na mnie. Nie przez. Na. Przejście ze złego światła wczoraj nie było tym, czym jest to teraz.
„Georgia."
„Tak."
„Jesteś z Campus Wire."
Zimno wewnątrz szczęki. Kciuk na przełączniku w pozycji wyłączonej. Palce owinięte wokół obudowy dyktafonu, gdzie leży w prawej kieszeni kurtki. Siniak na biodrze teraz bardzo głośny.
„Przeczytałem twoje trzy ostatnie teksty."
Zostaje tam, gdzie jest. Ma na sobie długi płaszcz, który widziałam wczoraj w nocy, i pod nim sweter, który widziałam dzisiaj rano.
„Więc o co tak naprawdę chcesz wiedzieć."
