TaleSpace
Marta

Marta

Marzycielka ✨

Twoje Imię w Tytule

4.9(224)
Rozdział 1 · 5 min czytania
3.5K
#RomansNewAdult#SlowBurn#HiddenIdentity#OppositesAttract#CollegeRomance
Nauczono mnie patrzeć na ludzi tak, żeby żaden z nich mnie nie dotknął. Potem Rivers obrócił moje własne pytania przeciwko mnie — i zapomniałam, które z nas jest historią.

Rozdział 1

Paul nazywa mnie Georgia Hale, kiedy zamierza przekazać mi złe wieści, a on jeszcze nie powiedział „cześć".

Kładę torbę na krześle. Biuro Campus Wire pachnie przypalonym mchem i tonerem z drukarki, tak jak zawsze pachnie na godzinę przed terminem, który jeszcze nie jest mój. Siedzi przy biurku z okularami wepchniętymi we włosy, co oznacza, że od co najmniej dwudziestu minut rozmawia przez telefon z kimś starszym od siebie.

— Zamknij drzwi.

Zamykam drzwi. W pokoju są jeszcze trzy osoby i wszystkie udają, że patrzą w swoje ekrany. Mark Doran jest jedną z nich. Trzyma głowę nisko, ale kącik jego ust robi to, co zawsze robi, gdy już usłyszał to, co mam usłyszeć.

— Usiądź — mówi Paul.

— Wolę stać.

— Usiądź, Georgia.

Sadam. Odwraca monitor w moją stronę — zdjęcie południowej elewacji głównego budynku administracyjnego, zrobione dziś rano przez kogoś z obsługi. Postać namalowana na biało i łupkowoszaro, trzy piętra wysoka, pochylona w pasie, jakby wsłuchiwała się w ziemię. Wokół zdjęcia czysty prostokąt cegły, do którego ekipa sprzątająca nie zdążyła dotrzeć, zanim zrobiono zdjęcie.

— To wczoraj w nocy się pojawiło — mówi Paul. — Dzień otwarty dla kandydatów jest w sobotę. Dean Whitlock zadzwonił do mnie o piątej czterdzieści rano. Użył mojego nazwiska.

Telefon na jego biurku się świeci. Patrzy na niego, wydycha powietrze przez nos, włącza głośnik.

— Paul. — Głos jest suchy, bez powitania, bez pytania na końcu. — Chcę mieć nazwisko na biurku do piątku. Nie obchodzi mnie, jakie nazwisko. Obchodzi mnie, żeby tam było.

— Zrozumiałem, sir.

— I Paul — komitet grantowy spotyka się w przyszłym tygodniu. Zakładam, że twój kalendarz redakcyjny to odzwierciedla.

Połączenie kończy się, zanim ktoś zdąży powiedzieć „do widzenia". Paul nie patrzy na telefon. Patrzy na mnie.

— Masz czas do piątku do osiemnastej. Wyobraź sobie, Georgia, co twoje nazwisko w tym podpisie zrobi dla ciebie. Wyobraź sobie, co zrobi brak nazwiska.

— Mark ma dział sztuki — mówię, bo ktoś musi.

— Mark ma teraz połowę. Ty masz drugą połowę do piątku. Potem zobaczymy, czyja połówka napisze się sama pierwsza.

Nie patrzę na Marka. Słyszę, jak on nie patrzy na mnie.

Paul stukaje długopisem o biurko dwa razy. Okulary schodzą z jego włosów na nos. To inna twarz, gdy ma je na sobie.

— Wyślij mi coś w środę do dwudziestej drugiej. Nazwisko, którego szukasz. Osobę, z którą rozmawiałaś. Jeden akapit. Jeśli nie zobaczę tego do tego czasu, w czwartek rano przepisuję podpis i dowiesz się o tym z dummy.

— W środę.

— Georgia. — Jest już łagodniejszy, i to jest gorsze. — Ja też nie czerpię z tego przyjemności.

Zostawiam zdanie na jego biurku i zabieram torbę. Pasek jest dla mnie za długi. Moja siostra nosiła tę torbę przez trzy staże, zanim przekazała mi ją z notatką: nie wkładaj tu laptopa, będzie ci siniak na biodrze. I tak wkładam laptopa. Mam siniak na biodrze.

Mark przewraca stronę w notesie, w którym nie pisał. Strona jest pusta po obu stronach. Widzę ją przelatywać w moim polu widzenia, gdy przewraca. Nie robi notatek; odgrywa gest kogoś, kto robi.

Korytarz na zewnątrz biura znajduje się pod ziemią. Nad głową rury i przeciąg ze schodów na końcu. Lyle Hall zbudowało biuro Campus Wire w pomieszczeniu, które kiedyś było ciemnią; cztery stopnie w górę do holu zawsze sprawiają wrażenie wynurzania się.

Na zewnątrz światło jest szarobiałe, jakie ma się na kampusie rankiem po deszczu. Idę z powrotem do akademika. Parking za akademikami dla pierwszoroczniaków jest mokry od nocy. Omijam go i idę dłuższą drogą między płotem a żywopłotem, bo tam jest kawałek asfaltu, gdzie zaparkowałam samochód tej nocy, gdy przyjechałam na kampus, i siedziałam tam długo, zanim weszłam do środka. Jestem dobra w nie myśleniu o tej nocy. Będę dziennikarką, a dziennikarze nie parkują przed własnymi budynkami i nie płaczą.

Kit leży na swoim łóżku ze stopami w skarpetkach opartymi o ścianę nad zagłówkiem i czyta coś na seminarium z socjologii, z żółtym zakreślaczem zaciśniętym w zębach. Wyjmuje zakreślacz, gdy widzi moją twarz.

— Cześć.

— Cześć.

— Kupiłam ci kawę.

Na biurku stoi papierowy kubek z moim imieniem w jej ozdobnym piśmie, wieczko wciąż na miejscu, para jeszcze nie ucieka.

— Dałaś syrop.

— Może.

— Kit.

— To, no, malutka pompa. Szept syropu. Plotka.

— Nie mogę pić plotek.

Śmieje się i wkłada zakreślacz z powrotem między zęby. Podnoszę wieczko i wącham. Zwykła. Kłamie — słodycz unosi się z niej ciepła. Zakładam wieczko z powrotem i przesuwam kubek do dalszego rogu biurka, gdzie mogę udawać, że jest jej. Słodkie mdli mnie od dziecka; ona dowie się tego kiedyś.

— Paul — mówi. Nie pytanie.

— Piątek, szósta.

— O kurczę.

— I Mark.

— O kurczę. — Ta sama sylaba, inny akord.

Siadam przy biurku i otwieram laptopa. Kit wraca do ściany i zakreślacza. Zna kształt mnie, kiedy pracuję; przestaje zadawać pytania i zaczyna oddychać wolniej, i taki to jest rodzaj przyjaciółki. Nie wiem, co zrobiłam, żeby przydzielono mi obcą osobę, która okazuje się taka.

Arkusz jest otwarty w karcie od dwudziestu jeden dni. Zostawiłam go otwarty, bo co dwa lub trzy dni trafia się do niego nowy wiersz. Data, lokalizacja, budynek, strona budynku, wysokość nad ziemią, pogoda noc wcześniej, wydarzenie uniwersyteckie w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Kolumny, które dodałam w drugim tygodniu: pora dnia sfotografowania przez dział techniczny, pora sfotografowania przeze mnie, szacowany czas pojawienia się pracy, warunki oświetleniowe w tym czasie, pokrycie kamerami bezpieczeństwa w danej lokalizacji. Pokrycie kamerami poznałam, chodząc po kampusie o trzeciej w nocy z własnym telefonem i obserwując, które obiektywy odwracają się za mną. Większość jest dekoracyjna. Zaskakująca liczba w ogóle nie jest podłączona.

Lista nazwisk to osobna karta. Mam na niej dziewięć osób z listy Wydziału Sztuk Pięknych, zawężone z listy obecności sześćdziesięciu jednej osoby przez przecięcie dostępu do nocnej pracowni z oknami czasowymi w kolumnie J. Trzy z tych dziewięciu to kobiety; nie wykluczyłam ich, ale sylwetka na południowej elewacji ma wystarczająco szerokie ramiona, żeby przenieść je na listę wtórną. Jestem świadoma, że to taki wniosek, jaki sąd nazwałby niedokładnym. Nie jestem w sądzie. Jestem w piwnicy gazety i próbuję zatrzymać swoją byline.

Z pozostałych sześciu mężczyzn: dwóch starszych roczników, trzech trzeciokrotników, jeden drugoroczniak. Drugoroczniak zostaje na liście, bo jego dostęp do pracowni we wtorki i czwartki mieści się w oknie dla trzech z ośmiu prac. Nazywa się Rivers Kane. Napisałam to nazwisko na trzech karteczkach samoprzylepnych i wkleiłam w trzech miejscach, co robię, gdy chcę coś zapamiętać, nie pokazując, że zapamiętuję.

Zamykam arkusz.

Czekam, aż kampus cichnie. Wychodzę z akademika tuż po północy; Kit śpi z zakreślaczem wciąż luźno zaciśniętym w dłoni.

Południowa elewacja budynku administracyjnego jest oświetlona. Dział techniczny ustawił dwa przenośne reflektory na rogu, zanim wyszli na noc — wystarczająco jasne, żeby trzymać ścianę pod strażą, wystarczająco ciemne, żeby nikt nie zawracął sobie głowy jej wystawieniem. Postać stoi wewnątrz stożka światła, trzy piętra wysoka, ucho nasłuchujące wyżej niż okna drugiego piętra, biel przechodząca w szaro-niebieski w szwach. Widzę to, czego nie mogło pokazać zdjęcie Paula: pociągnięcia pędzla przy kołnierzu, gdzie ktokolwiek to zrobił, musiał stać na linie huśtawkowej, żeby uzyskać odpowiedni kąt. To dokładna robota. Wandale nie robią dokładnej roboty. Wandale zostawiają bałagan i uciekają.

Rozmieszczenie to prowokacja. Centralna elewacja, wejście dla darczyńców, ściana, którą każdy rodzic zobaczy w sobotę rano. Wybrał budynek, z którego najpierw dzwoni się do dziekana, i wybrał tydzień, w którym ten telefon będzie najgłośniejszy.

Stoję w cieniu żywopłotu i robię sześć zdjęć z sześciu kątów. Przechowuję je w telefonie pod nazwą VANDAL_03. Latarkę ochroniarza wędruje wzdłuż dalekiej ścieżki; jestem poza światłem, zanim przejdzie za rogiem.

Z powrotem przy biurku. Kit się nie poruszyła.

Otwieram folder ze zdjęciami i przeciągam VANDAL_03 na górę, powiększając tak, by postać wypełniała ekran na pełną wysokość.

Patrzę na nią przez długi czas. W pracy jest coś, co nie pasuje do mojego profilu osoby, która maluje dla sławy. Postać nie pochyla się w stronę publiczności. Pochyla się w stronę ziemi, jakby nasłuchiwała dźwięku, który usłyszełaby tylko ziemia. Robię sobie notatkę na marginesie własnego myślenia: nie tagger.

Wtedy zauważam róg.

Na dole po prawej stronie zamalowanego obszaru, tuż przed miejscem, gdzie biel się kończy i zaczyna goła cegła, jest mały znak. Kształt narysowany tak mały, że oko odczytuje go jako plamę, dopóki nie powie się oku inaczej. Gdybym musiała go nazwać na szybko, nazwałabym go stylizowaną literą.

Mam osiem innych folderów na tym laptopie. Mam fotografie każdej publicznej pracy przypisywanej tej osobie z trzech tygodni. Nigdy nie przybliżyłam rogu.

Klikam VANDAL_02. Powiększam. Tam, w prawym dolnym rogu pochylonej kobiety na ścianie biblioteki inżynierskiej. Ten sam kształt. Ten sam rozmiar. Ta sama pozycja.

VANDAL_01. Tam.

Przewijam wstecz przez dwadzieścia trzy dni mojej własnej uwagi i znajduję znak, którego nigdy nie widziałam. Jest na każdym pojedynczym zdjęciu. To ten sam znak. Jest tak spójny, że ta część mojego mózgu, której ufam, gdy chodzi o znajdowanie wzorów, podsuwa mi słowo podpis, a druga część — ta, która chroni mnie przed pomylkami na deadline — poprawia na znak.

To nie jest podpis. Podpis jest dla publiczności.

Znak jest dla zapisu.

Odchylam się. Kit śpi na łóżku z przykrywką od zakreślacza na podłodze. Kaloryfer cyka. Gdzieś na zewnątrz trzaskają drzwi samochodu i otwierają się kolejne.

Biorę telefon i trzymam go tak, jakbym trzymała kopertę z dowodami. Puls czuję w żuchwie. Przewijam przez trzy tygodnie mojej własnej pracy. Symbol jest w rogu każdego zdjęcia, jakie zrobiłam jego pracom.

Patrzyłam na niewłaściwą rzecz.

Mówię to na głos. Nie do dyktafonu. Dyktafon leży na biurku i po niego nie sięgam.

— Patrzyłam na niewłaściwą rzecz.

Kursor w otwartym arkuszu miga raz, drugi. Zostawiam go. Siedzę z telefonem w ręku i symbolem na ekranie i z małą, chłodną wiedzą, że przez dwadzieścia trzy dni, na kampusie, który dzielimy we dwoje, on wypisywał własne imię w rogu każdej ściany, a ja przechodziłam obok każdej z nich, nie widząc go.

Czekał, żeby go zobaczono.

Jestem jedyną, która nie zobaczyła.