TaleSpace

Rozdział 3

Paproć w porannej sali przyjęła pierwszą dawkę bez sprzeciwu.

Stała w metalowej donicy przy południowym oknie, ciemna i cierpliwa, o liściach jak palce, które nie zareagowały na pół kieliszka cieczy w kolorze wystawionej herby wlanej w jej ziemię pod takim kątem, by gest ukryć przed drzwiami. Halsey zadzwoniła na dzwonek. Halsey zawsze odwracała się w stronę dzwonka, dwa kroki od miejsca, w którym stała, i w te dwa kroki osoba uważająca mogła schować pół szklanki lekarstwa i przestawić twarz. Nell zmierzyła to w piątek. Nell zmierzyła to w sobotę. Do niedzieli paproć zaczynała wyglądać na nieco zmęczoną.

Mniejszy z wyżłów Halsey był najwolniejszy i najbardziej chętny, i w sobotę rano Nell przykucnęła przy kanapie, gdy Halsey układała list, a Hetty — ta z opadającym lewym uchem — zlizała tonik z jej złożonej dłoni, bo wyżeł zliże wszystko, jeśli dłoń ma kształt jedzenia. Wyżeł zaczął wyglądać na niepewnego około jedenastej. Do dwunastej zwymiotował na dywan przy pulpicie do pisania Halsey, a Halsey wydajeła ciche, zaniepokojone dźwięki, jakie wydaje się nad małym zwierzęciem, i dzwoniła po szmatki.

— Damp — powiedziała Halsey. — Od listopada powtarzam, że damp dopadnie jednego z nich. Biedna Hetty.

Jej oczy pozostały na liście. Przesunęły się raz, na pusty kieliszek na stoliku bocznym.

Nell odnotowała ten brak patrzenia.

Beatrice przez cały czas siedziała przy ławie okiennej, z palcem w książce, drugim kciukiem przytrzymując drugą stronę. Nie spojrzała na psa. Nie spojrzała na Nell. Gdy Halsey kazała jej pójść zapytać kucharkę o gorącą wodę, poszła, nie podnosząc oczu znad strony.

Do niedzieli Nell rozważała trzecią metodę. Trzecia metoda to manerka przyszyta do kieszeni peniuary, a manerka stanowiła problem, bo peniuara trafiłaby do Mary, a Mary wywracała kieszenie. Mary była trzecią metodą sama w sobie.

Halford był w domu i nie był w domu.

Halsey dała mu pokój przy komorze myśliwskiej, wybrany dla niego z miną gospodyni, która zaaranżowała lekką zniewagę i zamaskowała ją jako grzeczność, i używał tego pokoju do spania. Jego płaszcz wisiał w tylnym holu. Resztę czasu spędzał w przestrzeniach publicznych: śniadanie przy kredensie, nigdy nie siadał; biblioteka po śniadaniu z teczką żółtego papieru; komora myśliwska z Caddickiem po jedenastej; aleja między drugą a trzecią; herbata wszędzie, gdzie podana, przez nikogo nie wypita. Stał w progach, gdy wchodziła. Pozwalała nazywać się do pokojów. Pytał Marlowa o konie zaprzęgowe, Mrs. Caldwell o jej syna. Mówił Lady Ashford, gdy go przedstawiano, i ma'am, gdy prowadzano go do krzesła, i tak raz za każdym razem, gdy oferowano mu coś, czego nie chciał.

Nie pytał jej o nic.

To było najgorsze. Cokolwiek byłoby łatwiejsze.

Trzeciego popołudnia bolała ją szczęka od utrzymywania jej w ten sposób, w jaki usta Victorii były ułożone, ułamek cala na bok, wargi lekko wciągnięte, i weszła tylnymi schodami do swojej garderoby i zaczęła nucić.

Wydobyło się to, zanim zdecydowała to zrobić. Sześćnaście taktów tematu otwarcia jej własnego podcastu, układ czterech nut, których nikt w tym domu nigdy nie słyszał i nikt w tym domu nigdy nie usłyszy, napisany dla niej przez przyjaciela z Brooklynu za trzydzieści dolarów i kubek cold-brew. Przyjaciel miał na imię Devon. Devon właśnie robiłby teraz smoothie w innym stuleciu, a ona nuciła jego mostek w korytarzu z mahoniową boazerią w domu pełnym ludzi, którzy nie wiedzieli, czym jest smoothie.

Mary stała przy szafie na bieliznę na końcu korytarza.

Mary nie upuściła płótna. Mary przestała je składać. Jej dłonie zatrzymały się tam, gdzie były, a głowa się nie odwróciła, i Nell dotarła do czwartego taktu i przestała.

Cisza, więc.

Dłonie Mary zaczęły się układać ponownie.

Nell stała na środku korytarza w kapciach Victorii i obserwowała kark Mary, szukając jakiegokolwiek znaku ruchu, Mary się nie odwróciła, więc Nell wróciła do swojego pokoju, zamknęła drzwi i przycisnęła dłoń do ust, jakby mogła włożyć te cztery nuty z powrotem do środka.

Dwie minuty później Mary pukała do drzwi.

— Milady. Pan Pegg wstąpił. Inspektor prosi, czy zechce pani dołączyć do niego w bibliotece o szóstej.

Szósta to była godzina.

— Czy pan Pegg powiedział, w jakim celu.

— Dla ustaleń dotyczących służby, milady, tak powiedział. — Głos Mary był równy. Jej oczy, gdy Nell spotkała się z nimi w lustrze, nie były.

— Dziękuję, Mary.

— Milady.

Drzwi się zamknęły.

Wykorzystała tę godzinę na to, by umyć twarz w zimnej wodzie, dwa razy. Zaczęła układać włosy tak, jak dłonie Victorii wiedziały, jak je układać, i przerwała w połowie, trzymając szczotkę przy trzeciej spince, bo zrozumiała, w czysty, niespieszny sposób, że ustalenia dotyczące służby to płaszcz rzucony na oparcie krzesła.

Zeszła na dół o szóstej.

Biblioteka znajdowała się na dłuższym boku południowego korytarza, podwójne drzwi, mosiężna tabliczka na dolnym panelu, która brała odcisk palca, gdy się ją naciskało. Halford był już w środku.

Przeszła przez ten pokój wcześniej.

Nie w tym ciele. Nie w 1882. We własnej kuchni w Brooklyn, o pierwszej w nocy, z kawałkiem zimnej pizzy w ręce i mikrofonem przed sobą, narrując rozdział dwudziesty trzeci The Ashford Affair dla publiczności stu osiemdziesięciu tysięcy nieznajomych: biblioteka znajduje się po południowej stronie, głęboka zatoka z ołowianym szkłem na końcu przeznaczonym do pisania, zmarły Lord Ashford w oleju nad biurkiem, a biurko jest obrócone tak, by patrzeć na zatokę, więc kto pisał w tym pokoju, pisał w porannym słońcu. Przechodziła przez ten pokój w każdy wtorek przez osiem miesięcy, i jej głos był gdzieś w nim przed nią, jak płaszcz, który zostawiła.

Obróciła się w stronę portretu, zanim go zobaczyła.

Halford obserwował jej odwrót.

Stał w miejscu, w milczeniu. Miał notatnik w lewej ręce, zamknięty, a prawa ręka była luźno opuszczona, nosił płaszcz na alei o trzeciej i nie nosił go teraz, a kinkieter na południowej ścianie był przekręcony na dwie trzecie i lampa biurowa była zapalona i zatoka była pełna listopadowego mroku.

— Proszę usiąść, Lady Ashford.

— Inspektorze.

Usiadła w fotelu do pisania zwróconym ku zatoce. Siedzisko ugięło się pod odpowiednim kątem. Drewno w dole pleców miało wytarte miejsce w lędźwiach, które do niej pasowało, i zrozumiała, z daleka i bez zdziwienia, że Victoria spędziła w tym fotelu mnóstwo czasu.

Halford zamknął drzwi i podszedł do biurka.

Położył notatnik między nimi. Otworzył go. Nie spojrzał na niego.

— Sporządziłem listę — powiedział. — Chciałbym przeczytać pani pierwsze siedem punktów. Potem chciałbym, żeby pani przemówiła.

— Tak.

— Pierwszy. Lady Ashford pisze lewą ręką. Pani podpisuje prawą.

Zrobił pauzę długości jednej myśli, potem czytał dalej, głosem równym jak mężczyzna odczytujący tablicę pływów.

— Drugi. Lady Ashford nie pije wina po szóstej wieczorem, na podstawie własnego stałego zapisu w księdze piwnicznej. Pani wypiła kieliszek o dziewiątej w czwartek.

— Trzeci. Lady Ashford zna gospodynię tego domu z imienia od jedenastu lat. Pani zwróciła się do niej ma'am w piątek rano.

— Czwarty. Lady Ashford kształciła się przez dwa lata w Lozannie. Pani nie potrafiła powiedzieć pani Morton w czwartek wieczorem, jak idzie się z Lozanny do Genewy, co jest pytaniem, które zadaje najpierw każde dziecko i na które Lady Ashford odpowiadała na każdej kolacji, przy której zasiadała, przez sześć lat.

— Piąty. Lady Ashford żywi szczególną niechęć do powieści Sir Walter Scott, stanowisko, które wyrażała w korespondencji i przy stole tak długo, jak byłem w stanie to zweryfikować. Pani zacytowała Marmion śniadaniu w piątek.

– Szósta. Lady Ashford jeździ konno każdego ranka, kiedy tylko ziemia na to pozwala. W sobotę pytała pana stajennego, czy koń jest bezpieczny.

– Siódma. Klucz do biblioteki wisi przy pasie Lady Ashford od czasu jej ślubu. W trzech osobnych przypadkach między czwartkiem a dzisiejszym popołudniem prosiła służącego, by go przyniósł.

Notatnik zamknął się pod jego dłonią. Dłoń tam została.

– Mam w tym zeszycie trzydzieści cztery punkty. Mogę zebrać więcej, nawet się nie starając. Nie zamierzam złożyć raportu przed jutrem rano. Do tego czasu chciałbym usłyszeć jedną z dwóch historii. Co pani zrobiła Lady Ashford albo co się pani przydarzyło. Poznam, jeśli pani skłamie. Ma pani osiem godzin.

Wyjął kieszonkowy zegarek. Otworzył go. Spojrzał na niego. Zamknął go. Schował do kieszonki kamizelki.

– Jest dwadieścia po szóstej.

Podszedł do drzwi. Nie odwrócił się tam.

– Niech pani zadzwoni, jeśli chciałaby pani herbaty.

Klamka poruszyła się. Drzwi się otworzyły. Przeszedł przez nie. Zamknęły się.

Nell siedziała w fotelu Victorii przy biurku Victorii pod portretem męża Victorii, a pokój, który opisywała przez osiem miesięcy w podcaście w innym stuleciu, trzymał ją w sobie tak, jakby czekał.

Dwadzieścia po szóstej.

Osiem godzin.

Świeca na biurku miała w sobie cztery godziny wosku. Będzie musiała zadzwonić po kolejną.

Rozdział 3 jest gotowy

Wpisz swój email, aby czytać dalej

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się