TaleSpace
Anna

Anna

Kawa i opowieści ☕

Trzy Dni przed Morderstwem

4.9(528)
Rozdział 1 · 5 min czytania
6.5K
#RomansHistoryczny#Transmigration#SlowBurn#ForcedProximity#StrongHeroine
Przez sześć tygodni rozwiązywałam morderstwo z dawnej powieści. A potem obudziłam się wewnątrz tej historii — trzy dni przed zbrodnią, z twarzą martwej kobiety.

Rozdział 1

Najpierw był dźwięk. Nie cisza: szczególna gęstość ciszy, taka jaką robi dom zbudowany przed erą izolacji, gdy stoi samotnie na głębokiej prowincji. Szept węglowego ognia gdzieś dwa piętra niżej. Zegar wybijał pół godziny. Ptaki w czymś szklanym, oranżeria, podsunął jej mózg, oranżeria, zanim miała prawo to wiedzieć.

Potem zapach. Woda różana, wczepiona w tkaninę i ogrzana przez ciało. Jej ciało, najwyraźniej. Myśl przyszła bez pozwolenia.

Otworzyła oczy i spojrzała w sufit, a sufit spojrzał w odpowiedzi.

To był sufit z okładki jej własnego podcastu. Gipsowy akant, centralna rozeta z trzema koncentrycznymi pierścieniami, przebarwienie w północno-wschodnim narożniku, gdzie rura przeciekała w 1841 roku. Miała trzydziestominutowy segment o tej rurze. Przeczytała trzy współczesne raporty inspektorów o tej rurze i zacytowała jeden z nich do mikrofonu w swoim mieszkaniu w Brooklyn sześć tygodni temu.

Sufit pozostał niewzruszony faktem, że go rozpoznano.

Dobra, powiedziała Nell w swojej głowie. Dobra. Cofnij to.

Ostatnie wspomnienie: maszyna z białym szumem, AirPod w prawym uchu, jej własny głos mówiący publiczności, że najbardziej wiarygodnym wskaźnikiem fikcyjności w późnowiktoriańskim gotyku był komin, który ciągnął, choć nikt nie rozpalił w nim ognia. Wtorek wieczorem. Czternasty maja. Dwa tysiące osiemnastego.

Aktualne dane: łóżko z zasłonami. Zasłony miały na sobie wyhaftowane ptaki w jakimś ciemnym kłębku, który nie był do końca czarny. Szafa naprzeciwko pokoju, którą mogłaby narysować z pamięci; narysowała ją w zeszłym sierpniu, na stronie notesu, rekonstruując to, co nazwała geometrią dworu.

Szpilka, której nie włożyła, wbijała jej się w skórę za lewym uchem, ostra i obca. Włosy zostały spięte przed snem, a kobieta, która je spięła, nie rozpuściła ich.

Poruszyła ręką. Ręką się poruszyła. Blada i obca i o ułamek dłuższa w przedramieniu, niż się spodziewała. Drugą rękę wypróbowała następnie. Ta się nie poruszyła. Palce były zaciśnięte wokół czegoś.

Oczy na razie tego nie widziały.

Zamiast tego uniosła głowę. Potrzebowało więcej siły, by ją unieść, niż pamiętała, że posiada. W pokoju stała toaletka, małe biurko z listami ułożonymi na nim pod ciężarem z zielonego szkła, dwa okna, których skrzydła były podniesione o dokładnie jedną ósmą cala — tyle, by przewietrzyć pokój, nie wyziębić go. Na toaletce szklanka. Na dnie szklanki cienka warstwa czegoś wyparowanego do połowy, osad rzucający światło pod złym kątem.

Gorzkawy, gdzieś z tyłu języka. Migdał. Może. Rodzaj nuty, którą w swojej własnej kuchni byś zlekceważył, bo ktoś piekł.

Migdał został z nią, otagowany.

Dłoń wciąż się nie otworzyła.

Cofnij to, powiedziała znowu. Jesteś w łóżku. Łóżko jest w domu. Dom to Ashford Hall, zachodnie skrzydło, trzecie piętro, pokój, który twój scenariusz nazywa komnatą lady Ashford. Słyszysz oranżerię, bo oranżeria jest bezpośrednio pod tym pokojem od południa. Czujesz wodę różaną, bo ktoś wcierał wodę różaną w pościel. Ten ktoś nazywa się Letitia Halsey, pięćdziesiąt dziewięć lat, owdowiała szwagierka zmarłego lorda, prowadzi dom. Na miejscu jest też Marlow. I dziecko. Beatrice Penrose, dziewięć lat. Nie zapomnij o dziecku.

Dziecko było w złym kierunku. Cofnęła myśl.

Usiadła.

Ciało usiadło, zanim skończyła mu rozkazywać. Kolana wysunęły się, stopy znalazły dywan. Jej łydki znały ten dywan. Ciało chciało zanieść ją trzy kroki w stronę toaletki, i zatrzymała je tylko dlatego, że nie chciała jeszcze zobaczyć twarzy w lustrze.

Głos pokojówki na korytarzu, niski. Yorkshire tuż pod powierzchnią, tak jak woda płynie pod lodem.

— Ona nie zejdzie na śniadanie. Znowu ją to dopadło. Mrs. Halsey mówi gorąca woda i spokój, to wszystko.

Nell przechyliła głowę. Nie powiedziała tego. Nie powiedziała niczego nikomu. Ktoś podjął decyzję, w jej imieniu, że pani nie czuła się dziś dobrze. Ktoś przekazał to dalej.

To też odłożyła do akt.

Najpierw biurko. Ciało zrobiło przejście. Koszula nocna, którą miała na sobie, muskała tył kolan: za dużo materiału, źle rozłożonego, zaprojektowanego dla kogoś, kogo istnienie nie obejmowało siedzenia na podłodze. Uniosła przycisk do papieru i odwróciła górny list.

Mrs. L. Halsey. Rachunki domowe, tydzień kończący się 7 listopada.

Drugi list, opieczętowany: Mr. E. Marlow. Korespondencja majątkowa, oczekuje na podpis.

Trzeci: złożony liścik dziecięcą ręką, ostrożne drukowane litery, pętle zbyt okrągłe. Cousin Victoria, dziękuję za książkę. Od Beatrice.

Czwarty nosił datę wybazgraną na górze zupełnie inną ręką. Prawą ręką. Ręką, która pisała w tym pokoju aż do zeszłej nocy.

Dziewiąty listopada, tysiąc osiemset osiemdziesiątego drugiego.

Trzy dni.

Trzy dni, jej pismem, do morderstwa w dwudziestym trzecim rozdziale. Biblioteka. Po kolacji. Zabójcą był Marlow.

Odłożyła list. Ostrożnie. Wyrównała krawędź do pozostałych.

Miała osiem miesięcy badań i sto osiemdziesiąt tysięcy słuchaczy i tezę o anonimowej gotyckiej, i połowę jednego funkcjonalnego planu, a plan brzmiał: nie wchodzić do biblioteki po kolacji z Edwinem Marlow.

Ciało chciało wrócić do toaletki. Pozwoliła mu.

Lustro było owalne, złocone, mgła nalotu pełzła od dolnego rogu. Kobieta w nim miała trzydzieści, może trzydzieści jeden lat, włosy koloru ciemnego miodu, niewyspane, i twarz, którą Nell opisywała w mikrofon trzy tygodnie temu. Nie z tego lustra. Z frontyspisu wydania The Ashford Affair z 1885 roku, gdzie nieznany ilustrator narysował lady Victorię tak, jak książka opisywała ją w pierwszym rozdziale. Wysokie czoło. Długa szyja. Usta ustawione ułamek cala na ukos, jakby miała się z tobą nie zgodzić i była z tego powodu uprzejma.

Usta w lustrze poruszyły się. Nell patrzyła, jak się poruszają, a one patrzyły na nią.

— Dobrze — powiedziała na głos, własnym głosem, w rejestrze, na który ciało nie było przygotowane. Wyszło wyżej i ostrzej, niż twarz sugerowała. Twarz wyglądała na zaskoczoną własnym dźwiękiem.

— Dobrze — powtórzyła, niżej tym razem, odnajdując ton ciała. Lepiej.

Spojrzała w dół na swoją prawą rękę.

Palce były sztywne. Ciało trzymało coś przez całą noc i nie puściło. Ciało, ktokolwiek był w nim wieczorem, poszedł spać z tym przedmiotem w tej ręce. Spokojnie, po tym, jak mięsień się ustalił.

Odwróciła rękę.

Rozprostowała palce.

Srebrny nóż do papieru leżał na jej dłoni. Rękojeść z kości, osiem cali, czubek ostrzejszy niż jakikolwiek nóż do papieru potrzebował, krawędź naostrzona niedawno na tyle, że przejście kciuka zabrałoby krew. Znała ten nóż. Miała akapit o tym nożu. To był rekwizyt otwierający powieść: w pierwszym rozdziale lady Ashford siedzi przy biurku i sięga po nóż do papieru i odkrywa, że jej własne ręce drżą, a czytelnik ma zrozumieć, że coś jest nie tak.

Jej ręce nie drżały. Jej prawa ręka trzymała naostrzone ostrze przy miękkiej spodniej stronie własnego nadgarstka i trzymała je, sądząc po temperaturze metalu, przez całą noc.

Gorzko, z tyłu języka. Migdały.

Położyła nóż na toaletce, idealnie równolegle do jej krawędzi. Ciało zrobiło równoległość. Ciało wiedziało, jak nóż do papieru powinien leżeć.

Pod nią, na południowym trawniku, żwir strzelił pod kołami. Powóz. Jeden koń, sądząc po rytmie.

Podeszła do okna. Ciało znało kąty, wiedziało, której deski podłogowej unikać, wiedziało, że trzeba podnieść zasłonę za wewnętrzną krawędź, żeby nie falowała i nie przykuła czyjegoś spojrzenia na zewnątrz. Przez szybę mężczyzna schodził z wynajętego powozu. Średni wzrost. Ciemny płaszcz. Zapłacił woźnicy, nie patrząc na dom. Potem, w jednym ruchu, jego wzrok przejechał w górę całej fasady jednym cięciem i zatrzymał się, z precyzją, która nie była pochlebna, na jej oknie.

Cofnęła się, zanim jej twarz zdołała się zarejestrować na jego.

W jej własnym uchu wyłonił się głos analityczny, wytrenowany, ten, który płacił czynsz. Fraza z siódmego odcinka. Ciepło za kamieniem. Użyła jej, by opisać strukturę sekretów w tej powieści. Motyw zabójcy, powiedziała, siedzi w tym domu jak ciepło za kamieniem: blisko powierzchni, ale nie widzisz go, dopóki nie położysz ręki na właściwej cegle.

Kroki na schodach. Szybkie, mierzone. Kobiety, potem mężczyzny tuż za nią.

Pukanie. Dwa razy, powściągliwie. Potem Mary, głosem, który umiał przemawiać przez drzwi, nie podnosząc go.

— Milady. Inspektor Halford jest tutaj. Mówi, że to nie może czekać.

Nell spojrzała na własną twarz w lustrze, a jej własna twarz nic jej nie odpowiedziała.

Otworzyła usta. Zanim jakiekolwiek słowo zdążyło się w nich pojawić, drzwi się otworzyły.

Wszedł pół kroku przed pokojówką. Bez przeprosin. Jego oczy powędrowały najpierw do toaletki, rejestrując listy, papierową wagę, szkło, osad, potem do łóżka, rejestrując jego pościelenie, potem do niej. Zatrzymały się.

Był młodszy, niż go sobie wyobrażała. A raczej: człowiek, którego opisała w swoich notatkach, był człowiekiem z papieru, a ten miał ciężar. Szaro-niebieskie oczy rozstawione ułamek szerzej niż równo, ciemny płaszcz wilgotny na ramionach, rękawiczki nadal na dłoniach. Bez ukłonu.

Spojrzał na nóż.

Nóż leżał na toaletce idealnie równolegle do jej krawędzi, tam, gdzie położyła go przed dziewięćdziesięcioma sekundami, a jego wzrok spoczął na nim tak, jak wzrok innego mężczyzny spocząłby na jej twarzy.

— Wczesna pora — rzekł — na takie przygotowania, Lady Ashford.

Jego głos był niższy niż pokój. Nie głośny, umieszczony. Przemówił na głosie, jakiego wymagała rozmowa, a rozmowa, najwyraźniej, wymagała niewiele.

Mary, na progu, została tam, gdzie stała.

Nell zrozumiała, z zimną praktyczną jasnością kogoś, kto odbył setki godzin przygotowań do wywiadów, że następne zdanie z jej ust zdecyduje o kolejnych trzech dniach.

Uniosła rękę znad toaletki. Pustą. Prawą rękę. Złą rękę, dla Nell Hollis, która przez trzydzieści cztery lata była praworęczna; ale ciało odłożyło nóż prawą, a ciało miało rację, więc pusta dłoń, którą teraz pokazała inspektorowi Halfordowi, była dłonią, na którą czekał.

Jej usta pozostały tam, gdzie umieściło je lustro. Żadnych przeprosin się nie pojawiło. Twarz w lustrze powiedziała jej coś o własnych ustach i zaufała lustru.

— Inspektorze — powiedziała, w rejestrze, który pożyczyło jej ciało. — Myślę, że lepiej niech pan wejdzie i usiądzie.

Za nim powóz na podjeździe grzechotał wokół łuku żwiru i zniknął. Dom wstrzymał oddech na dokładnie ósmej części cala, na której wstrzymał go przed jego przybyciem.

Inspektor Halford sięgnął do kieszeni płaszcza. Ręka wyłoniła się z małym notatnikiem w oprawie ze skóry, który pozostał zamknięty w jego dłoni.

Zdjął rękawiczkę.