TaleSpace

Rozdział 2

Ósma wybiła, gdy zabrała różę i włos z poduszki i schowała tam, gdzie miała zamiar je trzymać.

Włos owinęła wokół opuszka i włożyła między dwie strony swojego pamiętnika — strony z rachunkami domowymi, bo takie strony każdy pomija. Różę wsunęła z tyłu, przy okładce, gdzie sztywny grzbiet przytrzyma łodygę płasko, nie łamiąc jej.

W świetle dziennym róża była mniej tajemnicza, bardziej celowa. Płatki zbrązowiały jak stary papier. Łodyga była dość sztywna — zniesiono ją przez dom, nie gubiąc jej. Ktoś trzymał ten kwiat w szufladzie albo w książce przez długi czas, a potem wybrał to poranne, i tę poduszkę, i go położył.

Niczego nie zapisała. Zapisać to znaczyłoby uczynić to dowodem, a dowody należą do biurka, które można zamknąć na klucz.

Jadalnia wychodziła na południe. Była herbata i jeden plaster boczku, który zbyt długo leżał na patelni, i Lord Halloway, który już zaczął. Nic nie czytał. Jego dłonie spoczywały po obu stronach filiżanki.

— Dzień dobry, panno Lane.

— Dzień dobry, panie.

— Pani Aldercott oprowadzi panią po domu o dziesiątej. Będę w bibliotece o wpół do dziesiątej, ale nie potrzebuję pani przed jedenastą. Wolę, żeby pani najpierw zobaczyła, gdzie jesteśmy.

— Dziękuję, panie.

Usłyszał, które krzesło wybrała, po zgrzycie nóg. Jego twarz pozostawała odwrócona o ułamek w drugą stronę, gdy usiadła.

— Jak pani spała.

— Cudownie.

Odpowiedź przyszła późno z jego strony stołu. Pauza nie była teatralna. To była pauza człowieka pozwalającego zdaniu osiąść na obrusie. Jego ręka sięgnęła po filiżankę. Filiżanka nie potrzebowała szukania. Postawił ją tam, gdzie postawił ją dzień wcześniej, i dzień przed tym, i dzień przed tym.

— Wschodnie sypialnie są zimne w listopadzie. Jest więcej torfu w wiadrze, jeśli pani potrzebuje. Pani Aldercott nie zawsze pamięta dosłać.

— Będę pamiętać zapytać.

— Dobrze. — Pił. — Jeśli cokolwiek innego zaniepokoi panią — powiedział, jakby wracał do zdania rozpoczętego dwa tygodnie temu — powie mi pani.

Wypowiedział to jako stwierdzenie.

— Tak, panie.

Pochylił głowę o ułamek w jej stronę — kąt człowieka ustawiającego ucho, nie twarz — i wrócił do śniadania.

Pani Aldercott pojawiła się o dziesiątej, z kluczami przy pasie ułożonymi inaczej niż poprzedniej nocy. Dwa duże żelazne przeniesiono z prawej strony na lewą. Verity zauważyła tę zmianę. Spędziła rok u pani Marchmount na pilnowaniu kluczy; człowiek uczył się, co nosi się blisko roboczej ręki, a co odkłada na bok.

— Jego lordność prosi, żebym zaczęła w hallu, panno.

— Proszę zacząć.

Hall, który przebyli w ciemności. Za dnia był starszy, niż myślała — boazeria z czasów Tudorów, bardzo ciemna, poorana na wysokości bioder cięciami dwóch wieków mieczy, które wyszły z mody. Długi dywan turecki biegł środkiem, mocno naprawiany. Pani Aldercott wymieniała drzwi, gdy do nich dochodzili: poranny pokój (nieużywany), biblioteka, jadalnia, gabinet jego lordności (nie wchodzić bez niego), mały salon. Nazwy padały tym samym płaskim głosem, jakim mogłaby wymieniać dania na obiad.

W bibliotece Verity zatrzymała się z własnej woli. To był dłuższy pokój, niż się spodziewała — półki pod sam sufit na trzech ścianach. Dwa skórzane fotele stały naprzeciwko siebie nad niskim stołem, a na stole leżał stos tekturowych teczek przewiązanych czerwoną wstążką.

— Papiery jego lordności, panno. Do pani pracy.

— Dziękuję.

— Jest tu zapach — powiedziała nagle pani Aldercott, głosem, którym przeprasza się za pogodę — w tym pokoju. Trzyma w biurku kostkę drzewa sandałowego, a oprócz tego kawałek skórki bergamoty. Mówi, że mało mu zależy na czytaniu w pokoju, który pachnie popiołem.

Verity skłoniła głowę. Pytanie nie było jej do zadania.

Szły dalej. Jadalnia. Mały salon, w którym spotkała go poprzedniego wieczoru. Poranny pokój. Na początku wewnętrznego korytarza Mrs. Aldercott zatrzymała się, a Verity, która po drodze liczyła drzwi, zatrzymała się razem z nią.

— Korytarz wschodni prowadzi z powrotem do kuchni, proszę panny, i nie będzie pani miała powodu z niego korzystać. Korytarz zachodni — z niewielkim, oszczędnym gestem ręki w stronę zamkniętych drzwi na samym końcu, po prawej stronie — nie jest naszą częścią.

— Nie waszą częścią.

— Nie naszą, proszę panny. Był tam pożar.

— Słyszałam.

— Zabezpieczono to. Nie ma tam nic do oglądania.

To było zdanie, które Verity rozważała później. Nie ma tam nic do oglądania. Nie brzmiało jak zdanie kobiety zawstydzonej zniszczeniem. Brzmiało jak zdanie kobiety chroniącej miejsce, które spodziewała się odwiedzić.

— Rozumiem.

Mrs. Aldercott już wracała tą samą drogą, którą przyszły.

Pendlebury przybył o wpół do drugiej — wysoki, chudy mężczyzna w surducie duchownego, trzymający Biblię pod pachą jak kupiec swoją księgę. Ręki nie podał. Dał jej nazwisko — Vicar Pendlebury — i spojrzenie, które zaczęło się od jej butów, a skończyło nad jej włosami. Spojrzenie pozostało w granicach przyzwoitości. To było spojrzenie człowieka, który z góry zdecydował, czym ona jest, i teraz weryfikował swoją decyzję.

Lord Halloway przyjął go w małym salonie. Verity, sprowadzona z biblioteki, została przedstawiona i obdarzona dwoma zdaniami. Wikary słyszał, że przyjechała z Lichfield. Miał nadzieję, że uzna powietrze wrzosowisk za zgodne. Następnie zwrócił się do Crispina i zapytał z beztrosą człowieka zadającego ranę, którą ćwiczył, czy jego lordość będzie mógł przybyć na nabożeństwo adwentowe.

— Nie przybędę, Pendlebury, dziękuję.

— Oczywiście. Chciałem zapytać.

— Pyta pan co roku.

— Pytam.

Mrs. Aldercott weszła z herbatą niewzywania. Pendlebury wstał, zanim tacę postawiono. Przypomniał sobie, jak powiedział, umówione spotkanie we wsi. Udzielił błogosławieństwa — krótkiego, takiego jakie daje się obcemu napotkanemu na korytarzu — i wyszedł.

Crispin przez cały ten czas trzymał głowę nieruchomo. Gdy frontowe drzwi się zamknęły, Verity oczekiwała czegoś — napięcia szczęki, cichego westchnienia. Pokój nie dał jej niczego. Podjął rozmowę z nią dokładnie tam, gdzie Pendlebury ją przerwał.

— Była pani na trzeciej stronie, jeśli się nie mylę. Proszę zacząć od ciało zostało zidentyfikowane.

Czytała. Poręcz skórzanego fotela chłodziła jej nadgarstek; sandałowy zapach, który Mrs. Aldercott wymieniła, unosił się w powietrzu z suchą nutą bergamotki pod spodem, a pod oboma — słaby mineralny zapach papieru trzymanego zbyt długo.

Jego twarz nie zmieniła się przy słowie ciało. Jego twarz nie zmieniła się przy słowie zidentyfikowane. Jego twarz zmieniła się, lekko, w drugim zdaniu — przy słowach pokój był jej od dawna — i ta zmiana nie tkwiła w mięśniach, lecz w oddechu. Wdychał powietrze i wdychał je przez pół taktu dłużej niż wymagało tego zdanie, po czym wypuścił.

— Proszę czytać dalej.

Sięgając wzrokiem miejsca na stronie, przyszło jej na myśl, że człowiek, który odczytał ją przy śniadaniu, to ten sam człowiek, z którym wikary odmówił picia herbaty, i że ta druga rzecz była nie do zniesienia.

Czytała, dopóki światło nie zrobiło się cienkie na oknach. Przerwał jej przy końcu ósmej strony, powiedział, że czytała dobrze, i poszedł się przebrać na kolację bez laski.

Przed kolacją podeszła na koniec korytarza.

Drzwi były dębowe, okute żelazem, a kłódka wisząca na skoblu miała wielkość jej pięści. Trzymała ręce po bokach. Zmierzyła ją wzrokiem. Była zrobiona po to, by ją widzieć, ta kłódka — by widać ją było z daleka, tak by każdy, kto rzucił okiem wzdłuż korytarza, wiedział bez zastanowienia, że drzwi za nią są nieużywane. Szekla była jasna. Korpus kłódki był naoliwiony w ciągu ostatniego miesiąca. Wyrastała wśród kluczy syndyka i wiedziała, jak wygląda kłódka, o którą dbano.

To nie była kłódka skrzydła zamkniętego przed zmarłymi.

To była kłódka skrzydła używanego.

Odwróciła się i wróciła. Przy własnych drzwiach zatrzymała się — na pusty korytarz, na milczenie domu, na własny puls, który zachował swoje przyspieszenie od śniadania. Przekręciła klucz po raz drugi tej nocy.

Kolacja przyszła i minęła. On nie zapytał jej znowu, jak spała.

Weszła na górę o dziesiątej. W kominku rozpalono. Rozebrała się przy nim, czesała włosy, czesała je dłużej, niż potrzebowała, bo czesanie było czymś, co dłonie mogły robić bez myślenia. Dziennik leżał zamknięty na nocnym stoliku. Włos był w środku, między zapisami domowych rachunków.

Nadal leżała bez snu, gdy nadszedł dźwięk.

Przyszedł przez wewnętrzny mur — mur, o który opierało się jej łóżko — nie z korytarza. Był stłumiony, bo coś przyłożono do niego: dłoń może, albo róg prześcieradła, albo bok poduszki przyciągniętej do ust. Jeden krótki kaszel. Potem drugi, słabszy, jakby pierwszy był pomyłką, którą kaszlący próbował naprawić.

Potem nic.

Leżała nasłuchując oddechu, który miał nastąpić. Żaden oddech nie nadszedł, taki, jaki mogłaby usłyszeć. Ktokolwiek był po drugiej stronie muru, pamiętał po pierwszym kaszlu, że ktoś jest po tej stronie.

Mur, o który opierało się jej łóżko, był murem wewnętrznym. Nie wychodził ani na korytarz, ani na ogród.

Wychodził na skrzydło zachodnie.

Verity położyła dłoń płasko na tynku. Tynk był zimny. Trzymała tam rękę, dopóki jego chłód nie zaczął wydawać się nicością, potem położyła się z powrotem, a dziennik na stoliku obok niej trzymał ciemny włos ściskany między swoimi stronami jak rzecz, którą się zachowuje dla dowodu, jeśli kiedykolwiek miałoby się go potrzebować.

Rozdział 2 jest gotowy

Wpisz swój email, aby czytać dalej

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się