Od samego Pickering woźnica nie zamienił słowa.
Verity wolała tak właśnie. Mąż, który wolał nie rozmawiać z samotną kobietą podróżującą bez towarzystwa, to mąż, który potem nie pamięta jej twarzy — a to była drobna przewaga, której uczono się brać i chować do kieszeni.
Karoca stanęła. Koń westchnął raz, ciężko — oddech zwierzęcia, które zbyt długo ciągnęło po złej drodze. Przez ołowiane szkło w oknie dom układał się we fragmenty — dach z łupku, rząd ciemnych okien, szerokie kamienne schody. Przy drzwiach nie płonęły lampy. Zmierzch przerzedził się do tego żółto-szarego odcienia, jaki Yorkshirejski kamień przybiera godzinę przed całkowitą ciemnością.
Została na miejscu jeszcze przez chwilę.
Z wewnętrznej kieszeni podróżnej pelisy wyjęła ojcowski zegarek na łańcuszku. Szybka zmatowiała dawno temu. Nacisnęła zatrzask — cichy, suchy stuk, ten sam, który ojciec wydał w swoje ostatnie poranne, siadając w łóżku i pytając, która godzina, jakby nie wierzył. Cztery minuty po czwartej. Pozwoliła mu się zamknąć. Schowała z powrotem w ciepłe miejsce przy żebrach.
Dopiero wtedy wysiadła.
Drzwi wejściowe otworzyły się, zanim zadzwoniła. Niska kobieta w czerni stała w nich z pierścieniem kluczy u pasa i postawą gospodyni — ani gościnna, ani niegościnna. Rodzaj postawy przyjmowanej przy odbiorze dostaw.
— Miss Lane.
— Mrs. Aldercott, jeśli się nie mylę.
— Proszę wejść. Jego lordość czeka w salonie.
Żadnego powitania. Ani słowa o podróży. Verity objęła w życiu sześć posad tego rodzaju i to było pierwsze przybycie, przy którym nikt nie zapytał, czy jadła.
Sala pachniała torfem i starym dębem, i tym szczególnym suchem domu, który trzyma zewnętrzne komnaty nieogrzewane. Dwie lampy naftowe płonęły na długim stoliku przyściennym; ich światło sięgało może na cztery stopy, potem kończyło, i zaczynało się znów przy następnej lampie. Między lampami powietrze było dość ciemne, by stąpać przez nie ostrożnie.
Mrs. Aldercott podeszła do małego sekretarzyka i otworzyła skórzaną księgę.
— Jeśli łaska, miss. Data i nazwisko. Jego lordość prowadzi ją tak jak ojciec.
Verity podniosła pióro.
Osiemnasty listopada, jej równym charakterem pisma. Opuściła końcówkę na następnej linii i tam zawahała się — tylko na jeden oddech, tylko na tyle, by Mrs. Aldercott spojrzała na lampę zamiast na nią — i napisała Verity Lane. Lichfield.
Atrament przyjął. Osuszyła go. Pióro wróciło do podstawki bez drżenia, bo ćwiczyła sprawę piór u Mrs. Marchmount, przez rok, który wydał się długi, i jej ręka nie była tą częścią, która zdradzała.

— Tędy, miss.
Mały salon był trzy drzwi dalej na korytarzu, po zachodniej stronie. Niski ogień z rozłupanego drewna jabłoni płonął w palenisku. W pokoju stały kanapa, dwa fotele, pulpit do pisania i Lord Halloway. Stał przy kominku plecami do drzwi i plecami do niej.
Został tam, gdzie stał.
— Mrs. Aldercott, może nas zostawić.
Gospodyni skinęła głową i zamknęła za sobą drzwi.
— Miss Lane.
— My lord.
Mówił, nie odwracając się.
— Proszę podejść na moją prawą stronę. Wolę zwracać się do kogoś zawsze z tej samej strony. To przyzwyczajenie. Pani przekona się, że jestem teraz człowiekiem przyzwyczajeń.
Podeszła na jego prawą stronę. Był wysoki. Ciemny surdut, ciemna kamizelka, bez marynarki, biała koszula z mankietami wywiniętymi raz, bo ogień był blisko. Przyciemnione okulary były wąskie i proste. Włosy miał krótko przystrzyżone po bokach — zbyt krótkie na ten długi ciemny włos, który rano znajdzie na swojej poduszce, choć jeszcze nie wiedziała, że to porównanie będzie miało znaczenie.
Wyciągnął rękę, nie szukając jej, i ona podała mu swoją prawą.
Jego uścisk był lekki, suchy i trwał ułamek dłużej, niż wypadało w salonie w mieście. Jego kciuk spoczął na wewnętrznej stronie jej nadgarstka. Spoczął tam. Nie naciskał. Czytał.
Oddech, może dwa oddechy, i puścił.
— Proszę usiąść. Fotel po lewej stronie.
Usiadła, a on przemówił, jakby kontynuował zdanie rozpoczęte przed jej przyjściem. — Przyjechała pani pociągiem do Pickering i wynajęła dorożkę ze stacji.
— Tak.
— Z podwórza, jak sądzę. Nie z gospody.
— Z podwórza.
— To bardziej rozsądne. Gospoda żąda zawyżonej zapłaty za każdą podróż do tego domu. Uważają ją za niebezpieczną.
Wyrzekł to bez żadnej intonacji, jakby omawiał cenę węgla.
— Przysłała panią agencja Mrs. Beale w Doncaster. Ręka Mrs. Beale jest nie do pomyłki. Nie kłamie wprost, ale wybiera, co pominąć. Co powiedziała pani o moich okolicznościach, Miss Lane?
— Że potrzebny jest panu lektor, mylordzie. Że poprzedni lektor wypowiedział się.
— Czy powiedziała dlaczego.
— Nie.
— Nie powiedziałaby. Poprzedni lektor odszedł pod koniec drugiego tygodnia, nie odbierając należnego wynagrodzenia. Pieniądze wciąż leżą w kopercie na biurku w moim gabinecie i tam pozostaną, dopóki nie znajdę dla nich innego zastosowania. Mówię pani o tym, ponieważ wolę, by moja służba zaczynała z tymi samymi informacjami, które mam ja, o ile mogę je przekazać. — Odwrócił twarz — niezupełnie w jej stronę, ale wystarczająco blisko, by poczuła kąt nachylenia. — Dyktuję. Pani zapisuje. Czyta pani na głos. Jest zeznanie, które muszę złożyć pod przysięgą przed siedemnastym grudnia, oraz afidawit, który je poprzedza. Mój prawnik przygotował projekt. Będziemy czytać ten projekt razem każdego ranka, dopóki nie będę zadowolony z każdego jego wersu.
Siedemnasty grudnia.
Data weszła między nich jak trzecia osoba siadająca do stołu.
Jej dłoń poruszyła się, nim zdołała ją powstrzymać — w stronę zegarka pod materiałem żakietu. Nacisk dwóch palców na własne żebra. Potem położyła dłoń z powrotem na kolanach.
— Jest pani świadoma — rzekł — tego, co wydarzyło się w tym domu.
— Słyszałam część.
— Usłyszy pani wszystko. Każdy zapisany opis. Będzie go pani czytać mi na głos, dopóki nie będę potrafił recytować słów obcych ludzi tak dobrze jak własnych. To konieczne. Nie mogę przeczytać tego sam.
W Doncaster powiedziano jej, że jest niewidomy. Mrs. Beale użyła tego słowa, niewidomy, z tym nieznacznym zakłopotaniem kobiety, która bała się, że do jej klientów może przylgnąć jakiś ostatni przesąd. Verity zbudowała na tej podstawie wyobrażenie o mężczyźnie i wyobrażenie to było błędne. Mężczyzna przed nią prezentował ślepotę nie jako brak, lecz jako procedurę — tak jak urzędnik prezentuje system indeksowania.
— Rozumiem, mylordzie.
— W takim razie jutro. Pół do dziesiątej, w bibliotece. Do jutra może pani uważać dom za swój do poznania. Mrs. Aldercott pokaże pani wszystko, co zechce pani zobaczyć.
Krótka cisza.
— Wszystko — dodał — co zostanie pokazane.
Kolacja została podana godzinę później w pokoju zbyt dużym dla dwojga. Świece były woskowe i świeże — gospodyni ustawiła je dla niej, zrozumiała Verity, co było albo małą uprzejmością, albo małym testem. Nie potrafiła jeszcze rozstrzygnąć, czym dokładnie.
Lord Halloway zajął miejsce na czele stołu. Ona otrzymała miejsce po jego prawej ręce — ta sama strona co uścisk dłoni. Ten układ nie dorównywał temu, co można by nazwać właściwym. Towarzyszka jadała z panią domu lub, częściej, sama, z tacą na kolanach. Posadzenie jej przy stole pana w pierwszym wieczorze oznaczało otwartą deklarację, że nie ma już żadnej opinii o jego gospodarstwie, którą warto by zarządzać.
Nie odwrócił twarzy do ognia, który płonął w wielkim kominku za nim.
Ludzie, którzy widzą, zwracają się ku ogniom. Szukają ukojenia w obserwowaniu płomienia. On siedział z barkami skierowanymi prosto do pokoju, a ciepło spływało po jego karku, gdy jadł, jakby ogień był zwierzęciem, które nauczyło się swego miejsca.
Zadał jej dwa pytania w trakcie posiłku. Gdzie się wychowała. Czy jej rodzina żyje. Na pierwsze odpowiedziała: Lichfield, co było prawdą. Na drugie odpowiedziała: nie, co również było prawdą, lecz on zawahał się przez ułamek sekundy przed kolejną uwagę, a ta pauza spadła na stół między jej kieliszek do wina a jego nóż do chleba.
Odpowiedziała prawdą. Wyczuł w niej coś, czego nie zamierzała zdradzić.
Gdy on wstał, wstała i ona. Skinął jej głową w drzwiach, powiedział dobranoc i dodał jej imię — Miss Lane — z takim samym opanowaniem, z jakim mówił o pensji w biurku. Potem ruszył w stronę schodów bez laski, licząc krawędź dywanu pod podeszwą.

Mrs. Aldercott zaprowadziła ją na górę.
Sypialnia wyglądała na wschód. Ściany pokryta ciemnoniebieski jedwab z wzorem, który przetrwał co najmniej trzy pokolenia wilgoci. Łóżko było zasłane. W kominku płonął niewielki ogień. Walizka Verity została już wniesiona i rozpakowana, co jej się nie podobało, ale sprzeciwianie się temu nie miało już sensu. Przez chwilę stała przy oknie i patrzyła w ogród, który ciemność odbierała jej wzrokowi.
— Mrs. Aldercott.
— Tak, miss?
— Korytarz na zewnątrz — czy prowadzi gdzieś, gdzie nie powinnam chodzić?
— Prowadzi tylko do galerii, miss, a galeria prowadzi z powrotem do schodów.
— A drzwi na samym końcu.
Krótkie wahanie.
— Zamek w pani drzwiach jest sprawny, miss. Kazalam go naprawić w tym roku. Dobranoc.
Zamknęła drzwi, zanim Verity zdążyła zapytać, po co.
Verity przekręciła klucz we własnym zamku i stała z ręką nadal na nim, dopóki nie przestała czuć zimna mosiądzu.
Rozbierała się powoli. Zegarek trafił na mały stolik nocny obok świecy. Nakręciła go tak, jak nauczył ją ojciec: trzy pełne obroty i pół. Pół obrotu było ważne. Był na tym szczególnie.
Spała lekko, bo nie umiała inaczej spać w nowym domu. Kiedyś po tym, jak świeca zgasła — może około drugiej w nocy, sądząc po zimnie powietrza — na korytarzu za drzwiami rozległy się kroki.
Były powolne. Zatrzymały się.
Zatrzymały się na czas trzech uderzeń serca. Znała ten czas, bo go policzyła, leżąc na boku twarzą do drzwi, z zamkiem między nią a korytarzem.
Potem kroki ruszyły dalej.
Leżała nieruchomo. Otwarcie drzwi na pusty korytarz nie przyniosłoby korzyści, a mogłoby kosztować wiele. Leżała i słuchała. Kroki dotarły do końca korytarza i tam ustały.
Były lżejsze od męskiego kroku. But nie miał obcasa.
Ku świtaniu zapadła w cienki, niespokojny sen, z jedną ręką pod głową i twarzą zwróconą ku poduszce obok własnej.
Obudziła się, bo zmieniło się światło.
Pokój wypełniała szara ciężka poświata, która na tej szerokości geograficznej w listopadzie oznaczała szóstą rano. Świeca dawno zgasła, zostawiając czarną kałużę. Włosy rozplątały się w nocy i opadły jej na policzek, co zdarzało się czasem. Uniosła rękę, by je odgarnąć.
Jej dłoń napotkała włos na poduszce, zanim napotkała własny.
To nie był jej włos.
Leżał na pościeli sześć cali od jej twarzy. Pojedynczy włos. Ciemny, idealnie prosty, dłuższy niż jej ręka od ramienia do nadgarstka. Owinięty wokół niego, w powolnym, ostrożnym pętlu — taki pętel, jaki tworzy się palcem, powoli, patrząc na twarz śpiącego — była łodyga. Łodyga małej różowej róży.
Róża była sucha.
W listopadzie w North Riding nie było róż w żadnym ogrodzie.
Leżała nieruchomo.
Leżała nieruchomo, bo osoba, która położyła różę sześć cali od jej twarzy, była wystarczająco blisko podczas jej snu, by poczuć jej oddech na swoim nadgarstku.
A osoba, która położyła różę, chciała, by ona o tym wiedziała.
Za drzwiami korytarz był cichy. Światło w pokoju narastało powoli, tak jak powoli wschodzą zimowe poranki w Yorkshire. Zegarek na stoliku nocnym tykał cichym, suchym stuknięciem rzeczy, która nie udaje.

