W środę znała już jego godziny.
Przychodził do ogrodu o piątej pięćdziesiąt. Wychodził o siódmej dwadzieścia. Wieczorem, krótko, wracał jeszcze raz — dwadzieścia minut, około szóstej czterdzieści, nie dłużej, tylko tyle, żeby podlać grządkę najbliżej wiaty i sprawdzić coś przy południowej ścianie. Nie zapisała tego. Przechowywała tę wiedzę tak, jak się przechowuje numer telefonu, pod który dzwoniło się już dwa razy. Bez zamiaru. Bez wysiłku. Bez nazywania samego przechowywania.
Obserwowała go przez okno w salonie, trzymając drugą filiżankę kawy, co do której przestała już udawać, że jest pierwszą. Siadała na ramieniu kanapy, nie przy samej szybie, pod kątem do okna, i patrzyła, jak mija narożnik i oddala się. Głowa opuszczona. Płócienna torba. Przez cztery poranki, które liczyła, ani razu nie spojrzał w stronę jej strony ulicy.
Ona przychodziła o ósmej.
Na ławce wiaty leżały jej własne rękawice, które zostawiła poprzedniego dnia — odłożyła je tam, gdzie je zdjęła, na deskach, wewnętrzną stroną do góry, palce wskazujące ciemno poplamione od lawendowej ziemi. Obok, może o dziesięć centymetrów, ta druga para. Ciężka para. Para, której nie zabrał tamtego ranka, gdy zabrał wszystko inne.
Ułożone tak, jak on je układał. Złożone raz przy nadgarstku. Skóra do skóry. Palce schowane do środka. Tak jak się składa rękawice, do których zamierza się wrócić.
Włożyła swoje. Jego zostawiła tam, gdzie były.

Lawenda się nie zmieniła. Lawenda robi to, co lawenda robi przy jedenastu stopniach i powolnym świetle — czyli niewiele, poza tym, co dzieje się przy korzeniach. Dwie pszczoły były już przy małych fioletowych stożkach wzdłuż południowej ściany, ospałe w chłodnym powietrzu, pracujące tak, jak pracują, kiedy nic nie jest pilne — delikatny pył pyłku na tułowiach, na liściach pod nimi. Wyrwała trzy chwasty spomiędzy drugiej i trzeciej podwyższonej grządki. Trzy razy napełniła konewkę, bo zamówiona końcówka do węża była jeszcze gdzieś w tirze pod Newark. Zawiązała kawałek zielonego sznurka na małym, chudym drzewku przy południowej ścianie, żeby je sobie oznaczyć — bo spojrzał na nie dwa razy w dniu odbioru pozwolenia i chciała kiedyś zapytać kogoś, co to za drzewo.
Około dziesiątej rondo jej kapelusza było ciepłe w dotyku, a kark lepki tam, gdzie nałożyła rano za dużo kremu z filtrem. Ziemia pod kapeluszem miała teraz swoje własne ciepło, suche i słodkie — zapach gleby, na którą słońce świeciło wystarczająco długo, żeby pamiętała słońce. Przeszła w cień wiaty i zjadła połowę kanapki, wypiła wodę. Wyjęła z torebki małą białą tabletkę — dawka południowa, druga z dwóch — i połknęła ją na sucho, po czym sięgnęła po wodę, bo sucho było nawykiem, który próbowała zmienić. Pomarańczowy pojemnik stał w domu na parapecie. Dwie tabletki, dwa okna, jedno ciało. Miała swoje porządki.
Napisała dwie linijki w zeszycie z torby.
Rano: 5:50 / 7:20. Wieczór: 6:40. Cztery dni.
Jarmuż zaczyna się wystrzelać.
Linijki zostały nieprzeczytane. Zamknęła zeszyt. Włożyła go z powrotem do torby i zapięła zamek, a zeszytowi, w którym pisała, nie nadała żadnej nazwy.
Wracając do domu około jedenastej, po stronie ulicy naprzeciwko ogrodu, spotkała Esther Kaplan trzy domy od swojego.
Niska kobieta w ciemnozielonym kardiganie, z kartonikiem mleka w jednej ręce i małą papierową torbą w drugiej. Srebrne włosy ścięte do żuchwy. Niebieskie oczy. Broszka przy kołnierzu — miedziana, wypolerowana liść dębu. Nie spieszyła się. Miała wyprostowane plecy kobiety, która przez czterdzieści lat kazała nastolatkom siedzieć prosto.
Kiwnęła głową raz.
„Witam na naszej ulicy."
Nie było w tym ciepła. Nie było też chłodu. To był rodzaj powitania, jakie kieruje się do nowo poznanej koleżanki na konferencji, z którą nie ma się zamiaru rozmawiać po raz drugi.
„Dziękuję" — powiedziała Pam.
Esther zmierzyła ją wzrokiem — kapelusz, długie rękawy o jedenastej rano, rękawiczki przełożone przez pasek torby — i wydała cichy dźwięk, który nie był ani mruknięciem, ani komentarzem. Uniosła karton o kilka centymetrów w stronę własnych drzwi, trzy dalej.
— Mleko na tej ulicy to sprawa na pół kroku za późno — powiedziała. — Jest jedno miejsce na Franklin. Trzymają je z tyłu.
— Zapamiętam.
Kącik ust Esther drgnął — taki kształt, jaki przybiera uśmiech, gdy człowiek postanowi go nie dawać. Poszła dalej.

Pam stała trzy oddechy na chodniku, zanim weszła do środka. Broszka była liściem. Dębowym, była prawie pewna. Drzwi za nią zacięły się tak jak zawsze. Wcisnęła je barkiem.
Umyła ręce dwa razy. Drugą połowę kanapki zjadła na stojąco przy ladzie, z obsechniętymi brzegami — chleb za długo siedział w torbie. Położyła się na kanapie, zamierzając zdrzemnąć się dziesięć minut, i obudziła o czwartej dwanaście z odciskiem szwu poduszki na policzku, a mieszkanie było tak ciche, że słyszała F train w podłodze.
Umyła twarz. Czajnik nie spieszył się. Zabrała herbatę do okna w salonie.
Ogród tonął w trzech czwartych w cieniu. Przeszedł mężczyzna z wózkiem. Dziewczynka w bordowym mundurku z P.S. 161 jadła coś z papierowej torebki z brodą wtulonę w kołnierz przed wiatrem. Narożnik zatrzymywał światło nieco dłużej niż reszta ulicy, bo słońce wpadało tu przez szczelinę między dwoma domami.
O szóstej czterdzieści jeden mężczyzna przeszedł przez narożnik od południa.
Płócienna torba.
Obserwowała go z kąta oparcia kanapy. Wszedł przez bramkę. Bramka nie wymagała zamykania. Podszedł do grządki najbliżej wiaty i zanurzył konewkę w beczce na deszczówkę, podniósł, poniósł pod południową ścianę. Chudziutkie drzewko dostało powolny, staranny strumień wody wokół nasady. Stał chwilę i patrzył na nie. Odstawił konewkę. Zrobił coś przy ławce — widziała tylko jego plecy, linię ramion, lekkie pochylenie głowy — a potem podniósł płócienną torbę i wrócił do bramki.
Poszedł znów na południe.
Po drugiej stronie ulicy, w oknie na pierwszym piętrze domu naprzeciwko narożnika, drgnęła zasłona. Ta sama zasłona. Widziała, że się poruszyła, i celowo nie spojrzała w tamtą stronę. Dopił herbatę.
Zasunęła własną zasłonę.
Następnego ranka przyszła o piątej czterdzieści.
Nie podjęła tej decyzji. Nie nastawiała budzika. Oczy otworzyły jej się w ciemności z rodzajem jasności, która nie należała do piątej dwudziestu, a skoro człowiek już nie spał o piątej dwudziestu, nie było dobrego powodu, żeby zostać w łóżku.
Światło w kuchni zostało zgaszone. Piła wodę w ciemności. Włożyła kapelusz i długie rękawy z przyzwyczajenia, choć słońce przez jeszcze godzinę nie będzie problemem, i przeszła przez ulicę w zimnym, błękitnym świetle.
Ogród był pusty.
Wiedziała, że tak będzie. Piąta czterdzieści to dziesięć minut przed nim. Ufała tym czterem porankom. Tym razem sama odcisnęła zasuwę — zawiasy odpowiedziały cichym, zadowolonym skrzypnięciem — i podeszła do wiaty.
Jej rękawiczki były tam, gdzie je zostawiła.
Jego nie.
Leżały na ławce. Wciąż złożone skórą do skóry. Ale nadgarstki wskazywały w drugą stronę, ku drzwiom wiaty zamiast ku południowej ścianie, a palec wskazujący prawej rękawiczki był przyciśnięty płasko zamiast podwiniętego. Drobiazg. Taki drobiazg, który by przeoczyła, gdyby nie patrzyła. Nie patrzyła. Zobaczyła go mimo to.
Podniosła je.
Skóra od środka była ciepła, albo prawie. Nie dość ciepła, żeby mieć pewność, że to nie jej wyobraźnia. Wnętrze przyjęło kształt, który nie był jej kształtem. Tam, gdzie kończyły się jej palce, jego kończyły się dalej; tam, gdzie jej kciuk spoczywał w szwach, jego spoczywał grubszy, sztywniejszy w stawie. Dwa małe zgrubienia, które wyczuwała przez skórę, jedno u nasady każdego palca wskazującego.
Odłożyła rękawice. Ułożyła je tak, jak on je układał tego ranka, kiedy przyszło pozwolenie. Nadgarstki skierowane ku południowej ścianie. Palce podwinięte.
Ktokolwiek je zgubił, wrócił po nie.
Nie wziął ich.
Tylko odłożył je z powrotem.
