TaleSpace

Rozdział 3

— Nie mogę tam wejść.

Podnoszę wzrok znad tosta. Skończył nalewać herbatę i trzyma czajnik, nie robiąc z nim nic więcej, obie dłonie na uchwycie, oczy utkwione w punkcie w półodległości, który jest bliżej niż okno.

— Jej szuflada — mówi. — Po jej stronie łóżka. Nie — czy ty. Nie dzisiaj, ale wkrótce.

Stawia czajnik tak delikatnie, że ta delikatność jest dźwiękiem, który wydaje. Spał cztery stopy od tej szuflady przez dwa tygodnie i jej nie otworzył, a teraz prosi kobietę, która spała w tym domu po raz pierwszy jedenaście godzin temu, żeby ją otworzyła za niego.

— Dzisiaj — mówię.

— Nie musisz —

— Dzisiaj.

Kiwa głową raz. Cokolwiek robi jego twarz, robi to, kiedy odwraca ją wzrok.

Dywan kończy się na półpiętrze i deski pod spodem są wąskie i ciemne, oryginalne, zarysowane tam, gdzie meble były po nie ciągnięte więcej niż raz w ciągu stulecia. Troje drzwi na trzecim piętrze. Te na końcu po prawej, zamknięte, to gabinet. Te na środku, których nie nazwał, są zamknięte. Te po lewej, sypialnia, też są zamknięte.

Moja ręka znajduje klamkę sypialni. Mosiądz jest ciepły; dotykał jej niedawno. Klamka obraca się pod moją ręką tak, jak obraca się klamka, kiedy rezygnujesz z możliwości jej nie otworzyć.

Pokój przyjmuje listopadowe światło tak, jak robią to pokoje skierowane na północ, równomierne, szare, bez cieni z krawędziami. Łóżko jest duże, ubrane w bladą pościel, i śpi na nim jedna osoba po jednej stronie. Druga strona jest gładka w sposób celowego wygładzania, tak jak mężczyzna trzyma kołdrę płasko nad brakiem, żeby ten brak nie stał się dziurą.

Dwa stoliki nocne. Ten po jego stronie ma książkę położoną stroną do dołu, okulary do czytania, szklankę z wodą. Drugi jest pusty na wierzchu, z wyjątkiem małego białego porcelanowego naczynka z wyblakłym niebieskim brzeżkiem, takiego, na którym kładzie się zegarek lub pierścień na noc. Naczynko jest puste.

Zapach pokoju dociera do mnie dwa razy. Przy drzwiach, pszczeli wosk, ten sam co w korytarzu, miękki i stary. Trzy kroki w głąb, w słupie powietrza nad łóżkiem, gdzie ona stała, żeby się rozebrać, jest ostrzejszy: ziołowy, perfum, które rozpoznałabym z sześćdziesięciu kroków w każdym domu towarowym w każdym mieście. Santal 33. Nosiła ją przez sześć lat. Powietrze pokoju jest nią przepełnione tak, jak pokoje przepełniają się zapachem, kiedy nikt nie otworzył okna od czasu, kiedy ciało przestało go oddawać.

Siadam na ubranej stronie łóżka i ciągnę szufladę za jej małą mosiężną gałkę.

Szuflada wysuwa się gładko. Nic w tym domu się nie zacina, z jego powodu.

Na wierzchu trzy jedwabne chusty złożone w staranną stertę, kolory kurzu, które nosiła jesienią, kolory tynku i bladej słomy. Pod chustami niedokończona krzyżówka z The Telegraph, zagięta tak, by odsłonić dolną połowę, ołówek wciąż wetknięty w 14 poziomo. Endless gallery, finally housing one. Trzy litery jej ręką, leżące tam w ołówku. Te trzy litery nie chcą złożyć się w litery.

Pod krzyżówką, z przodu szuflady, dwie małe buteleczki. Jedną powietrze pokoju już zidentyfikowało. Druga ma dziecinnie zabezpieczoną nakrętkę i pół etykiety, obraną przez paznokieć, który nie chciał czytać nazwy tam wydrukowanej. Obie buteleczki zostają tam, gdzie są.

Na końcu szuflady, za buteleczkami, leżąca płasko na drewnie, jest koperta.

Jest gładka. Papier jest szorstki i tani, dość cienki, żeby przy podniesieniu światło z okna przeświecało przez niego, prostokąt złożonego papieru w środku i nic więcej. Żadnego adresu. Żadnego adresu zwrotnego. Żadnego znaczka. Klapka jest zapieczętowana woskiem w kolorze zakrzepłej krwi, a urządzenie wciśnięte w wosk to rodzinny sygnet: ta sama mała znaczka, która była wycięta w sygnecie mojego ojca, bliźniacza wersja tej, którą ona nosiła na lewej ręce. Moja prawa ręka nosi teraz ojcowską. Metal daje o sobie znać przy kości mojego palca.

Prawnica we mnie notuje, zanim reszta mnie nadąży. Brak adresata. Wosk błyszczący, nie zmatowiony, co znaczy niedawny, najwyżej kilka tygodni. Pieczęć wciśnięta mocno z prawej strony i ledwo z lewej, co znaczy, że pracowała jedną ręką w chwili, gdy to robiła. Pismo jest jej, nie udające, że jest spokojniejsze niż było, lekki zjazd linii w dół, co znaczy, że pisała, siedząc oparta o poduszki.

Na przodzie koperty, jej pismem, jest jedno słowo.

Wren.

Nikt nie nazywał mnie Wren odkąd miałam dziewięć lat. Nikt oprócz niej. Używała tego imienia na osobności, głównie gdy nasza matka była w sąsiednim pokoju i była rzecz, którą chciała mi powiedzieć, a matka nie miała tego usłyszeć. Imię było małymi drzwiami między nami, drzwiami, o których zapomniałam, że wciąż potrafi je otworzyć.

Koperta leży na moich kolanach w obu dłoniach. Papier stał się lekko ciepły tam, gdzie leżał na drewnie, nieważne jak długo tam był. Te cztery litery wymagają kolejnego przeczytania. Pętla W mała tak, jak zawsze robiła ją małą, jakby ją to zawstydzało. N jako pojedyncze pociągnięcie, bez ogona.

Mój oddech zmienił się w sposób niewyrażalny.

On wchodzi boso, po deskach, i deski zachowują go w tajemnicy, bo je zna.

— Seren.

Stoi w drzwiach. Mankiet jego koszuli jest wciąż podwinięty dwa razy, tak samo jak w kuchni, tak samo jak wczoraj wieczorem, tak samo jak w Mayfair wczoraj. Jego twarz nic nie robi, co znaczy, że jego twarz coś zrobiła pół sekundy temu i to schował. Koperta przykuwa jego wzrok jako pierwsza. Widział, że ją widzę. Miał gotową twarz na to i teraz ją schował, a staranna neutralność jest powidokiem.

— Wiedziałeś o tej?

Nie jestem pewna, co mam na myśli, mówiąc tej, tylko że to jedyne pytanie, jakie moje usta potrafią zadać. Rozumie mnie, nie musząc doprecyzowywać, co samo w sobie jest odpowiedzią na inne pytanie.

— Nie teraz.

Przerwa po tych dwóch słowach jest wystarczająco długa, żebym zdążyła policzyć książki na półce za nim i zarejestrować, że to jego książki, nie jej, co jest małą rzeczą i jakoś nie jest małą rzeczą wcale.

— Odłóż to, Seren. Proszę.

Wypowiedział moje imię trzy razy od wczorajszego ranki. W biurze Pembertona, dwa razy, jako etykietę, tak jak mężczyzna używa imienia, by otworzyć akapit. W korytarzu wczoraj wieczorem, Dobranoc, Seren, jako zamknięcie. To jest inne słowo. Pyta, używając imienia. Pytanie jest w imieniu.

Nie odkładam.

Siedzę na łóżku z kopertą w obu rękach i patrzę na niego stojącego w drzwiach z ciężarem ciała nie przeniesionym na żadną stopę, rękami świadomie poza kieszeniami, żeby nic nie zrobiły bez jego pozwolenia, oczami na papierze w moich rękach, a nie na mojej twarzy, bo papier to jedyny obiekt w tym pokoju, na który ma prawo patrzeć.

Korytarz za nim jest pusty. Był pusty przez dwa tygodnie. Dookoła tyłu trzeciego piętra, za zamkniętymi drzwiami, lampa w gabinecie jest włączona lub wyłączona; z miejsca, gdzie siedzę, nie sposób wiedzieć, i lampa zostaje poza ramą tego, co mój umysł jest w stanie pomieścić.

Trzy pytania w moich ustach stłoczyły się w zator. Nie przepuszczą jedno po drugim.

Co w niej jest.

Co on wie, czego ja nie wiem.

Dlaczego pyta tak, jak pyta.

Nie pytam.

On zostaje tam, gdzie jest. Drzwi zostają otwarte. Koperta jest ciepła w moich rękach teraz, a mój kciuk znalazł krawędź pieczęci i naciska, lekko, na miejsce, gdzie mała znaczka, którą mój ojciec nosił na prawej ręce, a moja siostra na lewej, została wciśnięta w wosk dla mnie.

It's just getting good…

Enter your email to see what happens next.

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się