Kierowca taksówki pyta, czy mam poczekać. Mówię mu, że nie, i płacę go z niewłaściwego powodu: powiedzenie tak zostawiłoby otwartą linię odwrotu, a ja zdecydowałam, że nie chcę jej zostawiać.
Chodnik przed domem w Stoke Newington jest mokry, choć nie pada. Światło przybrało kolor wnętrza kieszeni płaszcza. Drzwi wejściowe są ciemnozielone — ten starszy odcień, który jest na tych drzwiach od czasów, zanim którzyś z nas się urodził, malowany od nowa przez każdego właściciela, w tym, w zeszłe lato, przez moją siostrę.
Mam walizkę na kółkach, skórzaną torbę weekendową ze wszystkim, czego nie chciałabym stracić, i szary folder, który niosę oddzielnie, bo schowanie go do którejkolwiek z toreb wydawało się niewłaściwe w sposób, na który nie miałam czasu się przyjrzeć.
Wzniesienie mojej ręki w stronę dzwonka zostaje przerwane przez drzwi, które otwierają się, zanim ich dotknę.
Bram stoi w drzwiach. Trzyma je otwarte. Manżeta jego koszuli nie jest już podwinięta raz, tak jak w biurze Pembertona o wpół do jedenastej tego ranka. Jest podwinięta dwa razy. Poruszał się po tym domu w godzinach po Mayfair i manżeta jest jedynym dowodem.
— Przyszłaś — mówi.
— Mówiłam, że przyjdę.
— Mówiłaś, że pomyślisz o tym.
— Pomyślałam. Potem przyszłam.
Patrzy na walizkę. Patrzy na folder. Drzwi to ta część niego, którą muszę minąć.
— Jest przygotowany pokój. Drugie piętro, koniec korytarza.
— Czyj.
— Mój, zanim się wprowadziłem wyżej. Przerwa; przerwa jest częścią zdania. — Teraz to pokój gościnny.
Przekraczam próg. Musi się przesunąć, żeby mnie przepuścić, i robi to oszczędnie, w sposób, który zajmuje mniej miejsca, niż człowiek jego postury powinien być w stanie zabrać.
Korytarz pachnie woskiem pszczelim. Nie tym rodzajem cedrowo-papierowym z biura Pembertona; czymś łagodniejszym. Pod spodem coś innego, słabszego, czego nie potrafię jeszcze nazwać. Drzewo sandałowe, może. Coś jeszcze.
Ściany mają kolor, który wybrała moja siostra: kredowa biel, którą sprowadziła z miejsca w Pimlico, które wciąż robi stare farby we właściwy sposób. Przy drzwiach jest mosiężny wieszak na płaszcze, na nim trzy płaszcze, wszystkie ciemne, wszystkie jego. Czwarty hak jest pusty. Luka to najgłośniejszy przedmiot w korytarzu.
Pośrodku korytarza, po prawej stronie, jest zdjęcie mojej siostry. Jest na plaży. Śmieje się z czegoś poza kadrem. Rama jest z prostego drewna. Zdjęcie jest niedawne.
Nie zdjął go.
Przechodzę obok bez zwalniania. Ta część mnie, która kataloguje rzeczy, kataloguje je: lokalizacja, rama, stan, kto prawdopodobnie zrobił zdjęcie. Reszta mnie podąża za nim w stronę schodów do kuchni.
Kuchnia znajduje się na niższym parterze, tam, gdzie wiedziałam, że będzie. Szeroki pokój z przeszklonymi drzwiami do małego ogrodu, długi stół z dębu, wyspę, którą Bram zbudował dla Neve dwa lata temu z odzyskanego wiązu. Opowiadała mi o tym wiązie, z szczególną nutą w głosie, którą teraz rozpoznaję jako dumę. Zostawił dwie lampy zapalone. Górne światło jest zgaszone.
Na stole jest jedzenie. Mały bochenek chleba, masło, ser, trochę zimnego mięsa, sałatka z pomidorów z za dużą ilością oliwy. Nic z tego nie jest czymś, co zrobiła Neve. Nic z tego nie jest w stylu tego, co robiła Neve. Robił zakupy dzisiaj, w drodze powrotnej z Mayfair, i kupił to, co kupuje mężczyzna, który świadomie nie gotuje.
— Nie wiedziałem, co jesz.
— Jem wszystko.
— To nie to, co mówiła mi twoja siostra.
— Moja siostra przesadzała.
Patrzy na mnie. Po raz pierwszy, od drzwi, bezpośrednio. Pod oczami ma szarość, której światło w Mayfair mi ukryło. Spojrzenie jest stateczne.
— W czym przesadzała.
— Cebula. Oliwki. Sardele. Wszystko jem z sardelami.
— Zapamiętam.
Nie mam pojęcia, co zrobić z tym zdaniem. Siadam przy stole.
Siedzi w rogu, dwa krzesła dalej, w pozycji mężczyzny, który nie wie, czy bliskość jest przysługą, czy naruszeniem. Nalewa wodę. Podaje mi chleb. Je mniej niż ja. Ja jem, bo jedzenie daje moim rękom coś do roboty, i bo jeśli nie zjem teraz, zjem później w ciemności.

Nie mówimy o testamencie. Nie mówimy o piątku. Mówimy, w tych niewielkich porcjach, w których w ogóle ze sobą rozmawiamy, o kotle, który hałasuje o drugiej w nocy; o wywozie śmieci, który jest w środy; o kodzie alarmu, który zapisuje na kartce i przesuwa po stole bez komentarza.
Numer na kartce to urodziny Neve.
Chowam kartkę do kieszeni.
Pokój na przedzie widać przez drzwi prowadzące z kuchni na klatkę schodową, kiedy podnoszę wzrok znad talerza. Nasze telefony leżą na stoliku kawowym; swój odłożyłam przy wejściu, bez namysłu, obok jego, bo stół byłby inaczej pusty. Z tego kąta oba etui wyglądają jak to samo etui sfotografowane dwa razy. Ciemnobrązowa skóra. Identyczne szwy. Skóra na jego zaczęła mięknąć na rogach; moja, nowsza, jeszcze nie. Znam te etui. Neve przysłała mi jedno w zeszłe urodziny. Myślę, że jego przysłała mu w tym samym czasie. To, które przysłała mi, leży na dnie szuflady w Notting Hill, nieużywane. Jestem typem kobiety, która nie wkłada telefonu do etui.
Bram, myjąc nóż przy zlewie, widzi to, na co patrzę przez drzwi. Nie odwraca się. Nie mówi o tym ani słowa. Wkłada nóż do stojaka i wyciera rękę o ścierkę.
— Pokażę ci pokoje — mówi.
Szczegółowa wizyta, o ile można ją tak nazwać, to najkrótsza wizyta, jaką kiedykolwiek odbyłam w domu tej wielkości.
Pokój na przedzie — widziałam. Jadalnia, której on i Neve nigdy nie używali, książki otwarte stroną do dołu na stole, gdzie powinny stać talerze. Półpiętro. Pierwsze piętro: łazienka; jego pokój z drzwiami uchylonymi, bez światła pod nimi; pokój gościnny z otwartymi drzwiami i zastaną pościelą. Drugie piętro: troje drzwi, wszystkie zamknięte. Mija pokoje w milczeniu.
Odwraca się, by zejść na dół.
Na półpiętrze zatrzymuje się z jedną ręką na poręczy. Drugą trzyma w kieszeni, tak jak mężczyzna trzyma rękę w kieszeni, żeby sama czegoś nie zrobiła.
— Na trzecim piętrze jest gabinet. Był jej. Nie — Zbiera zdanie skądkolwiek z innej strony. — Nie wchodziłem tam. Nie wejdę w tym tygodniu. Jeśli będziesz chciała, zrobisz to we własnym czasie. Nie moim.
— W porządku.
— W porządku.
To słowo robi inną pracę w jego ustach niż w moich. W moich zamyka sprawę. W jego otwiera i zostawia drzwi otwarte za sobą.

Stawia moją walizkę przed drzwiami pokoju gościnnego. Zostawia ją na progu. Zatrzymuje się krok przed wejściem i cofa, żeby pokój był mój do wejścia.
— Ręczniki w szafce — mówi. — Ciepła woda przy drugim kranie, nie przy pierwszym. — Pauza. — Okno nad wanną zacinają się do lata, jeśli zamkniesz je do końca. Nie zamykaj do końca.
— Dziękuję.
— Za co.
To pytanie jest prawdziwe. Czeka na odpowiedź.
— Za chleb.
Oddech, który nie jest śmiechem. — Dobranoc, Seren.
Schodzi na dół. Światło w kuchni zostaje włączone po nim. Słyszę, jak nalewa wodę do szklanki i pije, stojąc, nie siadając.
Pokój gościnny jest mały i schludny, bezosobowy w ten szczególny sposób pokoi przygotowanych przez kogoś, kto mieszka gdzie indziej. Narzuta jest nowa. Pościel jest nowa. Poduszki są zbyt miękkie i jest ich za dużo — taki układ robi mężczyzna, który przewrócił się z poprawianiem, by kobieta mogła chcieć poduszek.
Z torby: szczoteczka do zębów; T-shirt do spania; kartka z kodem alarmu.
Szary folder położyłam na sekretarzyku pod oknem, gdzie łóżko może go widzieć. Zostawiłam go zamkniętego i widocznego. Nie w szufladzie. Nie na półce. Tam, gdzie wzrok mi na niego pada.
W łazience zdejmuję pierścień.
To nowa część dnia, tej, której nie wykonywałam przy innym umywalku w innym mieście. Kładę pierścień na małym talerzyku z Delft, który ktoś — Neve, przypuszczalnie, kto inny — kupił, by trzymać na nim jeden pierścień, w taki sposób, w jaki kupuje się małe bezużyteczne przedmioty do domu, gdy jest się w nim zakochanym. Pierścień pasuje do talerzyka tak, jak ten pierścień pasuje do talerzyka, który mój ojciec kiedyś zamierzał kupić i nigdy nie kupił.
Nieobecność na dłoni odnotowuję jako zmianę w powietrzu wokół palca. Rano założę go z powrotem, zanim wstanę. Ta część zostaje.
Wracam do sypialni i podchodzę do okna przed pójściem do łóżka.
Ogród to czarny prostokąt. Kuchnia sąsiadów po prawej świeci na żółto; kuchnia sąsiadów po lewej jest ciemna. Platan na końcu ogodu zgubił większość liści, a to, co zostało, porusza się bez dźwięku. Niebo nad dachami to taki londyński nieboskłon, który nigdy nie jest właściwie ciemny, bo miasto wycieka w niego światłem od dołu.
Patrzę w górę, bo jest na co patrzeć.
Trzecie piętro tego domu, nade mną, rzuca na trawnik kwadrat światła. To jedyne światło na trzecim piętrze. Jest po prawej stronie, od tyłu domu. To pokój, do którego, jak mówił, nie wchodził.
Lampa w gabinecie mojej siostry się pali.
Paliła się, kiedy szłam ścieżką od taksówki. Nie zarejestrowałam tego, bo rejestrowałam drzwi i mężczyznę w nich. Paliła się, rozumiam teraz, od jej śmierci.
Stoję przy oknie dłużej, niż podeszłam, by stać. Zimno od szyby dociera do mnie przez kardigan. Na dole, w końcu, słyszę, jak wchodzi na pierwsze piętro i się zatrzymuje, a potem idzie na trzecie. Przechodzi obok jej gabinetu i wchodzi do sypialni, która była ich, i drzwi zamykają się na tyle cicho, że muszę nasłuchiwać, by wiedzieć, że się zamknęły.
Lampa się pali.
Jeszcze nie wiem, że to ostatni pokój, do którego wejdę.
Nieznane łóżko mnie zabiera. Prześcieradła nie pachną niczym — płynem do prania, co jest zapachem, jaki mają prześcieradła, gdy próbują nie pachnieć niczym. Leżę na plecach. Kwadrat światła z gabinetu nad głową jest za daleko, by padać na sufit, ale patrzę w miejsce, gdzie by był, gdyby geometria pozwalała, i myślę o nim.
Ona go nie wyłączyła. On go nie wyłączył. Lampa robi to, co robi lampa, gdy nikt nie zdecydował, co z nią zrobić.
Gdzieś na piętrze wyżej, w pokoju, w którym jeszcze nie byłam, lampa płonie dalej.
