Trzeciej nocy plan skrzydła wizira był czarną mapą na podłodze piwnicy — trzy sesje kredą, ścierane i nanoszone od nowa tam, gdzie goniec Ushada poprawiał ją co do drzwi, dzwonu, korytarza skręcającego nie tam, gdzie twierdził oficjalny rejestr pałacu. Podłoga znała go lepiej niż ona. Podłoga była też ciepła.
To był szczegół, którego nie uwzględniła. Herbata dwukrotnie dłużej traciła parę w każdej filiżance postawionej w promieniu sześciu kroków od niego, a jeśli chciała gorącej wody, wystarczyło trzymać czajnik w tym samym pomieszczeniu. Przez trzy dni prawie się nie ruszał. Przeważnie stał przy drugim chan. Czasem siadał przy indygowej ścianie. Runy przy jego obojczykach dawały swoje mdłe złoto bez chwili przerwy, a powietrze wokół jego ramion poruszało się, gdy oddychał — rzadko, bez żadnego rytmu, który mogłaby odczytać.
Nie jadła niczego, co wymagało podgrzewania.
Zmierzch trzeciego dnia przyniósł wiatr z solnej drogi, pachnący popiołem z południowych pieców. Umyła się. Ubrała w ciemną, zwykłą tunikę, którą nosiła do pracy — żadnych ukrytych kieszeni, żadnego ciężaru przy biodrze. Zanim księżyc wspiął się trzy knykcie poniżej pionu nad narożnikiem kraty nad schodami — pod kątem, który on jej wskazał — przeszła na środek pokoju, gdzie linie kredowe tworzyły mały, pusty prostokąt nieobecny na planie, będący samym pokojem, miejscem, do którego kazał jej przyjść.
Rozplotła włosy.
Robiła to z obojętnością rzeźnika płuczącego nóż. Brązowe koraliki trafiły do małej skórzanej sakiewki przy biodrze; złote nici wyciągnęła i położyła na krawędzi chan, gdzie zwijały się w cieple bijącym od metalu. Małe warkoczyki rozsypywały się na ramiona, na żebra. Gdy rozplotła ostatni, piwnica miała ciszę pokoju, który już podjął decyzję.
Patrzył, jak jej włosy opadają. Nie patrzył tak, jak kiedyś patrzył na nią Reza, gdy wyszła z rzeki ociekając wodą — czternaście lat, zawstydzona. Patrzył tak, jak zwierzę patrzy na drzwi, których długo wypatrywało.
Uniosła lampę z krawędzi chan i postawiła ją wewnątrz kredowego prostokąta, na cegle, między nimi.

„Anwar Saif." Jej głos był głosem, którego używała w pracy — równym, jakby nie całkiem jej. Do imienia przywiązana była pamięć ciała: siedem uderzeń odliczanych przez herolda, potem wąska, zimna dłoń jakiegoś mężczyzny przykładana do jej boku pod słońcem, które było białe. Odłożyła wspomnienie tam, gdzie je trzymała. „Śpi w trzeciej komnacie od wschodnich schodów. Żona w sąsiednim pokoju. Dwóch strażników przy wejściu do korytarza. Przechodzisz przez ścianę. Nie zostawiasz śladów."
„Przez ścianę" — powiedział. „Nie przez drzwi."
„Jak mówisz."
Trzymała go wzrokiem przez linię kredy między nimi. „Nie budzi się. A potem wracasz tutaj."
Skinął głową raz, a złoto przy jego gardle rozjaśniło się o odcień. „Wraca tam, gdzie jest związany."
Uklękła wewnątrz kredowego prostokąta, na indygowej cegle, gdzie chłód podłogi przy lewym kolanie zderzał się z ciepłem bijącym od niego jako różnica wzdłuż jej prawego uda. Nie zdjęła jeszcze tuniki. Zrobiła to tak, jak żołnierz łamie pieczęć na depeszy — funkcja, żadnego teatru. Własne dłonie zaskoczyły ją spokojem.
Zszedł do niej. Nie było w tym nic dworskiego. Przestrzeń, którą zajmował przy chan, porzucił w dwóch długich krokach i osiadł na cegle na kolanach, o długość ramienia od niej, i patrzył na nią tak, jak patrzył być może na lampę, zanim go do niej zamknięto — spojrzeniem mężczyzny rozważającego instrument, którego dawno nie trzymał w dłoniach i który będzie musiał sobie przypomnieć.
Pierwszy kontakt był dłonią na jej karku. Gorącą — gorącą bardziej, niż skóra miała prawo być, gorącą bardziej niż metal pod jej dłonią godzinę temu. Runy wzdłuż jego przedramienia kładły złoto na wewnętrzną stronę jej prawego nadgarstka, a sigil tam się ocieplił w odpowiedzi, jak zamek przyjmujący klucz.
Zamek. Klucz. Jej własne słowa, przydatne, suche. Zatrzymała je.
Położył ją na cegle.
Chłód podłogi pod jej łopatkami i ciepło nad nią czyniły z jej ciała dwie warstwy, dwa odczyty, dwie równoległe linie w księdze rachunkowej. Nie spieszył się. Ściągał resztę tuniki jak opatrunek z rany — powoli, za brzeg. Jego usta dotknęły jej ramienia, zanim dosięgnął jej ciężarem. Usta też były gorące, a gorąco tam było czymś, co usta w sobie nosiły, nie czymś, co robiło powietrze, i zarejestrowała tę różnicę, dopóki jej ciało jeszcze pozwalało na rejestrację czegokolwiek.
Przy drugim dotyku przestała być zdolna do rejestracji.
Jej ciało było użyteczną maszyną przez trzydzieści lat. Nosiło ją po murach i po linach; przyjęło siedem uderzeń batem na publicznym placu i nie krzyknęło; szło z krwawieniem przez dwa dni solną drogą. Wiele jej było winne. Nie rozumiała, ile z tego, co jej było winne, opierało się na porozumieniu, dopóki porozumienie nie pękło — między ciepłem jego dłoni na jej biodrze a ugięciem jej własnego mięśnia — i jej gardło wydało z siebie mały, nieusankcjonowany dźwięk, którego nie autoryzowała.
Kolejny autoryzowała. Niech koszt zarejestruje się tam, gdzie working zamierza, a nie w miejscu, którego żadne z was by nie chciało. Tak mniej więcej powiedział. Ugięła kolano i wpuściła go, a jej dłoń powędrowała w ciemną długość warkocza, którego nie rozplecionoego, i pociągnęła.

Zatrzymał się na chwilę. Pozwolił jej zobaczyć, że to zrobiła. Potem szedł dalej.
Nie było w tym, co robił, niczego niezmierzonego. Nie było w tym, co robił, niczego, co nie byłoby workingiem samym w sobie. Płaszczyzna jego dłoni przesuwała się po jej żebrach, lecz nie po winoroślach — omijał winoroślę, zimną strefę jej lewego boku, tak jak omija się ranę — a jego druga ręka wsunęła się pod jej ramię i pod jej włosy, i trzymała jej głowę nad cegłą. Jego usta miały robotę. Runy kładły złoto wzdłuż jej mostka i wewnętrznej krzywizny uda, a sigil na jej prawym nadgarstku zaczął ciągnąć, zaczął zbierać to, co budował, przyciąganie wzdłuż kości, które nie było nieprzyjemne i które — musiała przyznać później — jej ciało nie interpretowało jako koszt.
Jej biodra poruszyły się, zanim ich o to poprosiła.
Straciła pokój w dłuższej fali niż pierwsza. Gdy ta przyszła, była gdzieś pod własną skórą, i słyszała, z oddalenia, jak sigil śpiewa — śpiewa, to było właściwe słowo — i poczuła, jak złoto na jego przedramionach odpowiada mu, rozjaśnienie, które szło przez niego i przez nią na zewnątrz i z powrotem, zamknięty obwód, utrzymany ładunek.
Woda w drugim chan zawrzała.
Zawrzała jednym ruchem, powierzchnia skoczyła do wieka pary, miedź gdzieś pękła w starych złączach, a para poszła w górę i uderzyła w spodnią stronę kraty nad schodami, i wróciła w dół w kroplach, które spadły na jej kostkę, na jego plecy, na kredowe linie, które były planem skrzydła pałacu, gdzie pewien mężczyzna spał, a teraz już nie.
Runy przygasły. Sigil przygasł. Wciągnął oddech tak, jak wciągał oddech rano — nie dlatego, że ciało go potrzebowało.
Poczekał chwilę. Potem zsunął się z niej.
Leżała na cegle.
Chłód wrócił na lewą stronę jej ciała jak odpływający i znów przypływający przypływ, a winorośl, gdy przyłożyła dłoń, by ją znaleźć, była wyżej niż wtedy, gdy się kładła. Pół palca. Może więcej. Koszt nie goił się. Koszt robił coś odwrotnego.
Zebrała tunikę z miejsca, gdzie ją złożył, i włożyła ją. Jej ramiona pracowały. Jej nogi pracowały. Wstała.
Podeszła do luźnej cegły przy kracie i wyciągnęła odłamek lustra, przechylając go w stronę szarości tej pory, która nie była jeszcze ranem. Światło w piwnicy miało taki kolor jak tej nocy, gdy otwierała lampę, a indygo pochłaniało je i nic nie oddawało.
Patrzyła. Wić posunęła się naprzód. Tego się spodziewała. Wiedziała, że tak będzie. Nie wiedziała, co zobaczy przy lewej skroni, gdzie jej włosy, rozpuszczone teraz na ramionach, rozdzielały się nad kością.
Jeden siwy kosmyk.
Przyłożyła do niego palec. Włos nie był inny w dotyku. Po prostu zmienił kolor na kość — jeden kosmyk, nie grubszy od nitki, leżący wśród czerni. Wysunęła go ku światłu. Nie było w nim nic złego poza tym, co mówił jego kolor.
Stał za nią. Niedaleko. Wstał i przeszedł przez izbę bez jednego dźwięku, i teraz stał przy jej ramieniu tak jak stał przy chan rano — na długość ramienia, a jego żar kładł swą różnicę na karku jej szyi.
Nie odwróciła się. Odłamek trzymał ich oboje: jej lewą skroń, jej lewy bok, jej prawe nadgarstek z przygaszonym, zdyscyplinowanym złotem, a za nią jego ramię i jego gardło z runami złotymi, stygającymi ku barwie, jaką metal miał przed working.
Jego twarz była w odłamku. Nie umiała jej odczytać. Odczytywała twarze mężczyzn z zawodu, a jego twarz nie chciała nic dać. Runy na jego gardle też milczały. Usta miał zamknięte. Patrzył na siwy kosmyk przy jej skroni, nie na jej oczy w szkle.
— Myślisz — powiedział cicho — że zapłaciłaś za working.
— Czyż nie.
— Ten, którego uwolniłaś, powie ci, za co zapłaciłaś. Zapłaciłaś za to, by working nie urwał się przed końcem. Każdy rok, który dajesz, nie odchodzi w nicość. Zostaje w kręgu. Ten, którego uwolniłaś — pozostaje.
Trzymała kosmyk między palcami.
Słyszała protokół. Słyszała magię, która potrzebuje czasu tak jak ogień potrzebuje drewna, która dogasa bez niego; słyszała contract, który żąda ceny za własną spójność; słyszała kształt wyjaśnienia, jakie jej składał, zgrabny i suchy, i użyteczny.
Słyszała pod nim inny kształt, którego nie umiała jeszcze wyciągnąć na światło.
Nie odwracał wzroku od kosmyka.
Puściła go. Zwinął się z powrotem wśród czerni i leżał tam jak nić wpracowana w splot, której nie można było wypracować z powrotem.
W odłamku spotkała własne oczy, a za nimi jego oczy, i nie wiedziała — i właśnie to zapamiętała później jako najgorsze, bo myślała, że siebie zna w tej kwestii, a teraz musiała dołączyć to do rachunku rzeczy, których nie znała — czy to, co powiedział, było groźbą, czy obietnicą, czy jedyną szczerą rzeczą, jaką ktokolwiek z nich powiedział jej od chwili, gdy lampa się otworzyła.
Piwnica trwała w ciszy. Woda w drugim chan powoli zaczęła się uspokajać.
