TaleSpace

Rozdział 2

Lampa leżała na krawędzi chan tam, gdzie ją zostawiła. On stał przy drugim chan, z dłonią płasko opartą o jego brzeg, a miedź pod jego ręką była nakrapiana kolorem skórki chleba — ciemniejsze brązowe plamy w miejscach, gdzie metal przeszedł przez żar, którego nigdy nie był w stanie wytrzymać. Przez całą noc, więc. Stał tam przez całą noc.

Spała oparcia o ścianę. Nóż wciąż tkwił w jej prawej dłoni. Światło w piwnicy miało blady szary odcień poranka, który jeszcze nie podjął decyzji co do siebie — sączyło się przez popękaną kratę nad schodami.

Nie ruszyła się. Katalogowała.

Wić przekroczyła dolne żebro. Odczytała to bez dotykania — jej zimno leżało jak mokre płótno po wewnętrznej stronie lewego boku, pół palca wyżej niż wczorajszy pomiar. Prawy nadgarstek ogrzał się, gdy otworzyła dłoń: złoto wsiąkło w skórę pod skórzaną opaską, przygaszone w tym świetle, jakby tkwiło tam dłużej niż jedną noc.

Dwie pieczęcie. Obie ciche. Obie działające.

Nie odwrócił się. — Woda w tym naczyniu — słowo wróciło lekko nie na miejscu, tak jak stary metal brzmi w pomieszczeniu, do którego nie należy — była ciepła godzinę temu. Ten, którego uwolniłaś, zastanawiał się, czy ci to powiedzieć, czy też pozwolić ci samej to odkryć.

Lampa wypuściła mężczyznę, który opowiadał o sobie w trzeciej osobie. Słyszała, jak starsi mężczyźni robili to na dworze — sędziowie, czasem, ci, którym podobało się mylić siebie z instytucjami — ale on nie udawał. Mówił o sobie tak, jak mówi się o meblach. Ten, którego uwolniłaś. Nie ja. Ani razu.

Odnotowała to. Usiadła.

— Odejdź od naczynia.

Odszedł. Nie daleko. Dwa kroki, nie więcej, w środek pokoju, gdzie nie można było dosięgnąć lampy bez przejścia obok niego.

— Czego chcesz.

— Chce tego, czego się chce, gdy spędza się tysiąc lat w małym brązowym pokoju. — Pauza. — Ale sprawa, o którą zamierzasz zapytać, to sprawa pieczęci na twoim nadgarstku, i ta — ta ma warunki.

— Warunki.

— Za każde working, którego od niego zażądasz, on zażąda od ciebie w zamian. Obecność między jego ciałem a twoim. Miara lat odjęta od twojego rachunku. Im większe working, tym większy koszt po obu stronach.

— Ile.

— Za małe working — rok. Za większe — pięć. Dziesięć. Ciało zna cenę po swoim płonięciu.

— Lata z mojego życia.

— Z rachunku ciała, tak.

— I ostatnie working. Cokolwiek rozumiesz przez coronation.

Wziął oddech, który nie był mu do końca potrzebny. Runy na jego gardle rozjaśniły się o pół tonu i przygasły, tak jak oddech zaparowuje szkło i opada.

— Tamtego working nie mierzy się w pojedynczych latach. Ten, którego uwolniłaś, nie będzie o tym teraz mówił.

— W takim razie nie mówimy o tym.

— Jak mówisz.

Wstała powoli, dłonią opartą o ścianę dla równowagi. Chan był w zasięgu ręki. Nie sięgnęła po niego. Podeszła zamiast tego do luźnej cegły, gdzie leżał odłamek lustra, wyjęła go i oparła o ścianę pod kratą, tam gdzie wpadało poranne światło. Patrzył, jak to robi, i pozwolił jej zobaczyć, że patrzy.

— Skąd znasz moje imię.

— Naczynie słuchało.

— Brąz nie słucha.

— Ten brąz słuchał. Przez szesnaście lat stał na półce, a przez szesnaście lat rejestrator trzy drzwi dalej odczytywał na głos listy prowadzone przez biuro Master of Houses — urodzenia, zgony, przeprowadzki, konfiskaty. Listy były dokładne. Biuro nie wiedziało, że to, co trzyma na półce, nie śpi. Yara Vehr figurowała na listach więcej niż raz. Podobnie jak brat.

Powiedział brat tak, jak inny mężczyzna powiedziałby paczka. Nie dała mu satysfakcji zmiany wyrazu twarzy. Miała rok wprawy w tej sztuce. Przechyliła odłamek, aż lewa strona jej sylwetki ukazała się pod uniesionym rąbkiem tuniki, i odczytała wić tam, gdzie teraz stała.

Palec wyżej. Zgodnie z zapowiedzią.

„Widzisz to." Nie pytanie.

„Widzi."

Opuściła rąbek odrobinę, żeby sprawdzić, co zrobią jego oczy. Nie poszły za tkaniną. Zostały tam, gdzie kończyła się wić.

„Możesz to zdjąć."

„Nie może."

„Nie kłam mi."

„Nie ma powodu. Pieczęć na twoim boku to binder seal, tego rodzaju, jaki Hassan ibn Mahir rozsławił, a viziérowie tego domu przechowywali w żywej pamięci. Jest związana z oddechem tego, dla kogo ją nałożono. Jeśli ten, dla kogo ją nałożono, przestanie oddychać — pieczęć odejdzie razem z nim. Jeśli wyznaczona godzina nadejdzie, a on oddycha — ty pójdziesz w przeciwnym kierunku. Nie ma trzeciej drogi, o której ten, którego uwolniłaś, by wiedział."

Opuściła tunikę. Odłożyła odłamek za cegłę. Nie spieszyła się.

„W takim razie rozumiesz kalendarz."

Runy wzdłuż jego obojczyka rozjarzyły się najlżej, drgnięciem, które nie było ani zgodą, ani odmową. Powietrze przy jego ramionach poruszyło się.

„Dwadzieścia siedem dni."

Pochylił głowę o jeden stopień. Nic więcej.

„Jesteś z tego zadowolony."

„Jest — oszczędny w tym względzie."

Odwróciła się i po raz pierwszy od wstania spojrzała na niego wprost. Nie ruszył się ze środka pokoju. Runy kładły chłodne złoto na indygowych ścianach. Powietrze przy jego ramionach poruszało się tak, jak porusza się powietrze nad rozgrzanym kamieniem godzinę po tym, jak ogień wygasł — za słabo, żeby poczuć ze swojego miejsca, wystarczająco, żeby widzieć, gdy pozwoliła oczom stracić ostrość. Jego spojrzenie powędrowało na chwilę ku jej włosom, ku złotym nitkom wplecionym w małe warkocze przy karku, i wróciło.

„Słuchaj."

„Słucha."

„Będzie lista. Będziesz pracować według listy. Nie będziesz improwizować. Nie przyjmiesz żadnej postaci, o którą nie poprosiłam. Nie dotkniesz żadnej osoby, której nie wymieniłam. Nie wymówisz żadnego imienia nikomu poza mną. Jeśli working będzie wymagał formy, której nie chcę — wybierzesz taką, którą zaakceptuję, i zrobisz to bez zbędnych ceregieli. Nie będziesz marnować mojego odliczania na popisy."

„A lista."

„Poznasz ją, gdy ci ją odczytam. Pierwsze imię tej nocy to ten, którego ręka napisała to, co mam na boku."

Zamilkł. Runy rozjaśniły się odrobinę i trwały.

„Anwar Saif."

„Tak."

„To jest — sprawne."

„Nie prawuj mi komplementów" — powiedziała. — „Nie jesteśmy przyjaciółmi."

„Jak sobie życzysz."

„Trzy noce, mówiłeś."

„Trzy."

„Dlaczego trzy."

„Bo working, który przekracza mur i wartę, i odnajduje człowieka we własnym łożu bez pozostawienia śladu, potrzebuje księżyca pod określonym kątem; bo ciało tego, którego uwolniłaś, jest szczuplejsze, niż będzie po sezonie karmienia; i bo trzy to czas, jaki ten potrzebuje, żeby upewnić się co do ciebie."

„Upewnić się co do mnie."

„Że nie pękniesz mu w dłoni przy pierwszej próbie. Że potrafisz utrzymać working bez utraty pieczęci, którą nosisz. Że koszt zarejestruje się tam, gdzie working zamierzył, a nie w miejscu, którego żadne z was by nie pragnęło."

„To długi sposób na powiedzenie, że nie ufasz odliczaniu moich dni w zestawieniu z odliczaniem swojej siły."

„To to samo. Tylko że te dwa rachunki prowadzi się inaczej."

Przyglądała mu się. Pozwoliła milczeniu przeciągnąć się o kilka sekund za długo. Zauważyła, że on umiał je znosić. To było rzadkie. To też należało zapamiętać.

Wróciła do pierwszego chan. Stanęła przy jego krawędzi, naprzeciwko niego. Metal pod jej dłonią był ciepły — jego pozostałość, przeniesiona przez brąz, powoli torująca sobie drogę przez miedź ku jej skórze jak pogłoska o zmianie pogody. Wcisnęła palce w to ciepło i pozwoliła im spocząć.

„Dobrze."

Uniosła prawe nadgarstę ku światłu sączącemu się przez kratę. Kciukiem zsunęła skórzaną obmotkę. Złoto spoczywało na wewnętrznej stronie skóry w dyscyplinie koncentrycznych pierścieni, pismo wzdłuż zewnętrznego kręgu ciemniejsze od reszty, jakby atrament nie zdążył jeszcze wyschnąć. Uniosła nadgarstek i obróciła go, żeby mógł zobaczyć to, co już widział.

To była jej odpowiedź. Nie miała zamiaru mówić mu tak — nigdy, w żadnym pomieszczeniu. Nadgarstek był odpowiedzią.

Skłonił głowę. Nie ukłon. Ruch szyi człowieka, który zaznacza, że coś zostało powiedziane właściwie.

„Zatem za trzy noce." Głos mu opadł; runy na gardle przybrały odcień cieplejszy, a ciepło przy krawędzi miedzi pod jej palcami przekroczyło granicę między ukojeniem a rodzajem żaru, który zaczął czegoś żądać od skóry. Zabrała rękę z metalu.

„Trzy noce. Anwar Saif."

„Trzy noce. Anwar Saif" — powiedział.

Urwała spojrzenie. Podeszła do drugiego chan — tego, przy którym stał — i zanurzyła obie dłonie w zimnej wodzie w środku. Woda zaparowała w chłodzie piwnicy. Para wzniosła się między nimi powolną zasłoną.

Patrzyła na niego przez nią. On patrzył w odpowiedzi. Runy kładły złoto na parę i czyniły z niej kurtynę, która kurtyna nie była, bo oboje widzieli przez nią wprost.

„Herbatę wystudzi" — powiedziała.

„On nic na to nie poradzi."

„Niech się stara."

Nie spojrzała na niego, dopóki para nie przerzedła. Wtedy odsunął się już pod ścianę, a drugi chan, powoli, zaczynał oddawać ciepło z powrotem izbie.

Miała trzy noce.

Save your place — and your collection

Enter your email to keep your reading progress and add this book to your library 👇

4.9 od 5 700+ czytelników

Why do we ask for email?

  • We save your reading progress across devices
  • We'll resend your link if you ever lose it
  • New romance novels every week

We never spam — you can remove your email anytime.

Masz już konto? Zaloguj się