TaleSpace

Rozdział 2

Wschodnie okno utrzymało szarość do pół ósmej, a Mark był już na nogach od godziny. Słuchał, jak rury cichną w chłodzie, i jak z pokoju dwie drzwi dalej — czyli od Natalie — nie dobiega żaden dźwięk; albo więc pomieszczenie stało puste, albo zajmowała je kobieta, która bardzo dobrze potrafiła nie spać w milczeniu.

Wstał. Wciągnął dżinsy i sweter, które miał na sobie dzień wcześniej, bo torba wciąż leżała w połowie spakowana, a w pokoju było zbyt zimno na cokolwiek poza tym, co akurat pod ręką. Łóżko stało wysokie i stare, materac przyjął kształt jego ciała tylko wzdłuż krawędzi, gdzie usiadł raz wczoraj wieczorem i raz dzisiaj rano, i spał właśnie przy tej krawędzi.

Korytarz za jego drzwiami był jaśniejszy niż pokój. Wschodnie okno na szczycie schodów rzucało długi szary prostokąt na wykładzinę podestu. Zszedł na dół. Drzwi gabinetu były zamknięte. Jej drzwi były zamknięte. Ostrożnie domknął własne za sobą, bo dom niósł dźwięk tak, jak to robiły stare domy — w długich liniach, przewidywalnie jak instalacja wodna.

Południowa kuchnia była ciepła, zanim do niej dotarł. Aga była zapalona albo pozostawiona zapalona przez noc, i ciepło dotarło do korytarza przed nim. Pchnął drzwi.

Ona siedziała przy stole.

Miała kubek w jednej ręce, a przed nią na blacie rozłożona była długa, wydrukowana inwentarz z biura Cargilla, przytrzymana w rogach puszka na herbatę i solniczka. Ołówek spoczywał w jej prawej dłoni. Miała na sobie gruby szary sweter na ciemniejszy pod spodem, i szal, i taki rodzaj bezruchu, który sprawiał, że podnosiła głowę dopiero wtedy, gdy była na to gotowa.

— Dzień dobry — rzucił.

— Woda w czajniku jest gorąca.

— Dzięki.

Czajnik był nowy, elektryczny, co go zaskoczyło; spodziewał się, że pomieszczenie utrzymało się w roku 1962, jak reszta domu. Zaparzacz, którego użyła, trzymał fusy już wystygłe. Wysypał je, przepłukał szklany pojemnik w zlewie, znalazł puszkę z napisem COFFEE pismem, które było prawdopodobnie Cargilla, i zrobił własną kawę.

Pozwoliła mu pracować w milczeniu. Ołówek stuknął raz o inwentarz i zamarł.

— Wschodnie skrzydło jest twoje — powiedziała. — Gabinet, duża biblioteka. Ja będę najpierw przy biurku.

— W porządku.

— Mała biblioteka jest na tym końcu na parterze. Jest tam biurko pod oknem, które znosi laptop bez narzekania. Nie byłam w środku.

— Tam się urządzę.

— Zachodnie skrzydło dla pokoi archiwalnych. Dwa są użyteczne. Pozostałe dwa są wilgotne.

— Zanotowane.

— Południowa kuchnia taka, jaka jest. Obiad, jak przyjdzie.

— Jasne.

Zrobiła znak na inwentarzu i wygładziła róg strony, który chciał się zwinąć.

Zaniósł kawę do stołu i usiadł naprzeciwko niej, zostawiając między nimi długość ramienia blatu. Ona przewróciła stronę. Ołówek zatrzymał się na linijce, która głosiła stolik okazyjonalny, orzech, zachodni salon, patrz plan IV.

— Trzy tygodnie — powiedziała.

— Trzy tygodnie.

— To cztery, jeśli być uczciwym samym tylko wobec biurka.

— W takim razie cztery.

Rzuciła mu spojrzenie, które nie było do końca spojrzeniem. Niosło w sobie odrobinę profesjonalnej suchości, którą pamiętał, i skierowane było w stronę strony. — Cargill mówi trzy.

— Cargill mówi wiele rzeczy.

— Dobrze zaopatruje kuchnię, na jego korzyść.

Przewróciła kolejną stronę. On pił kawę i obserwował, jak okno kuchenne rozjaśnia się powoli. Szyba miała długi pęk kondensacji wzdłuż dolnej krawędzi. Wiatr trzymał północno-wschodni przez całą noc i słyszał go tam, gdzie napierał na róg południowej ściany.

— Pudełka, których szukasz, są w pokoju B zachodniego skrzydła — powiedziała. — Cargill je oznaczył. Światło działa. Okno nie zamyka się do końca.

— Przeniosę je bliżej drzwi.

— Tak bym zrobiła.

Odsunął się od stołu. Zabrał kubek, umył go w zlewie, bo matka nauczyła go zostawiać kuchnię taką, jaką zastał, i wyszedł przez południowy korytarz do zachodniego skrzydła.

Zachodnie skrzydło było zimniejsze. Korytarz pachniał starym papierem i wilgotnym kamieniem oraz mineralną nutą miejsca, w którym żaden ogień nie płonął w żadnym z pomieszczeń przez sześć miesięcy. Górne światło w room B działało. Okno wypuszczało przeciąg w rogu — Mark poczuł go na karku, zanim przeszedł na drugą stronę. Trzy pudełka stały na środku na palecie z desek, żeby nie dotykały łupek. Odręczne pismo Drummonda na pokrywach: POLITICAL CORRESPONDENCE, XX C., volumes I, II, III.

Przeniósł je jedno po drugim. Każde pudełko ważyło mniej, niż się spodziewał, co oznaczało, że papier w środku był lżejszy, niż przypuszczał, co z kolei oznaczało, że Drummond sam przeprowadził selekcję korespondencji na przestrzeni lat i to, co tu zostało, było rzeczą skuratowaną, a nie surową. Wybrał dłuższą drogę powrotną, przez południowy korytarz i przez pierwsze piętro wschodniego skrzydła, bo bezpośrednia trasa prowadziłaby obok kuchni Natalie, a on zgodził się — nie mówiąc tego głośno — na pewien dystans, który zamierzał utrzymać przynajmniej przez drugą godzinę.

Small library przy wschodnim krańcu parteru miała biurko pod oknem, tak jak powiedziała, perski dywan przetarty na wylot do płótna przy jednej krawędzi, dwa fotele zwrócone w stronę zimnego kominka oraz trzy ściany książek na półkach wtopionych w boazerię. Czwarta ściana mieściła szafkę z przeszklonym frontem z mapami. Ustawił pudełka na podłodze przy biurku, otworzył laptopa, otworzył notes na czystej stronie, wpisał datę i napisał na górze strony: Drummond, korespondencja polityczna, wstępna.

Kciuk znalazł wewnętrzną stronę lewego nadgarstka, gdy czytał pierwszą stronę indeksu Drummonda, który Drummond sam wystukał na maszynie i który zaczynał się od Volume I: Sir Henry —— , nazwisko zamazane w pewnym momencie i zastąpione atramentem pojedynczą literą. Mark przewrócił stronę.

Przejrzał Box I.

Drummond ułożył dokumenty chronologicznie. Najwcześniejszy list pochodził z 1958 roku, najpóźniejszy z 1991. Pierwszy korespondent był laburzystowskim posłem z okręgu Glasgow przez lata sześćdziesiąte; Mark rozpoznał nazwisko na drugim liście i postanowił nie myśleć o tym rozpoznaniu. Listy były maszynopisami, na papierze House of Commons w przypadku wcześniejszych i na zwykłym bondzie w przypadku późniejszych, a kopie Drummonda jego własnych odpowiedzi były na kremowym papierze laid, który Mark już rozpoznał w liście do Élise. Ten sam dostawca. Ta sama ręka. Mężczyzna, który w 1962 roku kupił papier na zapas i został przy nim przez pięćdziesiąt lat.

W połowie poranka wstał, żeby się rozciągnąć. Zabrał kubek do kuchni i go umył. Natalie już nie siedziała przy stole. Inwentarz był zwinięty i stał oparty o solniczkę. Aga została dokarmiona; czuł ciepło na twarzy, gdy mijał ją. W drodze powrotnej trzymał wzrok na podłodze, bo drzwi gabinetu były na szczycie schodów, a on zgodził się sam ze sobą, w milczącym kontrakcie, który zawarł z sobą, chodzić wschodnim skrzydłem bez podnoszenia głowy, dopóki nie znajdzie się z powrotem za drzwiami small library.

W Box II znalazł jeden list, który zatrzymał go dłużej niż pozostałe.

Był z lipca 1966, od tego samego posła, trzy linijki na czystym papierze. Hector — myślałem o tym, co mówiłeś o przyjacielu, o którym wspomniałeś. Nie ma na to dobrej odpowiedzi. Powiem tylko, że czas na powiedzenie tego nie jest później, w moim doświadczeniu, ale wcześniej, niż się wydaje. Yrs, P.

Przeczytał go dwa razy. Włożył do bezkwasowej koperty i zrobił notatkę na swojej stronie: Box II, lipiec 1966, trzy linijki, rejestr językowy osobisty, nie polityczny. Odesłać do listów Drummonda do P, ten sam okres.

Oparł się o oparcie krzesła i spojrzał na kopertę. Fraza czas na powiedzenie tego nie jest później należała do innej kategorii niż ta, a Drummond i tak ją tu zarchiwizował. Mark odłożył kopertę i postanowił, na razie, pozostawić to pytanie otwarte.

Słuchał domu, nie mając tego zamiaru. Umiał ją zlokalizować po dźwiękach niosących się korytarzem east wing: czajnik w kuchni o dwadzieścia po dziesiątej; zatrzask drzwi gabinetu o jedenastej; ciche szuranie drewnianej szuflady o dwadzieścia po jedenastej, co oznaczało drugą z dwunastu szuflad w biurku Drummonda. Odłożył pudełko II i otworzył trzecie, to z oznaczeniem III na pokrywce ołówkiem, i w tym samym momencie usłyszał, jak przechodzi korytarzem za jego drzwiami.

Szła obok otwartej biblioteki w drodze skądś donikąd. Miała w ręku teczkę. Nie zajrzała do środka. Widział linię jej ramienia pod grubym szarym swetrem i miejsce na szyi, gdzie szalik się poluzował, i ten mały, powtarzalny gest osoby niosącej coś, co zamierza zatrzymać. Przeszła.

Jego ręka ruszyła w stronę notatnika, zanim cokolwiek postanowił.

Długopis dotknął kartki, kiedy przytrzymał rękę. Odciągnął ją z powrotem. Na początku niewypisanej linii został mały ciemny punkcik, który rozpocząłby się, wiedział to, od jednego z dwóch słów o tym, jak niosła teczkę — jej ramię pod swetrem, małe dopasowanie przy szyi. Popatrzył na kropkę. Zamknął notatnik na niej i siedział z ręką na okładce.

Wypuścił powietrze.

Otworzył znowu notatnik, przekreślił kropkę dwoma ostrożnymi ruchami długopisu i napisał pod spodem: Pudełko III jeszcze nie otwarte. Powrót po południu.

Pracował przez popołudnie.sfotografował list z lipca 1966 na wypadek, gdyby oryginał zgubił się gdzieś między nim a Londynem, i postawił aparat na pokrywce pudełka, bo biurko było teraz zasłane jego notatkami. Drzwi gabinetu otwierały się i zamykały dwa razy. Kaloryfer gdzieś w east wing strzelił raz i cyknął.

O szesnastej światło przez okno zniknęło. Wstał i zapalił lampę na biurku. Włożył list z lipca 1966 w koszulkę i jeszcze dwa, które trzymały go mniej, ale do których chciał, na swój powolny sposób, wrócić.

Zrobił sobie kanapkę w kuchni koło siódmej. Jadła wcześniej; widział to po wyczyszczonej desce do krojenia i jednym talerzu obróconym dnem do góry na suszarce. Jadł przy blacie stojąc, bo stół znów trzymał jej zwiniętą inwentaryzację, a nie widział powodu, żeby ją przesuwać. Wypił szklankę wody. Umył talerz.

Ósma zastała go z powrotem w małej bibliotece, żeby dokończyć oznaczanie dnia pracy.

O dziesiątej znów ją zobaczył w korytarzu.

Była na drugim końcu, przy drzwiach wychodzących na tylne schody, i trzymała kartonowe archiwalne pudełko oparte o biodro. Niosła je z west wing do gabinetu na górze. Zapakowała je sama. Przełożyła pudełko z biodra na obie ręce i szła dalej bez zwalniania. Stał w otwartych drzwiach małej biblioteki ze światłem lampy za plecami.

Mógłby przejść korytarz w pięciu krokach i zabrać jej pudełko. Profesjonalny argument za tym był cienki; nosiła pudełka o takiej wadze tysiąc razy w swoim życiu zawodowym. Osobisty argument był taki, że musiałaby przejść czterdzieści stóp mniej i że dwie ręce zamieniały osiemdziesiąt sekund pracy w trzydzieści.

Został, gdzie był.

Granica zawodowa, pomyślał. Fraza przybyła już ukształtowana, gotowa do przeczytania przez kogoś innego. Zostawił ją tam, wiedząc, że pokrywa tylko część tego, co trzymało go w progu.

Skręciła za róg w stronę tylnych schodów. Pudełko zniknęło z oczu. Usłyszał jej krok na drugim stopniu i na trzecim oraz małe przesunięcie ciężaru na półpiętrze. Potem cisza.

Wrócił do biurka.

Przeczytał notatki z całego dnia. Były tym, czym były: trzy strony uważnego dziennikarstwa, notatka o zamazanym nazwisku w indeksie Drummonda, notatka o liście z lipca 1966 i jego języku, notatka o Drummondzie i jego papierniku, którego odwiedzał od pięćdziesięciu lat, notatka o Box III, który otworzy z rana. W żadnej z nich nie było o niej. Dotrzymał strony umowy, którą oboje trzymali bez wypowiadania jej na głos.

Zamknął notatnik.

Siedział z dłonią na okładce.

Po chwili prawa ręka sunęła po okładce do miejsca, w którym palce mogłyby ją otworzyć. Przywrócił ją na miejsce. Okładka została zamknięta. To, co chciało zostać zapisane, miało związek z jej krokiem na drugim stopniu — niskim na pięcie, ułamkiem sekundy wolniejszym przy unoszeniu niż lewa noga, tym samym krokiem, który znał kiedyś, rozpoznawalnym w domu zbyt dla niej nowym, by mieć własny dźwięk.

Pozwolił myśli stać bez zapisywania jej.

Wyłączył lampę.

Rozdział 2 jest gotowy

Wpisz swój email, aby czytać dalej

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się