TaleSpace

Rozdział 3

Łódź przypłynęła o pierwszym świetle, a świt nadszedł późno. Brennan odczytał front znad zachodniego horyzontu o trzeciej nad ranem i przesunął rejs o dziewięćdziesiąt minut; stał przy kole w sztormiaku w kolorze mokrego kamienia, okno kajuty uchylone na szerokość dłoni dla żaru, który bił od jego ciała.

Mowbray szedł po deskach pomostu tak, jak chodzi prawnik, który wie, że poślizgnięcie się zniszczy skórę. Aktówka również nie została stworzona na taki dzień.

Nie wzięłam płaszcza. Wiatr znad Sound przenikał przez wełnę, jakby wełna była fałszywie reklamowana.

— Pani doktor.

Brennan mówił cicho; wiatr podnosił jego głos za niego. Poranek był czysto profesjonalny — dwie ostatnie uwagi Mowbraya o kancelarii, małe przekazanie manilowej koperty z kontraktem kontrasygnowanym przeze mnie — i teraz Brennan był ostatnim świadkiem mojego przybycia, i byłam zaskoczona, że to mnie obchodzi.

— Panie Brennan.

— Będzie pani chciała, żeby linia znów działała do wtorku. — Skinął głową na zachód, gdzie front spoczywał na wodzie w formie ławicy, która miała być nad nami w ciągu godziny. — Nie obiecuję. Odwracałem się w gorsze i wychodziłem w gorsze. Zależy od pani. — Skinął raz na morze. — Panie Mowbray.

Mowbray wszedł na łódź z ostrożnością właściwą jego zawodowi.

Zadałam pytanie, którego nie zamierzałam zadać. Wyszło z zimna i utraty ostatniego świadka. — Przywoził pan wielu ludzi na tę wyspę, panie Brennan?

— Dwanaście lat wartości. — Spojrzał na mnie wtedy, dokładnie, mała ostrożna ocena człowieka, który waży każdego, zanim przewiezie. — Głównie lekarzy, w ostatnim czasie. Pilnuję miejsca, pani doktor. Pan Blackwood mi płaci.

Słowa przeszły w wietrze i przeszły ponownie z opóźnieniem. Umieścił je wewnątrz rutyny swojej pracy, z akustyką rutyny, i pozwoliłam im spocząć tam, gdzie je położył.

Silnik zaskoczył. Dziób uniósł się. Mowbray był już przy relingu, już nie patrząc w tył. Łódź wykonała swój łuk i spotkała falę i zniknęła w mniej niż minutę za południowym cyplem, i byłam ostatnią osobą na pomście.

Edmund był w porannym pokoju z już nalaną herbatą.

— Proszę usiąść. Jest pani zmarznięta. Pembroke.

Przyszła z drugim kubkiem, zanim skończył wymawiać jej imię. Podał mi tost i wzięłam kawałek bez masła i obserwował, jak go biorę, z łagodną uwagą człowieka zadowolonego, że przewidział poprawnie. Przeszedł nad frontem. Nie skomentował Mowbraya. Poranek nie wymagał więcej pogody niż ta, która już była w pokoju.

— Chciałbym, żeby pani obejrzała Nathaniela przed lunchem. Miał gorszą noc.

— Mówił pan, że jego noce są stabilną cechą.

— Miał gorszą. Nie ma przepisu przeciw temu. — Jego uśmiech nie sięgnął zębów. — Dałem mu coś na uspokojenie, pół godziny temu. Hayes wypisał mi dawkę w zeszłym roku. Trzymam się zapisu.

Nazwał związek. Był to związek, który wiejski lekarz trzymałby na półce, i nie był to ani to, co dałabym Nathanielowi, ani to, co wyjaśniałoby człowieka, którego znalazłam w małym salonie dwadzieścia minut później.

Siedział tam, gdzie był. Jego głowę podtrzymywało skrzydło fotela. Lewa ręka spoczywała na kolanach w taki sposób, w jaki ręka spoczywa, gdy została położona tam przez kogoś, kto był gdzie indziej, zanim ona opadła. Źrenice śledziły, w pewnym sensie. Kadyencja zniknęła — staranne słownictwo wczorajszego klinicysty leżało płasko w jego ustach i nie chciało się podnieść.

— Panie Blackwood.

— Pani doktor.

To było zadanie linii. Jedno słowo.

Powiedział mi, w trzech krótkich zdaniach z wahaniem na łączeniu każdego, że noc była zła, a poranek gorszy, i że wziął to, co dał mu wuj, bo wuj przyniósł to na tacy ze szklanką wody i łagodną twarzą. Wahanie na każdym łączeniu było człowiekiem szukającym słowa, którego użył sto razy.

Następne zadanie z linią. Jego ręka przesunęła się ku stronie. Linia wyszła czysta i zakończyła się małym zjeżdżeniem na margines. spojrzał na ten zjazd i zdawał się go nie widzieć. Spojrzał na mnie i pojawiło się niechciane wrażenie, że patrzy przez pracę, którą mu zadałam, na rzecz, nad którą pracował sam.

Nie mogłam napisać tego, co bym napisała, bo Edmund stał w progu, a Pembroke przy stoliku nakrywała do drugiego serwisu, a wewnątrz progu stał mężczyzna, którego do tej chwili nie miałam imienia. Miał około czterdziestki, szeroki w barkach, ręce opuszczone wzdłuż tułowia. Iain Crewe — Edmund podał to tak, że nie brzmiało jak przedstawienie; Iain skinął głową i jego głowa pozostała pochylona o pół uderzenia serca dłużej niż wymagała uprzejmość.

Edmund wyszedł naprzód. — Doktor. Słowo.

Na korytarzu położył dłoń na moim przedramieniu — nie na ramieniu, niżej, bardziej praktycznie. — Nie proszę panią, żeby się to podobało. Proszę o pozwolenie. Spał dwie godziny; burza nie da mu ani chwili. Wolę go uśpionego na noc niż pozwolić, by spędził kolejne czterdzieści osiem godzin w stanie, o którym pisał Hayes.

— Mówił pan, że Hayes nie napisał nic alarmującego.

— Nie napisał nic alarmującego o diagnozie. O komforcie napisał całkiem sporo.

Nie spojrzał w dół na swoją dłoń na moim ramieniu. Ta dłoń była ciepła w sposób właściwy dłoniom mężczyzn, którzy dbają o temperaturę w swoich pokojach. Na mocy kontraktu, który Mowbray jeszcze nie zdążył zamknąć w aktówce, miałam prawo odnotować swój sprzeciw. Nie miałam prawa przełamać go w jego własnym domu, przy jego własnej służbie, w dniu, kiedy nadchodziła burza.

— Tylko na tę noc, Mr. Blackwood.

— Tylko na tę noc, Dr. Vale.

Zrobił krok w tył. Dłoń wróciła do niego bez ceremonii.

O drugiej wiatr minął ostrzeżenie i przeszedł do pracy. Drzwi oranżerii zostały przywiązane. Generator w piwnicy zmienił ton i poczułam jego wibrację przez podeszwy butów — zrytmizowane buczenie, światło tylko w głównych pokojach, korytarze przyciemnione do szczątkowej żółci utrzymanej na wypadek całkowitej awarii. Edmund chodził od pokoju do pokoju z Iainem u boku i odsyłał służbę do budynku stajennego parami. Robił to wesoło. Nie chciał ich pod głównym dachem, gdyby okno puściło, i powiedział to wprost, i mu wierzyłam.

Stoiałam na szczycie północnych schodów, gdy kuchnie pustoszały. Pembroke przeszła ostatnia. Zatrzymała się na drugim stopniu. Jej dłoń na poręczy była starą dłonią i znała tę poręcz. Rzekła, nie odwracając się: — Jest chleb w ciepłym piecu, doktor. Klucze są w szufladzie na lewo od zlewu. Piec nie wytrzyma po północy. Rozstawiłam lampy, które będzie pani potrzebować w dolnym holu. — Poszła dalej. Medalion pod jej kołnierzem poruszył się na bieli fartucha, a potem szarość jej wełnianego swetra przykryła go.

W ciągu kolejnych piętnastu minut korytarze północnego skrzydła opustoszały. Wiatr na zewnątrz przejął pracę służby, a pod głównym dachem zostały tylko szczątkowa żółć przyciemnionych lamp, grubość kamienia między pokojami i długie nawroty burzy o zachodnie okna.

Weszłam do swojego pokoju przed kolacją, bo powiedziałam Edmundowi, że się przezmienię, i powiedziałam sobie, że podniosę wczorajsze pół sekundy ze strony w szufladzie biurka i ulokuję je tam, gdzie dwa dni takich pół sekund mogły zacząć układać się w zdanie.

Korytarz był o stopień chłodniejszy niż w południe. Lampa na szczycie schodów dawała światło żółte, równe, niewystarczające.

Chodnik w moim pokoju został wyprostowany. Przesunął się pod moimi stopami, nie rejestrując się w świadomości — to drobnostka, którą Pembroke naprawiała na ostatnim okrążeniu przed wyjściem na kwatery, mała uwaga, która była kształtem jej troski.

To łóżko mnie zatrzymało.

Na białym podłużniku leżała mała ciemna rzecz, którą oko składało w całość przez kilka sekund. Zięba. Ptak wielkości kciuka dziecka. Szyja wygięta pod kątem, pod jakim szyje się nie wyginają. Oko wciąż jasne. Pod ptakiem złożona kartka, którą ciężar ptaka wgniótł w długi kres.

Ptak uniósł się z pościeli bez ciężaru, i jego nicość spadła mi na dłoń w sposób, który czułam przez nadgarstek.

Kartka, po otwarciu, głosiła ołówkiem: Zjedź z wyspy, póki jeszcze możesz.

Ołówek dociskał mocno. Ręka nie była ręką, którą kiedykolwiek widziałam. Wersaliki były wersalikami, jakie pisze mężczyzna, gdy próbuje nie pisać własnych liter.

Ptak spoczywał na jednej dłoni, kartka na drugiej. Ogień w kominku leżał zimny. Wiatr przesuwał się po wylocie komina z niskim ciągiem, który przeciągał przez przewód.

Za mną szafa wydała ciche przesuwne kliknięcie starych drzwi, które nie do końca się zamknęły.

Podeszłam do niej bez namysłu, bo kliknięcie było głośniejsze niż kliknięcie ma prawo być w pokoju, w którym skończyłam się przemieszczać.

Klamka odchyliła się o cal pod moją ręką i szafa podjęła decyzję za mnie.

Waga wewnątrz drzwi runęła na mnie, zanim zdążyłam ustawić stopy.

Opadł w poprzek mojego ramienia, w poprzek klatki piersiowej i na podłogę przede mną z powolną przyzwoitością mężczyzny, który został złożony do przechowania i przypomniał sobie — na krótko — że jest mężczyzną.

Uklękłam przy nim, bo alternatywą było pozwolić, by jego głowa uderzyła o deski.

Był zimny przy moim ramieniu — zimniejszy niż pokój, zimnem miejsca trzymanego celowo w chłodzie — a zapach nie był zapachem, jaki powinien wytworzyć tydzień. Gdzieś przebywał poza ciepłem aż do niedawna.

Jego twarz była twarzą, którą widziałam na kolorowej fotografii, na drugiej stronie cienkiej teczki. Henry Hayes, pięćdziesiąt siedem lat w ostatnie urodziny, z Glasgow. Teczka podawała jego wzrost i zawód oraz imiona dzieci, ale nie kolor po tygodniu. Kolor po tygodniu był kolorem miękkiego wosku pszczelego pozostawionego na parapecie bez słońca.

Kołnierz jego koszuli miał pojedynczą ciemną plamę przy gardle. Mankiet prawego rękawa był podwinięty. W zgięciu lewego łokcia widniał mały siniak wielkości mojego kciuka oraz bledszy środek siniaka, gdzie skóra została przebita i się zasklepiła.

Jego usta były trochę otwarte. Jego zęby były zębami żywego człowieka i miały takie zostać przez pewien czas. Na lewym nadgarstku widniał odcisk paska od zegarka, choć zegarka nie było.

Mój kardigan znalazł się pod jego głową, zanim zdecidowałam go tam położyć.

Wiatr w kominie przesunął się o oktawę wyżej.

Za mną, na korytarzu, drzwi mojego pokoju wydały dźwięk, który będę odtwarzać przez resztę życia i nigdy nie ustalę poprawnej kolejności. Zawias poruszył się przed zatrzaskiem, co jest złą kolejnością zamykania drzwi. Potem mały, suchy pocałunek drewna o ościeżnicę. Potem zamek — stary zamek północnego skrzydła, nie nowoczesny zamek, zamek na klucz z osiemnastych lat osiemdziesiątych XIX wieku, taki, jaki klinicysta obracał niegdyś na pacjentach w tym samym korytarzu — wszedł na miejsce z jedną małą pewnością.

Klęczałam z Henrym Hayesem na kolanach.

Kroki na korytarzu się nie spieszyły. Ruszyły z punktu przy drzwiach i nie wykonały żadnych z drobnych korekt, jakich dokonuje mężczyzna, który zrobił coś, co go zaskoczyło. Poszły w stronę, z której przyszły. Nie zbliżyły się do klamki. Nie zatrzymały przy następnych drzwiach. Kroki minęły główną klatkę schodową i zeszły w dół, a resztę stanowił wiatr.

Wstałam.

Kardigan geodził tam, gdzie był, bo jego głowa na nim spoczywała.

Lampa na biurku płonęła stabilnym, znudzonym żółtem, które nie dbało o mnie. Butelka fosfomolibdanu stała tam, gdzie ją postawiłam. Szuflada z wczorajszą pół-sekundą oka młodego mężczyzny na fiolce spoczywała pod woskiem biurka i nikomu nie służyła.

Nade mną — bezpośrednio nade mną, biorąc pod uwagę długość i przesunięcie, które poranek dnia wcześniej wpisał w moją mapę tego domu — Nathaniel spał snem, jaki dał mu jego stryj. Dom przenosił dźwięk przez belki północnego skrzydła; pierwszej nocy usłyszałam, jak krzesło przesuwa się w pokoju nad głową, i wiedziałam, że to krzesło. Teraz nie było nic, co mogłoby się przesunąć. Związek, który Edmund wymienił, przeprowadzi go przez burzę na jego własne życzenie. Gdyby zawołać — cztery razy ponad normę.

Położyłam rękę na drzwiach za plecami, bo drzwi za plecami były jedyną rzeczą w pokoju, która poruszyła się bez ciała, które by nią kierowało.

Drewno było ciepłe tam, gdzie stało ciało, które wyszło.

Spróbowałam klamki, raz, tak jak próbuje się rzeczy, o których nie chce się jeszcze wiedzieć, i zamek odpowiedział mi na własnych warunkach.

Generator dokonał drugiej korekty wieczorem, gdzieś w piwnicy. Lampa na biurku zawahała się w przeciągu, przygasła o połowę, utrzymała. Pokój nabrał koloru, jaki miał korytarz, gdy wchodziłam na górę: żółty, szczątkowy, niewystarczający. Na zewnątrz wiatr przeszedł o oktawę wyżej. Henry Hayes leżał na plecach u moich stóp z moim kardiganem pod głową.

Byłam jedyną osobą w północnym skrzydle zdolną do wołania o pomoc, i byłam wewnątrz jedynego pokoju, z którego wołanie nie usłyszeliby.

Your next chapters are free

Enter your email to unlock them.

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się