TaleSpace

Rozdział 3

Cisza nie była jedynie brakiem dźwięku. On jej używał. On posiadał światy; ona była służbą. On był człowiekiem na szczycie góry; ona — mrówką u jej podnóża.

Czterdzieści osiem godzin. Agencja windykacyjna tłukła w ścianki jej czaszki. Czy był z nimi jakoś powiązany? Czy skupował długi swoich pracowników, żeby trzymać ich w ryzach? A może ktoś widział, jak miesiąc temu wzięła rolkę papieru toaletowego, bo nie było jej stać na własny?

Czuła woń wybielacza unoszącą się z uniformu w czyste powietrze. On musiał ją czuć też.

W końcu się odwrócił.

Widziała jego zdjęcia setki razy. King of Evictions. Rekin w garniturze. Żadna fotografia nie uchwycila tego, co teraz. Był przystojny, ale to była twarda uroda — ostre kości policzkowe, prosty nos, ciężka szczęka. Zatrzymały ją oczy. Ciemne, niemal czarne, zimne do samego dna.

Nie patrzył na nią. Skanował ją. Wzrok zaczął od jej wyświechtanych botków, przesunął się w górę po wilgotnych szarych spodniach, zatrzymał na plamie po wybielaczu na udzie, powędrował ku zarumienionej twarzy i osiadł na kłębach włosów wymykających się spod siatki. Bez obrzydzenia. Bez zaskoczenia. Tylko kalkulacja — tak jak człowiek odczytuje cyfrę ze strony.

Twarz oblał jej wstyd, gorący jak ukrop. Chciała się skurczyć, zasłonić, zapaść się pod podłogę. Zmusiła się, żeby stać nieruchomo, i wbiła paznokcie w dłonie, aż żółte rękawiczki piszczały.

„Ms. Ivanova" — powiedział.

Jego głos nie był głośny, ale wypełnił pokój. Niski i spokojny, głos człowieka, który nigdy w życiu nie musiał go podnosić.

„Mr. Blackhall? Proszę pana?" Jej głos wyszedł jako spękany pisk. „Chciał mnie pan widzieć? Nie rozumiem."

„Nie rozumiesz." Zrobił powolny krok w stronę biurka — płyty z czarnego marmuru, na której nie leżało nic. „Ale zaraz zrozumiesz."

Zatrzymał się za nim, nie siadając, i postawił szklankę z cichym brzękiem.

„Wiem o twoich długach, Ms. Ivanova."

To uderzyło mocniej niż policzek. Zimno przeszło przez nią od razu, całą naraz.

„Słucham?"

„Dwadzieścia cztery tysiące siedemset dolarów dla Mount Sinai." Ton nie zmienił się ani na chwilę — człowiek odczytujący prognozę pogody. „Plus zaległy kredyt studencki: trzydzieści osiem tysięcy czterysta. Twoja zdolność kredytowa leży w gruzach." Uniósł z biurka pojedynczą kartkę, rzucił okiem, odłożył. „Urban Grind płaci ci trzy tysiące sto miesięcznie przed opodatkowaniem. Ten budynek płaci dwa tysiące czterysta. Razem jakieś pięć tysięcy pięćset na rękę. Czynsz za kawalerkę w Queens — dwa tysiące dwieście. Do tego pożyczki, metro, rachunki."

„Proszę przestać" — szepnęła.

Podniósł wzrok, ciemne oczy na jej oczach. „Prawie nie jesz. Widziałem rejestry stołówki. Nie kupiłaś żadnego posiłku od trzech tygodni."

Rozłożył jej życie na części i wyłożył kawałek po kawałku. To, jak się tu dostała, jej uniform, jej długi, nawet jej głód. Czuła się tak, jakby stała przed nim naga.

„Toniesz" — powiedział, jak gdyby stwierdzał fakt. „Liberty postawi cię przed sądem za" — spojrzał na zegarek — „czterdzieści sześć godzin. Kiedy tylko zajmą komorniczo twoją wypłatę, nie zapłacisz czynszu i wylądujemy na ulicy przed pierwszym śniegiem. Mylę się?"

Anya zacisnęła wargi w cienką białą kreskę. Pod strachem iskra gniewu zajęła się ogniem. Kim on był, żeby stać w swojej wieży i grzebać w jej życiu?

„Co" — powiedziała przez zaciśnięte zęby — „pana to obchodzi?"

„Bardzo mnie to obchodzi." Przechylił głowę lekko, zaintrygowany błyskiem złości. „Bo ja też mam problem."

Podszedł do okna i znów spojrzał w dal.

„Kryzys wizerunkowy. Nazywają mnie King of Evictions. Moi inwestorzy są nerwowi. Heritage Fund grozi wycofaniem się z mojej najnowszej transakcji — Oasis Project. Jeśli się wycofają, stracę miliardy."

Patrzyła na jego plecy. Czy miliarder naprawdę żalił się sprzątaczce?

„Potrzebuję twarzy" — powiedział, odwracając się. „Potrzebuję, żeby świat uwierzył, że mam serce, że jestem zdolny do bliskości. Do tego potrzebuję odpowiedniej partnerki. Kogoś prostego, biednego i zdesperowanego. Bez znajomości, bez skandali, bez wyboru."

Zmrużył oczy.

„Tą osobą jesteś ty, Ms. Ivanova. Moi ludzie sprawdzili pięćdziesiąt kobiet. Tylko ty pasujesz. Wystarczająco zdesperowana, żeby powiedzieć tak, i — sądząc po twoich ocenach — wystarczająco inteligentna, żeby rozumieć warunki."

Pokój się zachwiał. „Nie rozumiem — co pan ma na myśli?"

Podniósł cienką niebieską teczkę i przesunął ją po marmurze. Zatrzymała się tuż przed nią.

„W środku jest kontrakt" — powiedział. „Proponuję ci dziesięć milionów dolarów."

Zamarła. Dziesięć milionów.

Spojrzała z teczki na jego nieruchomą, przystojną twarz. Żart. Okrutny. Lada chwila z ścian wysuną się kamery i wyrzuci ją za drzwi.

„To nie jest śmieszne" — powiedziała, cofając się w stronę drzwi, ręka szukała klamki, której tam nie było.

„Nie żartuję. Dziesięć milionów, przelew na dowolne konto, które wskaże. Twoje długi uregulowane. Pełna wolność finansowa. W zamian za jeden rok twojego życia."

Krew odpłynęła jej z twarzy. Jeden rok. Dziesięć milionów. Wystarczająco, żeby uratować ją dziesięciokrotnie.

„Co" — wydusiła, już bojąc się odpowiedzi, bojąc się jej bardziej niż windykatorów — „co musiałabym zrobić?"

Damian Blackhall się uśmiechnął. To nie był uśmiech.

„Zostaniesz moją żoną."

It's just getting good…

Enter your email to see what happens next.

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się