Schody wznoszą się jeden raz i kończą przy drzwiach bez klamki.
Mężczyzna za mną zrobił to tysiąc razy i nie śpieszy się. Kładzie piętę dłoni płasko na panelu tam, gdzie powinna być klamka, i zamek go rozpoznaje tak samo jak przy niższych drzwiach — po tej części niego, której nie da się odciąć i użyć kto inny.
Pokój po drugiej stronie jest wystarczająco duży, by okazać się okrutny.
Ciemny orzech na każdej powierzchni, która przyjmuje wykończenie. Łóżko już ścielone na przeciwległej ścianie. Dwa okna wysokie i czyste jak szkło kinowe, światło dzienne wzdłuż nich odmawia wyjścia na zewnątrz. Lustro, patrzące na zewnątrz. Przeżyłam już wystarczająco dużo lat, by rozpoznać pokój zbudowany tak, aby jego mieszkańca nie dało się sfotografować z tendra.
Na stopie łóżka leży złożona kolumna ubrań.
Spodnie z wełny w kolorze węgla. Kremowa jedwabna bluzka. Cienki szary kardigan. Baletki z niską, równą podeszwą. Wszystkie w moim rozmiarze. Wszystkie w palecie, którą spakowałabym dla wersji siebie, która nie spędziła ostatnich trzech miesięcy na ucieczce.
On zostaje po wewnętrznej stronie progu, podczas ja to przyjmuję, nie wskazując.
— Wanna działa — mówi. — Woda w szafce. Drzwi zamykają się też od tej strony.
— Otwierają się tylko od tej strony.
Pojedynczy skinienie głową. Patrzył, jak czytam niższe przejścia i czytam ten pokój, i nie obraża się moją arytmetyką.
— Śpij, jeśli możesz.
Zamyka drzwi za sobą w drodze na zewnątrz. Panel go przyjmuje i daje mi ścianę.
Karafka na stoliku nocnym czeka ze szklanką postawioną do góry dnem na złożonej ściereczce. Jest książka na biurku, której nie podniosę. Bloczek. Długopis z logo statku wytłoczonym w skórze. W niszy między szafą a biurkiem stoi ekspres do kawy tego rodzaju, który hotele dają do apartamentów, które muszą pogratulować gościowi wyboru.
Wszystko w pokoju jest w rejestrze osoby z gustem, a ten rejestr jest mój.

To jest ta część, dla której siadam.
Wyjścia, gdy je policzę, dają jedno. Schody, którymi weszłam. Dwa okna to lustro szklane i nie dadzą się otworzyć; potwierdzam to bez testu, który by je złamał. Szafki mają fałszywą głębię, którą projektant daje za łóżkiem, by wytłumić dźwięk, a ta głębia to lite drewno, nie właz. Wentylacja w łazience prowadzi do miejsca, którym nie poradzę sobie poruszać.
Jedno wyjście. Trzy klucze. Żaden nie jest mój.
Ubrania na łóżku zostają na łóżku. Kardigan pozostaje złożony; nie muszę wiedzieć, czy wełna to kaszmir. Wanna pozostaje napełniona. Mała lakierowana taca, która pojawiła się na biurku w czasie, gdy moje oczy były na oknie, pozostaje niespróbowana. Siedzę na krawędzi łóżka w butach, w których weszłam na pokład, i po chwili moja ręka sięga, żeby włożyć pasmo włosów za lewe ucho, bo wkładanie go to to, co moja ręka robi od piętnastu lat, gdy kolumna się nie zgadza i mam sprawić, by się zgadzała.
Matematyka, gdybym była płatna, by ją teraz zrobić, brzmiałaby: kontrakt na mnie ma dwa dni; Salon go nie wykonał; statek nie zadokował w Marseille; zatem Salon już zaczął wydawać swoją linię. Nie potrafię oszacować tej linii. Potrafię oszacować koszt jej odrzucenia.
Nie odrzucam jej.
Siedzę, dopóki róg pokoju, który był najciemniejszy, nie zrobi się niebieski.
Gdy niebieski w rogu staje się takim niebieskim, jaki robi horyzont, wstaję. Okno nie pokazuje mi wody. Pokazuje mi ducha pokoju, w którym stoję. Przechodzę do ściany i kładę rękę na zimnym szkle i patrzę w dół jego prawej krawędzi, gdzie lustro ma włosowatą skazę. Przez skazę — skrawek morza. Światło wzdłuż niego porusza się w złym kierunku dla statku skierowanego na francuski port.
Nie dokujemy w Marseille.
To powinno mnie poruszyć. Nie porusza. Porusza mnie to, co mi to mówi: kapitan ustalił kurs, zanim ustaliłam swoją odpowiedź. Nie blefował w kwestii alternatywy; po prostu jej nie potrzebował.
Podnoszę kardigan, bo w kajucie jest chłodniej, niż sugerowało łóżko, i ubieram się w ubrania w moim rozmiarze. Te, w których przyszłam, zostawiam złożone na krześle. Osoba, która kładzie dla mnie zapasowe ubrania, to osoba, która wyprze i zwróci te, które zostawię.
Schodzę po schodach na własnych nogach.
Niższe drzwi przepuszczają mnie bez pytania skóry o cokolwiek; ktoś po drugiej stronie już je dla mnie otworzył.
Główna sala Salonu to ta sama sala, którą opuściłam wczoraj. Pamięć cygar zniknęła. Lampy zostały podniesione, szkło wyczyszczone, sukno rozczesane. Czarny dysk wciąż tam, gdzie był, w punkcie w połowie drogi między jego stroną stołu a moją, bliżej mnie o szerokość paznokcia.
Trzej mężczyźni w pomieszczeniu.
Kapitan stoi przy drzwiach, które prowadzą z Deck 3. Jego płaszcz jest zapięty. Stoi tam już od chwili; linia jego ramion wykonuje pracę, jakiej pomieszczenie od niego wymaga.
Wczorajszy mężczyzna przy ścianie zajął krzesło przy dolnych wąskich drzwiach. Odwrócił uwagę od pomieszczenia i skierował ją na mnie. Jego stopy są skrzyżowane w kostkach. Dłonie spoczywają na kolanach z tą neutralnością, którą nosił wczoraj, ani użyte, ani odłożone.
Mężczyzna przy suknie jest tam, gdzie był. Teczka leży między jego dłońmi. Nie taka, która wychodzi z drukarki na początku spotkania. Taka, która była niesiona. Strony wyginają się w stronę grzbietu tak, jak wyginają się, gdy ktoś wracał do nich dość często, by wiedzieć, gdzie będzie się giąć.
Grubość teczki jest moja.
Przekraczam marmur do krzesła, na którym siedziałam wczoraj w nocy, i opadam na nie tak, jak opadałam wczoraj w nocy. Kapitan obserwuje, jak siadam. Mężczyzna z teczką obserwuje część gestu, którą wykonuję na końcu, gdy moja dłoń jest pusta i szuka miejsca do spoczęcia.
Wtedy mężczyzna przy suknie odzywa się.
Po raz pierwszy go słyszę.
— Spędziła pani noc na liczeniu wyjść. — Głos jest bardziej miękki, niż zakładałam u mężczyzny, który pozwolił pomieszczeniu mówić za siebie, i niesie w sobie nutę rozbawienia, tak jak głos niesie rozbawienie, gdy słucha jakiegoś utworu od pewnego czasu, zanim druga osoba wejdzie do pomieszczenia. — To widać. Razem jest ich sześć. Tylko jedno działa od środka bez jednego z nas. Klucz jest w posiadaniu nas trojga w tym pomieszczeniu.
Nie otworzył teczki. Nie musi. Teczka jest na widoku.

Kąciki jego oczu robią to znowu. Uniesienie oznacza: widzę, że pani widziała.
Kapitan opuszcza swoje miejsce przy drzwiach Deck 3 i zajmuje pozycję równoodległą od tej, w której stał wczoraj w nocy.
— Wczoraj w nocy dałem pani kontrakt — mówi. — Tego ranka daję pani nazwiska.
Podaje je w kolejności funkcji.
— Mężczyzna, który właśnie mówił, to Castell. Prowadzi sale i to, co przez nie przepływa. Mężczyzna przy drzwiach to Renaud. Siedzi tam, gdzie reszta z nas go potrzebuje. Ja jestem Halbergiem. Halcyon, w tej swojej części, która się porusza, jest mój.
Nie sprawdza, czy usłyszałam. Zakłada, że usłyszałam.
— Ubiegłej nocy zgodziliśmy się na kształt porozumienia. Tego ranka kładziemy pod nim nasze nazwiska. Moje. Jego. Jego. Pani, gdy się pani na nie zdecyduje.
Teczka przesuwa się o ćwierć cala po suknie pod dłonią Castella, nie odrywając oczu od mojej twarzy. Powtarza wczorajszy gest w innym słownictwie. Dysk i teczka leżą pod kątem względem siebie, który nie ma w sobie nic przypadkowego.
Patrzę na teczkę. Nie otwieram jej.
— To zostało przygotowane, zanim weszłam na pokład.
To nie jest pytanie. Halberg traktuje je jako takie.
— Trzy miesiące temu. Tydzień, w którym pogrzebano pana męża.
Pokój ani drgnie.
Moje oczy przesuwają się od Halberga do Castella i z powrotem. Pozwalam brodzie opaść i unieść się — gest tak drobny jak uniesienie kącików ust Castella.
— Słowa — mówi Halberg. Nie podnosi głosu. Nie musi.
Sięgam przez stół i podnoszę dysk.
Jest zimniejszy niż stół. Ma ciężar godny pożądania. Zaciskam na nim dłoń.
— Tak.
Dysk pasuje do wnętrza mojej dłoni tak, jakby człowiek, który położył go tu wczoraj w nocy, dobrał jego średnicę dla ręki, której jeszcze nie trzymał.
Halberg podchodzi do drzwi korytarza, którymi weszłam wczoraj. Ten ruch nie jest przedstawieniem. Przekręca klucz w panelu dostatecznie wolno, bym mogła zapamiętać ten ruch, wyciąga go i wsuwa do wewnętrznej kieszeni płaszcza, nie przerywając linii ruchu ręki. Wraca na swoje miejsce i zastyga.
— Są dwa takie — mówi. — Pozostałe dwa są w tym pokoju.
Teczka wciąż leży na filcu. Dysku nie ma na filcu, bo trzymam go w dłoni. Podnoszę wzrok na Renauda, bo gest spojrzenia na niego jako ostatniego jest mu się należny, a on patrzy na mnie, jakby robił to przez cały czas.
— Będzie pani spać w kajucie nad tym pokojem. Jego głos jest równie niski, jak zapamiętałam z wczoraj. Nie zmienia go na poranek. — Jedno schody. Trzy klucze. Od tej chwili nie opuszcza pani „Halcyonu", dopóki nie dopłyniemy do portu, a dopłyniemy, kiedy ja to powiem.
Milczy.
Patrzy na mnie, dopóki nie jestem pewna, że skończył, i wtedy daje pokojowi jego ostatnie słowa.
— Witamy w Salon, pani Hartwell.
