Jeśli znajdą mnie przed Marseille, nie mam planu.
Filiżanka stoi na spodku pod idealnym kątem prostym do łyżeczki. Nie ustawiłam jej tak celowo. Właśnie tak wiem, że się boję.
Jadalnia drugiej klasy na „Halcyon" jest w połowie pełna podczas późnego posiłku. Sześćdziesiąt osób, może siedemdziesiąt. Policzyłam cztery wyjścia. Drzwi kuchenne na przeciwnym końcu prowadzą z powrotem do schodów serwisowych. Korytarz, którym przyszłam, łączy się z windami na Deck 4. Balkon na sterburcie otwiera się na zewnętrzne miejsca siedzące, które kończą się barierką. Drzwi dla personelu za bufetem pozostawiam nieprzetestowane.
Mężczyzna przy ścianie przy oknie nie je.
Usadowił się w miejscu, z którego widzi całą salę, nie odwracając głowy. Potężna budowa, marynarka zbyt dobra jak na klasę kabiny, w której siedzi, przed nim szklanka wody mineralnej nietknięta. Jego prawa dłoń spoczywa płasko na białym obrusie. Na jej grzbiecie widnieje tatuaż. Mały, czarny. Węzeł wewnątrz koła. Nigdy nie widziałam tego znaku. Nie muszę. Przeprowadzałam audyt ksiąg trzech banków prywatnych, gdzie podobne znaki pojawiały się na fotografiach martwych mężczyzn. Przez jego lewą brew przebiega blizna, która zrasta się pod dziwnym kątem — taki ślad zostaje szew motylkowy, gdy nałoży się go w pośpiechu i nigdy nie rozcina ponownie.
Jego oczy nigdy nie spoczywają na mnie bezpośrednio. Mówi cicho do telefonu, wzrok utkwiony w punkt trzy cale na lewo od mojej skroni.
Filiżanka unosi się w mojej dłoni. Herbata nie smakuje jak nic. Znów w dół, tym razem celowo, i nowe niedopasowanie do łyżeczki też jest celowe. Opanowanie ma swój kształt, a gdy zamienia się w niewłaściwy kształt, niewłaściwi ludzie to dostrzegają.
Wstaję.
Krzesło unosi się o pół centymetra, gdy je omijam. Przesuwanie wydaje dźwięk, a dźwięk odwraca głowy. Książka zostaje w mojej dłoni, pashmina na ramieniu. To wydanie w twardej oprawie, kupiłam ją wczoraj w sklepie z pamiątkami — thriller o kobiecie uciekającej przed mężem przez balkon hotelowy. Nie wybrałam jej celowo. Nie wierzę w symbolikę. Wierzę we wzory. Wzór w tym pomieszczeniu jest teraz błędny.
Drzwi kuchenne są następne.
Mężczyzna przy oknie znajduje się między mną a korytarzem. Wolę przejść przez galerię niż obok niego. Kuchnia pachnie rybą i wybielaczem. Dwóch kucharzy podnosi wzrok i natychmiast go opuszcza. Cukiernik kiwa mi głową, jakbym tam należała. Schody serwisowe są tam, gdzie być powinny. Jedno podejście w dół, w bok, do korytarza pasażerskiego na Deck 3, którego wcześniej nie używałam.
Wtedy zaczynam biec.

Nie pełnym tempem. Szybciej niż marsz, wolniej niż chce ciało. Szpilki w lewej dłoni. Wybrałam te buty dla podeszew, nie wyglądu. Trzy zakręty korytarza, cztery rogi, dziewięćdziesiąt sekund najwyżej. Gdzieś za mną telefon dzwoni raz, cicho i krótko, tak jak telefony dzwonią, gdy użytkownik nie musi słyszeć, co oznacza wiadomość.
On nie musi biec. Nigdy nie musiał. Ma telefon, a telefon ma imię przyjaciela, który powiedział mi, jaki kolor szalupy oznacza jaki pokład, a przyjaciel ma numer mojej kabiny, a numer kabiny ma mój fałszywy paszport, a fałszywy paszport ma twarz, którą maszyny odczytują w niecałą sekundę.
W dół, bo wszyscy biegną w górę.
Deck 3 to terytorium serwisowe. Szafki załogi, powietrze nagrzane od pralni, świetlówki, które buczą z taką częstotliwością, jaką słyszy się tylko w niewłaściwych miejscach. Steward w białej marynarce udaje, że mnie nie widzi, i sunie dalej z odwróconą głową. W lewo, potem w prawo, potem znowu w lewo, bo nikt nie spodziewa się trzech zakrętów z rzędu.
Korytarz kończy się stalowymi drzwiami bez klamki.
Czarny panel znajduje się tam, gdzie powinna być klamka. Żadnego otworu na klucz. Żadnych instrukcji. Moja dłoń odnajduje metal, zanim robi to mój umysł — zimny, gładki i niedostępny. Korytarz za mną jest pusty. Bramowanie nad głową to jedyny dźwięk na Deck 3. Dwa pokłade wyżej pasażer gra Chopina w salonie z mosiężnym oświetleniem. Łatwy nokturn, spływający w dół przez jakiś otwarty świetlik. Tak daleko, że mógłby być na innym statku.
Drzwi się otwierają.
Otwierają się do środka, ode mnie. Mężczyzna w szczelinie wygląda na nieprzejętego. Wygląda jak ktoś, kto już wiedział, że stanie u jego drzwi, a jedyną niewiadomą był czas. Ciemny mundur, zapięty kołnierz, taki czysty, jaki wymaga nakładu pracy. Siwizna na skroniach. Oczy w kolorze pogody widzianej przez szybę. Pozostaje dokładnie tam, gdzie jest — ani ustępuje, ani nie skraca dystansu. Patrzy na mnie, a to patrzenie jest tak niezmienne, że korytarz za mną robi się mniejszy. Dwóch mężczyzn wychodzi zza niego. Siwowłosy oficer z nosem złamanym co najmniej dwukrotnie i młodszy mężczyzna w czarnym blezerze bez oznaczeń. Naramienniki kapitańskie na barkach kapitana są kapitańskie i on kiwa brodą o pół cala w stronę starszego. — Tomás. Mój pierwszy oficer. To nie powitanie. To identyfikacja. Tomás pozostaje nieruchomy. Patrzy przeze mnie, na coś za moim lewym ramieniem, a jego twarz zmienia się o ułamek. Ułamek dociera do mnie, zanim ciał za mną cokolwiek zrobi. Nie odwracam się. Ręka unosi się w stronę mojego gardła. Szeroka, zmodzelowiała. Ta sama ręka, którą ostatnio widziałam spoczywającą na białym lnie obok szklanki wody mineralnej. Powinnam się ruszać. Nie ruszam się. Ręka jest pół cala od mojej skóry i nie ruszam się, bo matematyka została już zrobiona, a odpowiedź nie należy do mnie. Kapitan robi jeden krok naprzód. Ręka się zatrzymuje. Wycofuje się. Szum drogiego skórzanego obuwia o przemysłowy linoleum cofa się powoli. Druga para kroków podąża za nią, cięższa, odprowadzając pierwszą. Nikt w tym przejściu nie odezwał się słowem, odkąd kapitan wymienił swojego pierwszego oficera. Cokolwiek za rozkaz przeszedł jakimś kanałem, poruszył się szybciej niż moje oczy. To jest ta część, która zostaje.
Nie będzie długo czekać. Będzie stał w tych drzwiach, aż mosiężna ręka nad jego głową się poruszy, a potem podejmie za mnie decyzję i nie ma wersji, w której przeżyję tę decyzję.
Wciskam kosmyk włosów za lewe ucho.

