Incydent 141?
Kod zawisł w ciężkim, wilgotnym powietrzu między nami, obcy i ostry na tle cykania gekonów i szelestu palm. To nie był termin hotelowy. To nie była „prośba o sprzątanie” ani „zgłoszenie usterki”. To był korporacyjny skrót oznaczający protokół kryzysowy. Konkretny, istniejący już wcześniej kryzys.
Mój uścisk na teakowym delfinie zelżał, choć nie opuściłam go całkowicie. Mój prawniczy umysł, zazwyczaj tak sprawny w kategoryzowaniu, miał trudności z zaszufladkowaniem tego człowieka. Nosił mundur pracownika obsługi, ale posługiwał się językiem specjalisty od oceny ryzyka.
— Czym jest „Incydent 141”? — zapytałam. Mój głos brzmiał pewnie, pozbawiony drżenia, które czułam w kolanach.
Mężczyzna — Kai — nie patrzył na mnie. Pakował już swoje narzędzia, a jego ruchy były sprawne i precyzyjne. — To znaczy, że musi pani zadzwonić do Mr. Song.
Zatrzasnął wewnętrzny panel z ostatecznością, która odbiła się echem na drewnianym tarasie. Stał tam z rączką skrzynki narzędziowej w dłoni, patrząc na mnie z wyczekiwaniem, które działało mi na nerwy. Nie prosił; on czekał na posłuszeństwo.
Irytacja zapłonęła gorąco i jasna, wypalając resztki początkowego szoku.
— Nie będę do nikogo dzwonić, dopóki nie wyjaśnisz, kim jesteś — powiedziałam, zastępując mu drogę. — Nie jesteś technikiem. Jesteś „od monitoringu”. Twierdzisz, że nie ma prądu, ale odmawiasz naprawy. A teraz rzucasz kodami, jakbyśmy byli w powieści szpiegowskiej.
Napotkał moje spojrzenie. Słońce chowało się za horyzontem tuż za nim, pogrążając jego twarz w cieniu, ale jego oczy chwytały ostatnie promienie światła. Były twarde. Nieustępliwe.
— Nie jestem szpiegiem, Ms. Davies. I nie jestem mechanikiem. Jestem facetem, którego przysyłają, gdy system odnotowuje anomalię, która nie powinna istnieć. — Gestem wskazał nieokreślony punkt w gęstniejącej dżungli. — Może pani tu stać i mnie przesłuchiwać albo może pani zadzwonić do General Manager i odzyskać światło. Ale Song dotrze tu cholernie szybciej, jeśli usłyszy panikę w głosie gościa, niż gdyby usłyszał raport o statusie ode mnie.
Nie bluffował. Arogancja w jego postawie mówiła mi aż nadto. Nie obchodziło go, czy mu wierzę. Liczył się dla niego tylko rezultat.
Kropla potu spłynęła mi po kręgosłupie, przypominając, że Villa 7 zmienia się w saunę. W jednym miał rację: chciałam mieć kontrolę. Jeśli to ja wykonam telefon, będę stroną poszkodowaną. Będę powódką. Jeśli pozwolę jemu to załatwić, stanę się jedynie obserwatorem we własnym pokoju.
Wyjęłam telefon z kieszeni. Ekran rozbłysł ostrym, jasnym światłem w zapadającym zmierzchu.
— Mr. Song — powiedziałam, gdy tylko połączenie zostało nawiązane.
— Ms. Davies! Jak miło panią słyszeć! — Głos menedżera był jak syropowata porcja profesjonalnej gościnności. — Mam nadzieję, że się pani zadomowiła? Czy widok odpowiada pani upodobaniom?
— Jestem w swoim Bungalow 7 — przerwałam mu beznamiętnym głosem. — Jest tu jeden z pańskich pracowników. Mężczyzna imieniem Kai.
Cisza po drugiej stronie była natychmiastowa. Odgłosy lobby w tle — cicha muzyka, odległe rozmowy — zdawały się potęgować nagłą próżnię w miejscu, gdzie przed chwilą była uprzejmość Mr. Song.
— Kai tam... jest? — Głos Songa obniżył się o oktawę. Syrop zniknął; pozostała tylko sucha panika. — Wewnątrz willi?
— Na tarasie. Kazał mi do pana zadzwonić. — Patrzyłam na Kaia, gdy mówiłam. Odwrócił się, opierając biodro o barierkę i wpatrując się w czerniejący ocean. Wyglądał na znudzonego. — Powiedział, żeby przekazać panu, że mamy „Incydent 141”.
Głośny, syczący wdech rozległ się w słuchawce. — Nie. To... to niemożliwe. Czujniki muszą...
— I — kontynuowałam, podnosząc głos, by go przekrzyczeć — potrzebuje klucza uniwersalnego.
— Klucza?
— Do głównej skrzynki rozdzielczej. Bungalow seven.
— Ja... tak. Tak, oczywiście. — Dźwięk szurania krzesła o podłogę. Szeleszczące papiery. Brzęk kluczy. — Już idę. Osobiście. Natychmiast. Proszę, Ms. Davies, niech pani po prostu... zostanie w środku. Proszę niczego nie dotykać.
Połączenie zostało przerwane.
Powoli opuściłam telefon. — Zdaje się, że on się ciebie przeraźliwie boi.
— Łatwo go przerazić — odparł Kai. Nie odwrócił się. — Lubi, gdy wszystko działa gładko. Lubi arkusze kalkulacyjne, które się bilansują. Nie lubi, gdy rzeczywistość staje się bałaganiarska.
— A ty lubisz?
— Akceptuję ją.
Rozmowa na tym się urwała. Cisza między nami stała się gęsta i niekomfortowa. Niebo przybrało barwę posiniaczonego fioletu, przechodzącego w czerń. Piękno zachodu słońca wydawało się teraz kpiące. Stałam tam w swoim wygniecionym, drogim kostiumie, ściskając drewnianą rybę, podczas gdy obcy człowiek w lnianym ubraniu opierał się o moją barierkę, jakby należała do niego.
Powinnam była wejść do środka. Powinnam była zażądać dokumentu tożsamości. Ale ciekawość przykuła mnie do miejsca.
Kim on był? Nie zajmował się tylko „monitoringiem”. Nie wysyła się do sprawdzenia bezpieczników zwykłego pracownika, który ma uprawnienia, by wezwać General Manager. Czy był z ochrony prywatnej? Z audytu korporacyjnego?
Komar zabzyczał mi przy uchu. Odpędziłam go, czując, że moja cierpliwość się kończy.
Dźwięk silnika elektrycznego o wysokim tonie przerwał impas. Wózek golfowy wypadł zza zakrętu, tnąc mrok reflektorami. Zatrzymał się z piskiem na żwirze, wzbijając chmurę białego pyłu.
Mr. Song praktycznie wypadł z siedzenia kierowcy.
W niczym nie przypominał opanowanego, uśmiechniętego człowieka, który witał mnie na zdjęciu w broszurze. Krawat miał przekrzywiony. Pot perlił się na jego czole, lśniąc w światłach reflektorów. W dłoni ściskał czerwony plastikowy brelok niczym talizman.
— Mr. Kai! — Song pośpieszył drewnianym chodnikiem, a jego wizytowe buty głośno zastukały. Ledwie zaszczycił mnie spojrzeniem. — Co się stało? Tablica... system pokazywał zielone światło jeszcze pięć minut temu!
Kai odepchnął się od barierki. W ciemności zdawał się rosnąć, a jego obecność pochłaniała nerwową energię promieniującą od menedżera.
— W Villa seven jest ciemno, Song. Linia została przecięta. Panel wewnętrzny jest czysty.
— O Boże — szepnął Song. Wyjął z kieszeni chusteczkę i otarł górną wargę. — Znowu? Ale... zwiększyliśmy patrole. Zmieniliśmy kody.
— Otwórz to — rzucił Kai.
Song zawahał się, zerkając na mnie. Zdawał się nagle przypomnieć sobie o obecności gościa — gościa, który płacił fortunę i był świadkiem tej kompromitacji.
— Ms. Davies — powiedział drżącym głosem. — Moje najgłębsze, najszczersze przeprosiny. To... usterka techniczna. Drobny problem z infrastrukturą. Natychmiast przeniesiemy panią do Royal Suite, pobyt będzie bezpłatny i...
— Skrzynka, Song — przerwał mu Kai. Jego głos nie był głośny, ale smagał jak bicz. — Przestań uprawiać marketing i otwórz skrzynkę.
Song wzdrygnął się. Przemknął obok mnie do niskiego, obłożonego kamieniem filaru przy krawędzi tarasu — czegoś, co brałam za zwykłą dekoracyjną obudowę oświetlenia zewnętrznego. Wcisnął klucz w ukryty otwór.
Ciężki stukot odbił się echem, gdy mechanizm blokujący puścił.
Kai był tam natychmiast. Nie popchnął Songa, ale jego obecność była tak dominująca, że niższy mężczyzna odruchowo się cofnął, by zrobić mu miejsce. Kai włączył mocną latarkę, której promień wyciął w ciemności ostry, biały stożek.
Skierował światło głęboko do wnętrza obudowy.
Podeszłam bliżej. Nie mogłam się powstrzymać. Prawnik we mnie musiał zobaczyć dowody.
Wnętrze skrzynki było wyrafinowanym labiryntem bezpieczników, światłowodów i mrugających diod LED. A raczej diod, które powinny mrugać. Wszystko było ciemne.
— Nie rozumiem — mruknął Song, zaglądając przez ramię Kaia, oddychając płytko i gwałtownie. — Bezpieczniki nie wyskoczyły. Główne zasilanie... powinno być aktywne.
— Cisza — szepnął Kai.
Niczego nie dotykał. Przeszukiwał wzrokiem dno szafki, gdzie grube, zbrojone kable wychodziły z betonowego fundamentu. Był całkowicie skupiony, niczym drapieżnik tropiący ruch w wysokiej trawie.
Nagle przyklęknął na jedno kolano.
— Tutaj — powiedział.
Skorygował kąt padania światła.
Song wydał z siebie zduszony, wilgotny dźwięk.
Pochyliłam się, mrużąc oczy przed blaskiem. Początkowo nie rozumiałam, co widzę. Wyglądało to jak cień na dnie skrzynki. Ale po chwili mój wzrok się przyzwyczaił.
Główny przewód zasilający — czarny kabel grubości mojego nadgarstka — nie był już połączony z listwą zaciskową.
Nie został wyrwany. Nie przepalił się.
Został przecięty.
Cięcie było czyste, precyzyjne i przerażające. Miedziany rdzeń lśnił w świetle latarki, jasny i ostry na tle czarnej izolacji. Dwa końce leżały bezwładnie na betonowym dnie obudowy, oddzielone od siebie o zaledwie kilka cali.
— To nie jest awaria — powiedział Kai. Jego głos był pozbawiony emocji, stwierdzał fakt tak niezaprzeczalny jak grawitacja. — To sabotaż.
Słowo to padło ciężko w nocną ciszę.
Sabotaż.
To pojęcie zupełnie nie pasowało do otoczenia. Sabotaż zdarzał się w zakładach przemysłowych. Zdarzał się w strefach wojny. Nie zdarzał się w pięciogwiazdkowych ekologicznych kurortach z menu poduszkowym i serwisem wieczornym.
— Kto... — Słowo uwięzło mi w gardle. Spróbowałam ponownie. — Kto mógłby coś takiego zrobić?
Kai powoli wstał. Wyłączył latarkę, pogrążając nas z powrotem w półmroku tarasu. Nagły brak światła sprawił, że przed oczami zaczęły mi tańczyć mroczki.
Odwrócił się twarzą do nas. Cienie skrywały wyraz jego twarzy, ale napięcie bijące od niego było niemal namacalne.
— Tego — powiedział — właśnie zamierzam się dowiedzieć.
Spojrzał na Songa, który teraz wyraźnie się trząsł, a potem przeniósł wzrok na mnie. Nawet w ciemności czułam ciężar jego uwagi. Była przytłaczająca, oceniająca i przerażająco poważna.
— Ale musi pani coś zrozumieć, Ms. Davies — dodał.
Zrobił krok w moją stronę, naruszając moją przestrzeń osobistą, zmuszając mnie, bym spojrzała na niego.
— To piąty incydent w tym miesiącu. Przepompownia. Generatory w pralni. Serwerownia. Wszystkie zostały zaatakowane.
Urwał, pozwalając, by te informacje do mnie dotarły.
— Ale tamto to były cele infrastrukturalne. Puste budynki. Maszyny. — Jego głos stał się niższy, bardziej szorstki. — Dzisiaj po raz pierwszy uderzyli w zamieszkaną willę. Jest pani pierwszym gościem, Ms. Davies, którego wzięli na cel.
