TaleSpace

Krew za krew

To nie była operacja. To była rzeź. Wojna okopowa toczona wewnątrz ludzkiego ciała.

W chwili, gdy wykonałam pierwsze nacięcie, rzeczywistość stanu Millera uderzyła we mnie niczym fizyczny cios. Było gorzej, niż myślałam. Tętnica udowa nie była tylko draśnięta; była poszarpana w strzępy. Otaczająca ją tkanka przypominała mielonkę z mięśni i odłamków kości.

– Ssanie! – krzyknęłam napiętym głosem. – Więcej ssania! Nic, do cholery, nie widzę!

Krew zbierała się szybciej, niż Sam był w stanie ją usuwać. Była ciemna, gęsta i przerażająco obfita. Pokrywała moje dłonie, ramiona, cały przód fartucha. Temperatura w namiocie zdawała się skoczyć o dziesięć stopni. Pot spływał mi po plecach strużkami.

– Ciśnienie spada! – wrzasnął Sam przez zgiełk alarmów. – Sześćdziesiąt na trzydzieści! Zapada się!

– Klem – rzuciłam ostro. Sięgnęłam na oślep w tę krwawą miazgę, próbując odnaleźć proksymalny koniec tętnicy. Palce mi się ześlizgnęły. – Cholera! Podaj mi DeBakey! Już!

Pracowałam kierowana wyłącznie instynktem. Zacisnąć. Podwiązać. Przeciąć. Ale na każde naczynie, które zamknęłam, dwa kolejne zdawały się otwierać. Życie uciekało z niego w kilkunastu miejscach.

– Potrzebuje objętości – powiedziałam, nie podnosząc wzroku. – Podłącz kolejną jednostkę O-Neg. Pełny przepływ.

Nastąpiła pauza. Zachwianie rytmu panującego w pomieszczeniu.

– Sam? – warknęłam. – Krew! Podłącz ją!

– Pani doktor... – głos Sama był cichy, przerażony. – To... to była ostatnia.

Zamarłam. Moje dłonie przestały poruszać się wewnątrz pacjenta. Spojrzałam w górę. Sam trzymał pusty plastikowy worek po krwi O-Negative. Był płaski. Bezużyteczny.

– Jak to: ostatnia? – wyszeptałam.

– Zużyliśmy trzy jednostki dla sierżanta – wydukał Sam, a w jego oczach stanęły łzy. – I dwie dla tej dziewczyny z rana. To... to był ostatni worek w chłodziarce. Skończyła się.

Cisza powróciła. Huczała mi w uszach.

Spojrzałam na monitor. Pięćdziesiąt na dwadzieścia. Tętno sto czterdzieści. Miller jechał na oparach. Zostały mu może dwie minuty.

– On ma grupę O-Negative – powiedziałam, a moje myśli pędziły, rozbijając się o ściany. – Uniwersalny dawca. O-Neg zawsze kończy się nam jako pierwsza.

To był koniec. Sprzeciwiłam się logice. Złamałam zasady. Próbowałam bawić się w bohaterkę. A wszechświat wymierzył mi policzek. Nie da się przeprowadzić operacji bez krwi. To prosta fizyka. Nie da się uruchomić silnika bez oleju.

Poczułam miażdżący ciężar na piersi. Dałam Kapitanowi nadzieję tylko po to, by odebrać mu ją w najokrutniejszy możliwy sposób. Rozpłatałam jego żołnierza, zadałam więcej bólu, a wszystko na nic.

Powoli wyciągnęłam ręce z rany.

– Zatamuj to – powiedziałam martwym głosem. – Pakuj gazę do rany.

– Pani doktor?

– Pakuj, Sam! To koniec. Nie możemy... nie naprawimy tego bez krwi. Wykrwawi się na stole. – Ściągnęłam rękawiczki, rzucając je do kosza z mokrym mlaśnięciem. – Czas zgonu...

– Nie.

Słowo dobiegło z cienia.

Odwróciłam się. Prawie zapomniałam, że on tam jest. Captain Vance stał w kącie, milczący, górujący nad nami niczym wartownik, obserwując każdy ruch, każde cięcie, każdy rozbryzg krwi. Wszedł w światło lampy operacyjnej. Jego twarz była maską białej, zimnej furii.

– Wyjdź, Kapitanie – powiedziałam, a wycieńczenie sprawiło, że mój głos drżał. – Zrobiłam, co mogłam. Nie mamy krwi. To fizyka. Idź.

– Nie – powtórzył. Podszedł do stołu. Nie patrzył na mnie. Patrzył na bladą, szarą twarz Millera. Potem spojrzał na pusty worek po krwi.

– On ma O-Negative – powiedział Captain.

– Tak – westchnęłam, przecierając czoło wierzchem nadgarstka. – Ma. A my jej nie mamy.

– Ja mam – odparł.

Zatrzymałam się. Spojrzałam na niego. – Co?

– Mam grupę O-Negative – powiedział. Spojrzał na mnie, a jego niebieskie oczy przewiercały moje zmęczenie, moją klęskę. – Moje nieśmiertelniki. Sprawdź je.

– Kapitanie, to... to szczęście dla pana, ale nam to nie pomoże. Nie mamy czasu na pobieranie, badanie, wirowanie i przetwarzanie jednostki. On ma minuty. Zanim przygotujemy worek, on będzie martwy.

– Nie mówiłem o przygotowaniu worka – warknął.

Sięgnął w górę i szarpnął za rzepy swojej ciężkiej kamizelki taktycznej. Rzucił opancerzony plate carrier na podłogę z ogłuszającym hukiem, który wstrząsnął instrumentami na tacy. Stał tam w samej koszulce, z piersią falującą od głębokich oddechów.

Potem chwycił skalpel z mojej tacy.

– Kapitanie! – Postąpiłam krok do przodu, zaalarmowana. – Proszę to odłożyć!

Zignorował mnie. Gwałtownym, szarpanym ruchem podwinął rękaw na lewym ramieniu. Jego bicep był potężny, spleciony z mięśni i żył, które odznaczały się pod skórą niczym postronki. Uderzył ramieniem o stół ze stali nierdzewnej, tuż obok bezwładnej dłoni Millera. Skalpel zawisł nad żyłą w zgięciu łokciowym.

– Bierz ją – rozkazał.

– Oszalałeś? – Wpatrywałam się w niego. – Chcesz, żebym... co? Bezpośrednia transfuzja? To... to medycyna polowa z 1918 roku! To niebezpieczne. Niesterylne. Nie znam pana historii medycznej. Mogę was oboje zabić!

– Jestem czysty – szczeknął. – A on umiera. Powiedziałaś, że potrzebujesz krwi. Oto krew.

Spojrzał na mnie, a desperacja w jego oczach była przerażająca. To było wyzwanie. Prowokacja. – Chciała pani trzymać się zasad, Pani Doktor? Zasady mówią, że on umiera. Więc niech pani, do cholery, złamie te zasady.

– Nie mogę – wyszeptałam. – Jeśli to zrobię... mogę stracić licencję. Mogę trafić do więzienia. Jeśli on dostanie wstrząsu... jeśli pan dostanie wstrząsu...

– Gówno mnie obchodzi pani licencja! – ryknął, a jego głos się załamał. – Obchodzi mnie on! Ma żonę! Ma dziecko w drodze! Bierz! Moją! Krew!

Przycisnął płaską stronę ostrza skalpela do swojej skóry. – Zrobi to pani – powiedział głosem zniżonym do zabójczego szeptu. – Albo sam się rozetnę i spłynę do niego krwią. W tej chwili.

Spojrzałam na Sama. Był sparaliżowany. Spojrzałam na monitor. Tętno zwalniało. Trzydzieści. Dwadzieścia dziewięć. Spojrzałam na Michael Vance'a. Mówił poważnie. Otworzyłby własną żyłę tutaj, na moim sterylnym polu.

Spojrzałam w pustkę w jego oczach, w tę czystą odmowę zaakceptowania porażki. Była odbiciem mojej własnej.

Chwyciłam z wózka kaniulę o największym przekroju. – Odłóż nóż, Michael – powiedziałam, po raz pierwszy używając jego imienia.

Upuścił skalpel. Brzęknął o metalową tacę.

– Sam – rzuciłam głosem opanowanym, zimnym i absolutnie lekkomyślnym. – Daj mi zestaw do transfuzji. Bez filtra. Łączymy ramię z ramieniem.

– Pani doktor...

– Rób to!

Zacisnęłam stazę na ramieniu Kapitana. Jego skóra była ciepła. Żywa. – To będzie boleć – ostrzegłam. – I może pan zemdleć. Jeśli tak się stanie, niech pan leci do tyłu, nie na pacjenta.

– Po prostu bierz – wyszeptał, blokując swój wzrok na moim.

Wycelowałam igłę. Przebiłam skórę. Błysk. Ciemnoczerwona krew wypełniła komorę. Podłączyłam dren. Drugi koniec podpięłam do Millera.

I patrzyłam, jak ciemna, bogata krew Kapitana zaczyna płynąć przez przezroczystą plastikową rurkę, pędząc ku umierającemu chłopakowi.

– Bierz moją krew, Pani Doktor – odetchnął, obserwując przewód. – Już.

Your next chapters are free

Enter your email to unlock them.

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się