Odskoczyłam od pnącza, jakby mnie zaatakowało, a moje serce waliło w piersi w szaleńczym rytmie. Moje ramię... czy ono piekło? Wykręciłam szyję, próbując przyjrzeć się materiałowi kurtki, podczas gdy panika ściskała mi gardło.
— Czy ono mnie oparzyło? — wrzasnęłam, gorączkowo otrzepując kremowy rękaw drżącymi dłońmi. — Czy to jest trujące? Czy wyskoczą mi bąble? O mój Boże, czy potrzebuję EpiPena?
Jake nawet się nie poruszył. Stał w całkowitym bezruchu z ramionami skrzyżowanymi na tej potężnej klatce piersiowej, obserwując mój atak paniki z beznamiętnym, naukowym zainteresowaniem biologa przyglądającego się wyjątkowo głośnej małpce. Nie śmiał się. Nie był przejęty. Po prostu... tam był. Solidna, nieustępliwa ściana obojętności.
— Nie — odparł beznamiętnym głosem. — Nie przerwałaś powierzchni liścia. Sok cię nie dotknął. Ale gdybyś oparła się choć odrobinę mocniej, ta twoja kurtka ofiary mody już by dymiła. A twoje ramię pod nią wyglądałoby jak surowy, rozbity stek.
Na tę myśl żołądek podszedł mi do gardła, ale zaraz potem strach zastąpiło upokorzenie, cierpkie i gorące. On nie tylko mnie wystraszył. On na mnie patrzył. Czekał.
— Ty... — zaczęłam, a mój głos drżał od mieszanki adrenaliny i czystej wściekłości. Zrobiłam krok w jego stronę, ignorując błoto mlaskające wokół moich drogich butów. — Widziałeś mnie! Stałeś tam i widziałeś, jak się o to opieram! Czekałeś, aż to się stanie!
Nie cofnął się. Zamiast tego wtargnął w moją przestrzeń osobistą, górując nade mną. Bije od niego ciepło było przytłaczające, jakby stało się tuż przy otwartych drzwiach pieca.
— Czekałem, aż wykażesz się choć odrobiną zdrowego rozsądku — warknął, a jego zielone oczy błysnęły. — Nie jestem nianią, Ava. A dżungla to nie plan filmowy z barierkami bezpieczeństwa i cateringiem. Jej nie obchodzą twoje uczucia, twoje selfie ani twój kontrakt. Ona zjada to, co słabe i głupie.
Pochylił się, a jego twarz znalazła się centymetry od mojej. — Zasada druga, Princess: niczego nie dotykaj. Nauczyłaś się, czy mam ci znaleźć jakąś trującą żabę do polizania?
Chciałam go uderzyć. To pragnienie było tak instynktowne, że aż mnie zszokowało. Chciałam kopnąć go w ten jego drogi but taktyczny i zetrzeć mu z twarzy ten wyraz wyższości. Ale bardziej niż tego, chciałam, żeby przestał mieć rację. Bo miał rację, a to piekło mocniej niż jakikolwiek sok roślinny.
Zacisnęłam pięści wzdłuż boków, wbijając paznokcie w dłonie. — Nie jestem żadną Princess. I nie jestem głupia.
— Mogłabyś mnie nabrać — wymamrotał, odwracając się do mnie plecami, zanim zdążyłam mu się odciąć. — Idziemy. Tracimy światło, a nie chcę tu siedzieć po zmroku z tobą.
Ruszył przed siebie długim, swobodnym krokiem, przebijając się przez gęstwinę. Nie oglądał się, by sprawdzić, czy idę za nim. Wiedział, że nie mam wyboru.
Przełknęłam dławiące mnie w gardło łzy wściekłości i zmusiłam nogi do ruchu. Każdy krok był walką. Błoto zdawało się mieć osobistą wendettę przeciwko moim butom, zasysając je z mokrym mlaśnięciem za każdym razem, gdy unosiłam stopę. Wilgotność była dusząca, była fizycznym ciężarem napierającym na moje płuca.
Szliśmy w milczeniu. Napiętym, gniewnym, ciężkim milczeniu.
Zrezygnowałam z nagrywania. Aparat ciążył mi na szyi, będąc bezużytecznym dodatkiem. Skupiłam się całkowicie na ziemi — na stawianiu stóp dokładnie tam, gdzie widniały odciski jego butów. Skuliłam się w sobie, przyciągając łokcie do tułowia, przerażona, że jakiś liść mógłby mnie musnąć. Mój świat, zazwyczaj tak rozległy i cyfrowy, skurczył się do szerokości tego błotnistego szlaku i szerokich, ubranych w khaki pleców mężczyzny, którego zaczynałam nienawidzić bardziej niż kogokolwiek, kogo kiedykolwiek poznałam.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Nogi mnie piekły. Mój oddech stał się krótki i chrapliwy. Właśnie wtedy, gdy pomyślałam, że zaraz padnę i zażądam przerwy, drzewa nagle się przerzedziły.
— Nareszcie — wycharczałam. — Jesteśmy już?
— Prawie — odparł Jake. Zatrzymał się na skraju polany. — Musimy tylko przejść przez to.
Stanęłam obok niego, spodziewając się strumyka. Może kłody rzuconej w poprzek.
Zamiast tego ujrzałam otchłań.
To nie był zwykły parów. To był kanion — głęboka, poszarpana blizna w ziemi, wyżłobiona przez stulecia przez wodę. Gdzieś daleko w dole, w cieniu, widziałam ostre skały i słyszałam cichy szum potoku. Ale to nie to sprawiło, że krew ścięła mi się w żyłach.
To był most.
Jeśli w ogóle można go było tak nazwać. Był to most wiszący w najluźniejszym tego słowa znaczeniu — szkielet ze zwietrzałych drewnianych desek trzymający się na linach, które wyglądały, jakby pochodziły z muzeum marynistyki. Zwisał smętnie na środku. I kołysał się. Jednostajny wiatr wył w wąwozie, targając konstrukcją i zmuszając ją do powolnego, przyprawiającego o mdłości walca nad przepaścią.
— Nie ma mowy — wypaliłam natychmiast. Słowa wyskoczyły ze mnie jak korek z butelki. — Absolutnie nie.
Jake szedł już w stronę słupa kotwiczącego. Odwrócił się z jedną brwią uniesioną w tym irytującym, drwiącym wyrazie twarzy.
— Co znowu? Nie mów mi, że internetowa celebrytka boi się wysokości?
— Nie boję się wysokości — skłamałam, a mój głos podniósł się o oktawę. — Boję się śmierci. Spójrz na to coś! Wygląda, jakby trzymało się na nadziei i ślinie termitów.
— Sam sprawdzam olinowanie co tydzień. Wytrzyma ciężar słonia — odparował, kładąc dłoń na linie pomocniczej. — Po prostu idź środkiem i nie patrz w dół.
— Nie! Znajdź inną drogę. Objazd. Musi być jakaś ścieżka dookoła.
— Nie ma — powiedział Jake, a jego cierpliwość wyraźnie wyparowywała. — To jedyna droga do Elara Waterfall. Twojej „instagramowej” miejscówki. Chyba że chcesz zjeżdżać na linie po stumetrowym urwisku?
Spojrzał na zegarek, a potem na niebo. — Mamy czterdzieści pięć minut, zanim stracimy światło. Chcesz ten materiał, czy wolisz wrócić do namiotu i powiedzieć swoim milionom obserwujących, że wystraszyłaś się odrobiny drewna i sznurka?
Wiedział dokładnie, gdzie uderzyć. Rozegrał mnie. Wiedział, że dla kogoś na moim stanowisku porażka nie wchodziła w grę. „Brak materiału” oznaczał brak zaangażowania. Brak zaangażowania oznaczał brak sponsorów. Brak sponsorów oznaczał, że domek z kart, na którym zbudowane było moje życie, runie.
Spojrzałam na most. Potem na niego.
— Nienawidzę cię — rzuciłam cicho i jadowicie.
— Ustaw się w kolejce — uśmiechnął się drwiąco. — Pójdę pierwszy. Patrz, gdzie stawiam kroki.
Wszedł na most. Konstrukcja ugięła się pod jego ciężarem, głośno trzeszcząc, ale on poruszał się z irytującą gracją, na ugiętych kolanach, amortyzując kołysanie. Doszedł do połowy i odwrócił się, czekając.
Wzięłam głęboki oddech, ściskając pasek aparatu niczym różaniec. Dasz radę, Ava. Chodziłaś po wybiegach w piętnastocentymetrowych szpilkach. To tylko... bardzo chwiejny wybieg.
Postawiłam stopę na pierwszej desce.
Jęknęła. Cała konstrukcja poruszyła się pode mną, żywa i wroga. Wydałam z siebie krótki okrzyk i chwyciłam się linowych poręczy. Były wilgotne, śliskie od mchu i wilgoci. Na sekundę zacisnęłam powieki, walcząc z zawrotami głowy.
— Ruszaj się! — krzyknął Jake ze środka. — Im dłużej tam stoisz, tym będzie gorzej!
Zmusiłam się do otwarcia oczu. Nie patrzyłam w dół. Utkwiłam wzrok w piersi Jake’a i zrobiłam kolejny krok. Potem następny.
Wiatr przybrał na sile, dając o sobie znać w kanionie. Most wychylił się w lewo, gwałtownie szarpnął. Westchnęłam głośno, zamierając w bezruchu, a moje kłykcie na linach pobielały. Wisiałam trzydzieści metrów nad ziemią na jakiejś nędznej namiastce hamaka.
— Nie zatrzymuj się! — głos Jake’a był teraz ostrzejszy. — Ava, patrz na mnie. Po prostu idź do mnie.
Szurałam do przodu, a w moich oczach zakręciły się łzy przerażenia. Czułam się mała. Krucha. Całkowicie poza swoją strefą komfortu. Kiedy w końcu dotarłam do środka, gdzie stał, trzęsłam się tak mocno, że dzwoniły mi zęby.
Nie podał mi ręki. Po prostu odwrócił się i szedł tyłem, prowadząc mnie wzrokiem, dopóki jego buty nie dotknęły stałego lądu po drugiej stronie.
Praktycznie rzuciłam się z ostatniej deski, lądując na ziemi na czworaka. Miałam ochotę ucałować grunt. Chciało mi się płakać.
— Żyjesz — stwierdził, patrząc na mnie z góry. — Dramatycznie, ale żyjesz. Wstawaj. Wodospad jest tuż za tamtymi drzewami.
Podniosłam się z trudem, wycierając błoto z dłoni o zniszczone spodnie. — Mam nadzieję — wychrypiałam — że ten wodospad to najpiękniejsza rzecz na tym bożym świecie.
Nie odpowiedział, tylko odwrócił się i rozsunął kurtynę z paproci.
Poszłam za nim... i zamarłam.
— O... — szepnęłam.
I była.
Elara Waterfall nie był ogromny, ale był ideałem. Woda kaskadami spływała po porośniętej mchem skale niczym płynny jedwab, wprost do idealnie okrągłej, turkusowej laguny. Zbiornik okalały gigantyczne paprocie i jaskrawe orchidee. W powietrzu unosiła się delikatna mgiełka, która chwytała promienie słońca, tworząc stałą, migotliwą tęczę tuż nad powierzchnią wody.
To było magiczne. Było warte tego błota. Warte tego mostu.
W moim mózgu natychmiast coś przeskoczyło. Zmęczenie wyparowało. Strach ustąpił. Nie byłam już Avą, przerażoną turystką; byłam Avą Twórczynią. Widziałam kąty. Widziałam światło. Widziałam historię.
— Dobra — powiedziałam pewniejszym głosem. Podniosłam aparat, sprawdzając obiektyw. — Musisz się odsunąć. Jesteś w kadrze.
Jake zamrugał, wyraźnie zaskoczony nagłą zmianą mojego zachowania. — Słucham?
— Przesuń się w lewo. Za tamtą paproć. Psujesz estetykę. Światło jest teraz idealne, mam może dwadzieścia minut, zanim złota godzina osiągnie szczyt.
Nie czekałam na jego sprzeciw. Zaczęłam się poruszać, okrążając lagunę, szukając odpowiedniego miejsca. Ustawiłam aparat na skale, sprawdziłam podgląd i otarłam pot z czoła. A potem przeszłam transformację.
Wygładziłam włosy. Poprawiłam uśmiech. Włączyłam personę „Ava” — radosną, swobodną, wiodącą życie, którego wszyscy zazdroszczą.
— Hej kochani! — zawołałam radośnie do obiektywu, włączając nagrywanie. — Słuchajcie, dosłownie przedarłam się przez najdzikszą dżunglę, żeby pokazać wam ten ukryty klejnot. Spójrzcie na to miejsce! To absolutny raj na ziemi. Energia tutaj jest po prostu... oczyszczająca.
Zawirowałam z rozłożonymi ramionami, prezentując lagunę. Znów poczułam się silna. To było moje terytorium. To mogłam kontrolować.
— ...a woda jest tak przejrzysta, że widać samo dno. Jest po prostu...
Urwałam.
Mój uśmiech zgasł. Spojrzałam na ekran podglądu. Obraz się zmienił.
Światło. Jeszcze przed chwilą miało ciepły, złocisty odcień miodu. Teraz... było dziwne. Ekran pokazywał chorobliwy, żółto-zielony odcień.
Podniosłam wzrok znad aparatu. To nie był błąd ekranu. To świat tak wyglądał.
Promienie słońca, które wcześniej przebijały się przez korony drzew, zniknęły. Niebo nad polaną, wcześniej błękitne, teraz było kłębiącym się, siniakowatym fioletem. Wyglądało jak świeży krwiak.
— Dziwny ten zachód słońca — wymruczałam pod nosem, mrużąc oczy.
Wtedy powietrze się zmieniło. Ciężki, wilgotny upał nagle zniknął, zastąpiony przez dziwne, przypominające próżnię ciśnienie. W uszach mi strzeliło, i to mocno. Mgiełka z wodospadu przestała dryfować i zdawała się wisieć nieruchomo w powietrzu. Dźwięk spadającej wody, zazwyczaj wyraźny ryk, stał się stłumiony, jakby dochodził spod wody.
Chłód, który nie miał nic wspólnego z temperaturą, przebiegł mi po kręgosłupie.
— Jake? — odwróciłam się, szukając go wzrokiem.
Nie patrzył na mnie. Nie patrzył na wodospad. Stał blisko krawędzi polany, zesztywniały, z głową przechyloną na bok. Wyglądał jak jeleń, który usłyszał trzask gałązki. Węszył, a całe jego ciało wibrowało z napięcia.
— Jake, co...
Gwałtownie odwrócił głowę. Wyraz jego twarzy sprawił, że słowa uwięzły mi w gardle. Znudzenie zniknęło. Drwina zniknęła.
— Koniec wycieczki — warknął. Dźwięk był ostry, jak huk wystrzału w nagłej ciszy.
Pokonał dzielący nas dystans w trzech długich krokach. Nie zdążyłam nawet chwycić aparatu, gdy już był przy mnie. Złapał mnie za ramię, a jego palce wbiły się w ciało tak mocno, że na pewno zostaną siniaki.
— Hej! Co ty robisz? Ranisz mnie!
Nie słuchał. Obrócił mnie, popychając w stronę szlaku, z którego właśnie przyszliśmy — w stronę mostu.
— Wychodzimy — powiedział głosem napiętym czymś, co brzmiało przerażająco podobnie do paniki. — Natychmiast.
