TaleSpace

Rozdział 3

Zrobiła to, co zawsze robiła z papierkową robotą, której unikała. Położyła ją na środku blottera i przejrzała tak, jak przeglądałaby kartę pacjenta.

Pamiętnik w domu leżał w swojej szufladzie, wstążka między tymi samymi stronami. Dziś rano do niego nie wróci.

Większość wierzchu stosu zajmowały szpitalne formularze z jego przyjęcia: podsumowanie z izby przyjęć, notatki przekazania z oddziału wewnętrznego, wstępna autoryzacja ubezpieczenia, dwie paczki formularzy zgody w różnych pismach i na różnych drukach, jego podpis na tych pod linią i data na tych już wypełnionych — dwa dni w ciszy. W połowie stosu znalazła wywiad wstępny z oddziału wewnętrznego, trzy akapity napisane przez rezydenta, którego nie znała, zakończone spokojną, drobną adnotacją pacjent niemówiący, współpracujący. Poniżej arkusz kontaktów rodzinnych. Jeden numer, jedno imię, Irene Kent, pismo czyste i nie jego, tak jak pismo bywa czyste, gdy urzędnik przepisuje dane z portfela.

Posortowane kartki ułożyła w dwa stosy po lewej stronie blottera i sięgnęła po teczkę leżącą pod nimi na dnie biurka. Okładka karty otworzyła się bez oporu. W rogu widniała teraz cyfra napisana tym samym czerwonym markerem, którego Clara używała do oznaczania flag przekazania. Osiem.

Reszta stosu — mniej więcej jedna trzecia jego grubości — stanowiła osobny, spięty pakiet, wyróżniony papierową taśmą, którą oddział stosował do dokumentów przywiezionych razem z pacjentem, a nie wytworzonych na jego temat. Miała jedenaście minut przed jego przyjściem. Położyła pakiet na wierzchu blottera, nie otwierając go, i podeszła do narożnej szafki po karty.

Talia była standardowa. Czterdzieści kart, jedno słowo na każdej, na grubym kartonie, złożone krojem szeryfowym, który jakiś sklep papierniczy uznał za kliniczny, zapakowane w zwykłe granatowe pudełko stojące na wierzchu szafki od tak dawna, jak długo szafka tu stała. Zdjęła je i rozłożyła karty po swojej stronie stołu w dwóch łukach po dwadzieścia, tak jak zawsze je układała, i stała przez chwilę, upewniając się, że żadna nie przylgnęła do sąsiedniej. Krzesła ustawione były pod kątem prostym. Notatnik leżał między nimi na stole jak poprzednio, zamknięty, z długopisem na linii. Karty zostały w rogu, po jej stronie łokcia. Można je będzie później przesunąć do niego.

Ciemnoszara srebrna obrączka na jej prawej dłoni siedziała tam, gdzie siedziała o północy. Nie oddała ani milimetra.

O dziewiątej wszedł.

Zegarek na lewym nadgarstku. Płaszcz starannie zawieszony na oparciu drzwi. Usiadł na dalszym krześle i położył dłonie na kolanach, w tym samym układzie co wczoraj, z lekkim pochyleniem prawego ramienia do przodu — charakterystycznym dla człowieka, który kiedyś był wyższy w pokoju.

— Dziś spróbujemy czegoś innego — powiedziała i położyła rękę blisko talii, nie dotykając jej. — To karty słownikowe. Czterdzieści sztuk, po jednym słowie na każdej. Nie trzeba czytać na głos ani nic odpisywać. Czasem pacjenci uznają za pomocne wybranie jednej — na sesję, na tydzień, z jakiegokolwiek powodu. Można wybrać więcej niż jedną albo żadnej. Można je zatrzymać po swojej stronie. Nic nie wychodzi z pokoju.

Jego uwaga powędrowała ku kartom.

— Przesunę je tak, żebyś mógł sięgnąć. Wybór należy do ciebie. Nie musisz mi pokazywać.

Przesunęła oba łuki przez stół na jego stronę, między jego miejsce a swoje. Karty przejechały po lakierze z cichym, suchym szmerem. Nie poruszył się, gdy płynęły. Gdy się zatrzymały, spojrzał na nie tak, jak pierwszego dnia patrzył na notatnik — bez przeglądania, jakby rozpoznał je jako kategorię i teraz czytał każdą po kolei.

Pozwoliła pokojowi utrzymać swój rytm.

Zajęło mu blisko dziesięć minut. Jego wzrok przesuwał się po kartach, a potem wracał. Dwa razy obserwowała, jak zatrzymuje się dłużej na jednej z nich, po czym jedzie dalej. Dłonie pozostały tam, gdzie były. Kiedy w końcu się poruszył, prawa ręka uniosła się z kolana i powędrowała ku karcie leżącej blisko wewnętrznej krawędzi drugiego łuku. Wyciągnął ją z rzędu, nie odwracając ku sobie, żeby odczytać. Położył ją odwróconą na stole obok notatnika, po swojej stronie, dłuższym brzegiem równolegle do liniatury strony.

Dłoń wróciła na kolano.

Przez resztę sesji kształt pokoju organizował się wokół tej karty. Dłoń spoczywała na kolanie. Notatnik leżał zamknięty między nimi. Karta po jego stronie pozostała tam, gdzie ją położył — biały rewers, pusta biel.

O pełnej godzinie wstał. Zostawił kartę. Zapiął płaszcz, spojrzał raz na jej dłonie i wyszedł.

Zebrała resztę talii w tej kolejności, w jakiej ją rozłożyła, wsunęła karty z powrotem do pudełka i postawiła je na wierzchu szafki. Wybrana karta została tam, gdzie ją zostawił.

Potem wróciła do stosu.

Zsunęła papierową opaskę z paczki. Zahaczyła raz o krawędź koperty i puściła — drobne tarcie taniego kraftu o tani kraft — a luźny pierścień opaski osiadł na podkładce obok jej nadgarstka.

Paczka pod papierową opaską była grubsza niż cała reszta dokumentacji razem wzięta. Trafiła tu razem z nim z przyjęcia — stara kliniczna koperta, w polu kierująca placówka przekreślona kreską: trafił na izbę przyjęć bez skierowania, tak jak trafia się tam, kiedy mijający kierowca wzywa pogotowie. Ołówkowa adnotacja na opasce głosiła dla klinicysty.

Strona tytułowa była formularzem, który dobrze znała. Wniosek o przyjęcie do Sommer Center złożony na własną rękę, jednostronicowy, wypełniany przez pacjenta zgłaszającego się bezpośrednio, bez internisty. Było pole z polem wyboru dla usług logopedycznych i pole z polem wyboru z opisem proszę o przyjęcie do konkretnego klinicysty (prosimy podać). Było zaznaczone. W polu obok, w piśmie, które widziała już na trzech kartkach, widniało jej imię i nazwisko — w pełnym brzmieniu, tak jak na drzwiach. Data u dołu była o trzy tygodnie wcześniejsza niż wypadek.

Pole oznaczone powód skierowania mieściło dwie linijki jego pisma. Zawodowe i osobiste zainteresowanie Lang Family Archive. Proszę o konsultację dotyczącą afazji w biografii literackiej. Między osobistym a zainteresowaniem jedno słowo zostało skreślone i przepisane; oryginał był nieczytelny.

Za wnioskiem, spinaczem przypiętym do niego małą stalową klamerką, znajdowała się druga strona.

Wydruk, sformatowany jako potwierdzenie systemowe z portalu wniosków prywatnego archiwum. W nagłówku widniało: Lang Family Archive. Wniosek otrzymano. Potwierdzenie zostanie przesłane w ciągu dziesięciu dni roboczych. Imię i nazwisko: Noah Kent. Znacznik czasu dwa dni późniejszy niż data na wniosku o konsultację. Numer referencyjny, który odnalazłaby bez trudu. Lista materiałów została wpisana w dwóch wierszach.

Korespondencja redakcyjna 1907–1912.
Materiały dotyczące Nathaniela Kerra.

Położyła obie strony na podkładce obok siebie — wniosek o konsultację po lewej, potwierdzenie archiwum po prawej.

Godzinę temu była w gabinecie obcego człowieka.

On czekał.

W pokoju coś małego poruszyło się, choć tego nie widziała — zmiana ciśnienia albo jej własny oddech, który znalazł sobie drogę między zębami bez pozwolenia. Przyłożyła dłoń płasko do podkładki, między dwoma arkuszami, i trzymała ją tak.

Po chwili obeszła stół i usiadła na dalszym krześle.

Karta leżała tam, gdzie ją położył, rewersem do góry, dłuższym brzegiem równolegle do miejsca, w którym leżał notatnik. Podniosła ją za brzegi, tak jak podnosi się coś, czego nie chce się pogniecić, i odwróciła.

Słowo wydrukowane na niej było tym samym czystym szeryfem co reszta talii — małe litery, wyśrodkowane na karcie. Rozpoznanie.

Trzymała ją przez chwilę, widząc obie strony karty — czysty biały rewers wyboru, którego dokonał godzinę temu, i słowo, które wybrał — i stała w ciszy pokoju, z dwoma kartkami za sobą na biurku i jego pustym krzesłem przed sobą.

Zegar na ścianie szedł swoim miarowym rytmem.

Trzymała kartę w dłoni. Sesja jeszcze się nie skończyła.

Rozdział 3 jest gotowy

Wpisz swój email, aby czytać dalej

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się