TaleSpace
Beata

Beata

Historie z sercem ❤️

Odrzucenie nie zrywa więzi

4.8(630)
Rozdział 1 · 5 min czytania
6.8K
#RomansFantasy#Royalty&Kings#SecondChance#EnemiestoLovers#SlowBurn
Zerwałam więź trzy lata temu i nazwałam to sztuką rządzenia. Teraz jego ciepło przenika moje rękawiczki przy stole traktatowym i wiem dokładnie, czego odmówiłam.

Rozdział 1

Najpierw przyszło ciepło.

Zanim szare bramy Vairn wyłoniły się z przełęczy, zanim wiatr zwęził się w ulicach i zrobił się zimniejszy, niż miał prawo być późnym latem, ciepło przepłynęło przez jej dłonie pod rękawiczkami. Niskie. Równomierne. Nieruchome pod skórą jak pogoda czujna na karku w pogodne południe.

Trzymała dłoń na głowicy siodła i nie patrzyła na jadących obok mężczyzn.

Trzy lata.

Prawo dwóch królestw mówiło, że to nie powinno być możliwe. Formuła, którą wypowiedziała przed własną radą, cisza, którą znosiła przez miesiące potem, chirurdzy, których nie zdecydowała się konsultować, bo chirurgom nie można ufać — wszystko to opierało się na tej samej prostej zasadzie. Odmowa przecina. Ciało zapomina.

Ciało nie zapomniało.

Pozwoliła swojemu koniowi trzymać się o długość za koniem Rennick-a, bo tak nakazywał protokół w obcej stolicy, i dlatego też miała pod tym kątem dobry widok na bramę. Mury Vairn wznosiły się w długich, płaskich płytach kamienia poprzecinanych srebrnymi żyłami — architektura, która nie prosiła o podziw. Wartownicy nad łukiem bramy nosili stalową szarość. Nie kłaniali się. Nie byli do tego zobowiązani. Zaaprobowała to, z dystansem, tak jak aprobuje się czysty rejestr rachunków.

W środku miasto było mniej, niż się spodziewała — i więcej.

Mniej koloru: blady kamień, łupkowe dachy, żadnych chorągwi, żadnych girland rozpiętych między balkonami, żeby obca królowa poczuła się mile widziana. Więcej linii. Każda ulica biegła prosto. Każda fasada spłaszczała się przed wzrokiem i niczego od niego nie żądała. Wiatr miał zwyczaj wchodzić w płuca i w nich zostawać.

Lira, jadąca po jej lewej, uniosła brodę o pół cala. To był jej odpowiednik komentarza na temat miasta, którego jeszcze nigdy nie widziała.

— Dziedziniec — odezwał się Rennick za jej plecami. — Przyjmie nas na wewnętrznym dziedzińcu. Steward, marshal, być może chamberlain. Sovereign sam zejdzie, kiedy się już ustawimy.

— Mm.

— Your Grace.

— Słyszałam.

Rennick zamilkł. Nie podniosła głosu. Nie musiała.

Przejechali przez drugą bramę i wewnętrzny dziedziniec otworzył się przed nimi.

Nie było steward-a. Nie było marshal-a. Nie było chamberlain-a.

Był jeden człowiek.

Cal Doren stał u podnóża schodów w swoim własnym dworze, w swoich własnych barwach, sam. Za nim nie stał żaden orszak, po bokach żadni doradcy, żaden oficer protokołu trzymający porządek powitania na tabliczce. Miał na sobie zwykłą szarą wełnę bez ozdób. Dłonie opuszczone wzdłuż ciała. Bez rękawiczek.

Za jej plecami Rennick wydał najcichszy z dźwięków. Połknięte słowo. Wstrzymana korekta.

Zsiadła z konia, zanim koniuszy dosięgnął jej strzemienia, co dało jej dwie sekundy przed chwilą, gdy dziedziniec wypełni się zwykłą krzątaniną przybycia. Wykorzystała je, by przejść osiem kroków dzielące ją od konia do podnóża schodów bez pośpiechu. Ciepło pod rękawiczkami utrzymywało się przez całe podejście. Wspinało się ku nadgarstkom.

Czekał.

Kiedy się zatrzymała, nie ukłonił się. Skłonił głowę. Różnica była na tyle mała, by mogła uchodzić za przeoczenie, i na tyle precyzyjna, by nim nie była.

— Sovereign — powiedziała.

— Isabelle.

W Lorn, w jej własnym mieście, nikt nie wypowiedział jej imienia na głos od ośmiu lat. Przyjęła je bez wyrazu i czekała na resztę.

— Trzy lata — powiedział. Jego głos był niższy, niż go pamiętała. — Byłem bardzo cierpliwy.

W tej frazie nie było ani cienia gniewu. Mężczyzna odczytywał inwentarz.

Jej własny głos, kiedy się odezwała, był spokojny.

— Jestem świadoma.

— Myślałem, że możesz być.

Obrócił się wtedy i gestem wskazał jej drogę ku wewnętrznym drzwiom — wpuścił ją przodem. Znów wbrew protokołowi, bo odwiedzający sovereign powinien być prowadzony, nie zapraszany, i żaden oficer protokołu w żadnym z dwóch królestw nie radziłby postępować tak, jak on to zrobił — to znaczy sprawić, że wyglądało to jak nic.

Rennick, wchodzący po schodach za nią, układał już w myślach korektę, którą wygłosi dziś wieczór.

Eastern wing był tradycyjnie przeznaczony dla gości, a jej pokoje były tym, czym być powinny. Wysoki sufit. Ciężkie zasłony w kolorze kamienia. Biurko przy oknie ustawione pod kątem, by łapać północne światło o złej porze dnia na pracę. To też przyjęła z aprobatą, tak samo zdystansowaną.

Pokojówka, która dygnęła w drzwiach, miała może dwadzieścia trzy lata. Jasne włosy pod prostym czepkiem. Blada cera różowiejąca tam, gdzie korytarzowy przeciąg dosięgał jej policzka.

„Marrie, proszę pani. Będę do dyspozycji Waszej Wysokości przez cały czas pobytu."

Powiedziała przez cały czas pobytu, nie utartą formułą, której użyłyby jej ludzie w Karra. Pod słowami nie było żadnego scenariusza.

„Marrie. Dziękuję."

„Kufry Waszej Wysokości są już na miejscu. Woda w misce gorąca. Za kwadrans będzie chleb i rosół, jeśli Wasza Wysokość sobie życzy przed kolacją."

„To wystarczy."

Pokojówka dygnęła i wyszła. Isabelle stanęła pośrodku nowego salonu i przez chwilę wsłuchiwała się w ciszę — w drugie drzwi na korytarzu, te obok jej własnych, te, na które rzuciła okiem po drodze i o które nie zapytała.

Nic.

Zdjęła rękawiczki palec po palcu i położyła je na biurku obok kałamarza. Odcisk na prawym palcu wskazującym — mały grzbiet, gdzie spoczywało pióro — złapał blask lampy. Znajomy. Jej. Ciepło w dłoniach nie minęło. W krótkiej chwili bezruchu stało się czymś, co mogła wybrać, by ignorować. To była inna operacja niż nieodczuwanie go.

Odwróciła się ku misce.

Mała sala mieściła może trzydzieści osób: obie delegacje, dwóch starszych oficerów Cala, szambelana, którego nie widziała na dziedzińcu. Jedzenie było północne. Ciemny chleb. Pieczeń z czegoś, co leżakowało w jałowcu. Wino w kolorze łupku, smakujące niczym, czego nie umiałaby nazwać.

Cal siedział u szczytu stołu. Ona siedziała po jego prawej, co było właściwe. Pierwsze słowa skierował do Pierre'a, który zajmował miejsce trzy krzesła dalej.

„Skarbnikowi," powiedział. „Wasze zestawienia tranzytów zbożowych z ostatniego kwartału. Kazałem je odczytać na głos dwukrotnie. Są godne podziwu. Chciałbym jutro omówić je z Wami, jeśli macie tę godzinę."

Pierre zarumienił się z zadowolenia, którego starał się nie okazywać, i zabrał głos w kwestii liczb.

Cal zwrócił się następnie do Solle'a w sprawie zapasów wojskowych. Do Rennicka w kwestii porządku obrad na rano. Do Liry, krótko, o trasie kurierskiej.

Do niej nie odezwał się ani razu.

Było to uczynione właściwie. Gospodarz, który trzyma obcego suwerena przy stole i rozmawia z jej ministrami, sygnalizuje szacunek dla jej delegacji. Kryła się pod tym jednak, głębiej, odmowa. Nie będzie dziś wieczór udawał, że spotkają się jako cokolwiek więcej, niż wymaga traktat.

Jadła bez komentarza. Wypiła jeden kielich wina i odstawiła go. Rennick, dwa miejsca dalej po jej drugiej stronie, był wyraźnie zadowolony. Miał twarz, która nabierała wyrazu samozadowolenia stopniowo, i dziś wieczór był na drugim jego stopniu.

Wiedziała, co odczytywał. Odczytywał: Cal nie będzie jej angażować. Bond jest niemy albo pogrzebany. Dobrze zrobiła.

Mylił się co do drugiego z tych wniosków, a ona nie wiedziała jeszcze, w czym ma rację.

Gdy krzesła zaczęły się odsuwać i starsi oficerowie zbierali swoje rzeczy, Cal wstał. Przeszedł wzdłuż stołu bez ceremonii. Skinął głową Pierre'owi, skinął Solle'owi, Rennickowi powiedział zdanie uprzejmego nic. Do niej podszedł ostatni.

Stanął, pół kroku na lewo od niej, dłonie otwarte wzdłuż boków, patrząc na puste miejsce, gdzie stał jej kielich.

„Pokój obok twojego jest pusty od trzech lat," powiedział. „Kazałem go tak trzymać."

Potem wyszedł z sali.

Rennick, który znajdował się w zasięgu tej uwagi, mówił już coś lekkiego w stronę Liry, udając, że nie słyszał. Lira, która też słyszała, nie powiedziała nic. Skończyła składać serwetkę tym samym starannym ruchem, którego użyła na początku kolacji.

Isabelle wstała.

Na korytarzu szła sama. Doradcy odłączyli się w stronę własnego skrzydła, a kroki Cal-a ucichły gdzieś po drugiej stronie — nie było ich już słychać. Wschodnie skrzydło było ciche w ten szczególny sposób, w jaki ciche bywa północny kamień — dźwięk tłumił się w spoinach, nie było echa, które mogłoby go ponieść.

Jej drzwi znajdowały się po lewej. Gładkie ciemne drewno, żelazna klamka, strażnik u szczytu schodów, który udawał, że jej nie widzi.

Drzwi po prawej były z tego samego drewna. Z tą samą klamką. Z tą samą rączką.

Przyłożyła dłoń do muru między nimi. Kamień był zimny. Ciepło, które przez całe popołudnie tkwiło w jej rękach, wciąż tam było — skumulowane, nieugaszone przez sześć godzin grzecznych ceremonii i jeden kieliszek szarego wina.

Spojrzała na drugie drzwi.

Nie było żadnego powodu, by je otwierać. Powiedział jej, co jest w środku. Nic. Trzy lata niczego, utrzymywanego w tym stanie celowo.

Wpatrywała się w nie przez chwilę — prawdopodobnie dłuższą, niż powinna.

Potem otworzyła własne drzwi, weszła do środka i zamknęła je za sobą z taką ciszą, która wymaga wysiłku.

Na korytarzu drugie drzwi pozostały zamknięte — tak jak pozostawały zamknięte od trzech lat.