TaleSpace

Rozdział 3

Na fotografii mężczyzna miał na sobie płaszcz tego rodzaju, jaki widziała dwa poranki wcześniej — wąskie ramiona, ciemna wełna, kołnierz ułożony z takim uleganiem materiału, który przychodzi z długim noszeniem przez jedno ciało. Stał przy ladzie wypożyczeń w Boston Public Library z jedną ręką na blacie, a drugą trzymając to, co było albo portfelem, albo złożoną kopertą. Standardowy aparat biblioteczny uchwycił go w ćwierćobrocie, usta nie do końca zamknięte, mały unik w kąciku oka, który nie był jeszcze zmarszczką i nie był jeszcze spokojem.

Samą kartę przypięto zszywaczem do tyłu raportu Josha. Widniało na niej nazwisko CARROW, J. M. — środkowy inicjał, którego nie było w jej formularzu przyjęciowym, nazwisko, które musiałaby przeliterować sama — a data ostemplowana pod nazwiskiem brzmiała 14 października 1998. Rubryka daty urodzenia została wypełniona jako 1967.

Fotografia przedstawiała mężczyznę w wczesnych czterdziestkach. Może w połowie czterdziestek. Nie był, przy żadnej interpretacji swojej twarzy, mężczyzną lat trzydziestu jeden.

Odłożyła raport na podkładkę i siedziała z nim przez czas, jakiego potrzebowała jej poranna kawa, by stracić pierwszy półcal ciepła.

Josh wniósł raport o dziesięć po ósmej. W drugiej ręce niósł kolejny kubek — kubek, o który go nie prosiła, kubek, którego żadnego poranka nie otrzymywała — i postawił go na biurku tuż przy jej łokciu, bez słowa o tym.

— Dwie anomalie w śladzie SSN, Doctor Collins. Zaznaczyłem je na stronie tytułowej. Rekord biblioteczny jest — fotografja jest z tyłu.

Zawahał się nad słowem fotografia tak, jak wahają się nad nazwiskiem pacjenta, którego jeszcze nie nauczyli się wymawiać.

— Dziękuję, Josh.

— Coś jeszcze?

— Na razie nie.

Nie wyszedł od razu. Jego wzrok przesunął się od raportu do kawy, którą przyniósł, i od kawy do niej, po czym odwrócił się i wrócił na przód. Drzwi zamknęły się za nim z cichym, dodatkowym namysłem, jakiego nie używał przy żadnych drzwiach, które zamykał dla niej przez dwa lata.

Sesja była wyznaczona na dziewiątą.

Została przy biurku. Raport leżał tam, gdzie był, wsunięty pod jej notatnik tak, by nie mógł patrzeć na nią, a z dolnej szuflady biurka wyjęła zalaminowaną kopię karty bibliotecznej, którą zrobiła, zanim Josh wrócił z przodu. Laminat wystygł. Krawędzie były ostre. Położyła kopię awerszem do dołu na niskim stoliku między dwoma fotelami.

Przyszedł na minutę przed dziewiątą. Płaszcz. Rękawiczki. Ten sam ciemny szal złożony raz przez przedramię. Rękawiczki zdjęte i odłożone na stolik boczny, szew do szwu, dłoń do dłoni, ta mała geometria, którą wykonywał przez trzy sesje. Usiadł na fotelu naprzeciwko niej bez układania się w nim, a jego oczy dotknęły jej twarzy przez czas trwania oddechu i przesunęły się, bardzo krótko, w miejsce na jej biurku, gdzie raport byłby, gdyby był widoczny.

— Dzień dobry, Doctor Collins.

— Dzień dobry.

Nie zapytała, jaki był tydzień. Zapytała zamiast tego o dom w Cambridge — dom, o którym wspomniał dwie sesje temu, na ulicy, której nazwę podał bez wahania, ulicy, która między 1880 a 1971 rokiem nazywała się inaczej.

Odpowiedział. Mówił o siedzeniu w oknie i o szczególnej brzozie na zewnątrz, i o jakości światła, które wpadało przez szybę zimą, i które, jak powiedział, pamiętał najlepiej. Jego zdania przychodziły w całości, z tą małą gramatyczną dokładnością kogoś, kto nauczył się pisać, zanim nauczył się mówić. Nazwał brzozę poprawnie. Nazwał kolor tapety. Nie nazwał ani domu, ani roku.

Pozwoliła mu mówić. Nie podniosła pióra. Jej uwaga spoczywała na dłoni na poręczy jego fotelu — dłoni, która nie poruszała się, chyba że tak chciał — i na linii jego ramienia, i pozwoliła mu wypełnić pokój dzieciństwem, które zostało zaaranżowane dla niej tak, jak aranżuje się pokój gościnny dla gościa.

Mówił o nauczycielce fortepianu, która nauczyła go czytać nuty, zanim pozwoliła mu dotknąć klawiszy. Na wewnętrznej stronie okna burzowego, w jego opowieści, utworzył się lód, a szczególny sposób, w jaki się utworzył, miał w gospodarstwie nazwę, którą podał jej przy passie. Mówił o psie, którego imię należało do rasy popularnej w Bostonie między 1885 a 1900 rokiem — co ona później, przy biurku, sprawdzi. Nic z tego, co powiedział, nie było błędem. Żadna część z tego nie była odpowiedzią.

Jej zegar przesunął się o dwadzieścia miejsc, gdy zaczynała się jego druga zima. Podniosła notatnik z kolan, wyjęła spod niego zalaminowaną kopię i położyła ją awers do góry na niskim stoliku między nimi. Ustawiła ją równolegle do krawędzi stołu. Jej dłoń pozostała nieruchoma.

Przerwał. Nie na końcu zdania. W połowie. Pies robił szczególną sztuczkę z piłką tenisową i sztuczka została w powietrzu, niedokończona, a cisza wzięła niedokończoną część i położyła ją na stole obok karty.

Spojrzał na kartę.

Zostawił ją tam, gdzie leżała. Jego oczy przesunęły się po niej tak, jak czyta się znajomy tekst — lewy margines, wiersz po wierszu — i zatrzymały się na fotografii na ułamkę sekundy dłużej niż na reszcie, po czym uniosły się od karty do niej.

Nie mrugnął.

Widziała, jak nie mruga, od trzech sesji. Zapisała to w rubryce małych rzeczy, które zapisywała pod hasłem „nic". To, co spotkało ją teraz, nie było zaskoczeniem, ale czymś bardziej suchym — jakby podejrzenie, które nosiła, nie zauważając go, w końcu dostarczyło dowodu, a dowód odłożył niewielką część ciężaru.

Czekał. Nie odezwał się pierwszy.

— Panie Carrow.

— Doktor Collins.

— Czy powiedziałby mi pan, na co patrzę.

— To jest karta biblioteczna. — Jego oczy nie odrywały się od niej.

— Tak. Z 1998 roku.

— Tak. — Pozwolił słowu osiąść, potem nie dodał do niego nic.

Nie powiedział jeszcze, że karta jest jego. Nie powiedział jeszcze, że karta nie jest jego. Powiedział tylko to, co było widoczne na jej awersie, w kolejności, w jakiej mógłby to przeczytać na głos komuś, kto poprosił o pomoc w opisaniu rzeczy.

Jej dłoń na poręczy fotela obróciła się dłonią do dołu. Przez trzy sesje trzymała ją dłonią do góry, w ćwiczonej pozycji, na której zbudowała swoją pracę — otwarta dłoń w spoczynku, wyuczony gest — i niewielkie odwrócenie wcisnęło jej kostki w tapicerkę i utrzymało się tam.

— Fotografia.

Spojrzał na kartę znów. Spojrzał na nią.

— Jak chciałaby pani, żebym to wyjaśnił, doktor Collins — jako pani pacjent, czy jako osoba siedząca naprzeciw pani teraz?

Pytanie przybyło w jego głosie i w jego tempie, które się nie zmieniło, a formalność jego konstrukcji była formalnością, jakiej użył w każdym zdaniu wypowiedzianym do niej od pierwszego poranka. To, co kryło się w tej konstrukcji, było czymś, co żaden pacjent nie zaoferował jej w żadnym pomieszczeniu, w którym kiedykolwiek siedziała.

Kaloryfer pod dalekim oknem cyknął.

Cykał od listopada. Przez sześć lat w tym gabinecie go nie słyszała. Gdzieś na Boylston przejechał samochód. System wentylacji budynku buczał nisko i ciągłym tonem — dźwięk, którego również nie słyszała przez sześć lat i który teraz dotarł do jej ucha, jakby czekał, aż go dogoni.

Pod tymi dźwiękami, wyraźniej niż którykolwiek z nich, pojawiło się rozpoznanie, że jej odpowiedź czekała na nią od chwili, gdy Josh postawił drugi kubek na jej biurku i wrócił na przód.

Jej oczy utrzymały się na nim, nie na zegarze, nie na karcie. Jej dłoń pozostała dłonią do dołu na poręczy fotela. Patrzyła na niego, bo odwrócenie wzroku byłoby małym kłamstwem, na które nie miała siły, i patrzyła w ten sposób, w jaki twarz czeka, gdy czekała długo i jest w tym dobra.

Otworzyła usta.

Zamknęła je.

Otworzyła znowu.

— Jako obie te osoby.

Dwa słowa spadły blisko karty, nie na nią. Zamarł. Nie skinął głową. Kącik ust wykonał ten drobny ruch, który pojawiał się na jego twarzy, gdy zrozumiał — to nie był uśmiech i zaczynała to rozpoznawać.

Minutowa wskazówka zegara nie kliknęła. Kaloryfer nie cykał. Pokój, w małej przestrzeni stworzonej przez to, co właśnie powiedziała, wstrzymał oddech tak, jak wstrzymuje go pokój, gdy ktoś w nim zdecydował się nie wychodzić.

Żadne z nich nie dotknęło karty. Leżała między nimi na niskim stoliku, lamelowana krawędź łapała jeden fałd porannego światła, i ona patrzyła, jak on obserwuje ją, nie kartę, i sesja toczyła się dalej wokół tego wstrzymanego miejsca, gdzie karta została położona.

It's just getting good…

Enter your email to see what happens next.

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się