TaleSpace
Anna

Anna

Kawa i opowieści ☕

Nieśmiertelny Pacjent

4.8(424)
Rozdział 1 · 5 min czytania
3.6K
#RomansParanormalny#Vampire#ForbiddenLove#SlowBurn#OfficeRomance
Przyszedł do mnie z pragnieniem śmierci. Problem polegał na tym, że próbował już od trzystu lat.

Rozdział 1

Formularz przyjęcia leżał otwarty na biurku Noelle po raz trzeci tego ranka, a data urodzenia wciąż brzmiała 1687.

Josh wniósł go chwilę po ósmej, przesuwając teczkę manilową po blacie z tym drobnym gestem przeprosin, którego używał, gdy dokumentacja szła nie tak. — Przepisałem to tak, jak zostało napisane — powiedział. — Wypełnił to sam. Atramentem. Sprawdziłem dwa razy.

— Pewnie 1987.

— Pewnie.

I tak wpisał 1687, bo Josh był dokładny w tym konkretnym sensie, który czynił go dobrym w swojej pracy i kiepskim w luźnych rozmowach, i bo protokół nakazywał przepisać to, co pacjent napisał. Teczka spoczęła na środku blatu, a Josh wrócił na recepcję.

Jej kawa wystygła, podczas gdy czytała akta. James Carrow, wiek trzydzieści cztery lata, prawnik, lekooporna ideacja samobójcza, skierowany przez kolegę, którego nigdy nie spotkała. Historia była czysta. Daty wcześniejszego leczenia były precyzyjne. Pismo było skrupulatne — każda litera wyprostowana, każda cyfra domknięta, takie pismo, jakie ma ktoś, kto nauczył się pisać przed erą klawiatur i nigdy nie rozluźnił nawyku.

Położyła dłonie wzniesione na kolana i poczuła ten drobny klik profesjonalnej postawy, który osiadał w jej ciele. Robiła to bez zastanowienia teraz, tak jak niektóre kobiety poprawiają rąbek szpilki. Takie dłonie nie ruszały się podczas sesji. Takie dłonie nie zdradzały.

Jedenaście minut.

Wszedł o dziewiątej.

Wyższy, niż sobie wyobrażała, choć nie potrafiłaby powiedzieć, co sobie wyobrażała. Ciemny płaszcz z kaszmiru. Ciemnoszary garnitur. Skórzane rękawiczki, które zdjął na progu i złożył raz, zgięciem do wewnątrz, i położył na stoliku bocznym, nie patrząc na nie. Ten gest miał tę drobną precyzję rytuału powtarzanego wystarczająco długo, by przestać być świadomym jego wykonywania.

— Doctor Collins.

— Panie Carrow. Proszę usiąść.

Usiadł w fotelu naprzeciw niej. Nie ustawił się w nim. Usiadł tak, jak stoi szklanka wody — bez negocjacji.

— Dziękuję, że przyjęła mnie pani w tak krótkim terminie.

— Oczywiście.

Jej zdanie otwierające osiadło. Odruchowe. Wyćwiczone. Pod spodem reszta niej już czytała pokój — sposób, w jaki wybrał fotel, który nie był skierowany do okna, sposób, w jaki jego ramiona nie dopasowały się do poduszek, jego płaszcz leżący na poręczy fotelu z podszewką idealnie wygładzoną.

— Chcę oszczędzać pani czas.

— Proszę wziąć tyle, ile potrzebuje pan.

— W takim razie zacznę tam, gdzie skończył list polecający. — Złożył dłonie na kolanach. — Od pewnego czasu chcę umrzeć. Nie w kryzysie. Nie w taki sposób, w jaki literatura opisuje ostre ryzyko. Chcę nie kontynuować, i ta chęć nie ustąpiła pod wpływem leczenia. Trzech poprzednich terapeutów. Dwa próby farmakoterapii. Nie stanowię zagrożenia dla innych i nie stanowię — według standardowych kryteriów przyjęcia — bezpośredniego zagrożenia dla siebie. Przyszedłem do pani z powodu pani pracy i dlatego, że skończyli mi się praktycy, którzy potrafią być szczerzy co do tego, czego ich metody nie są w stanie dosięgnąć.

Zupełne zdania. Pełne kropki. Bez skrótów. Jego głos był niższy, niż wymagał tego pokój, co znaczyło, że musiała się lekko pochylić, by go usłyszeć, co znaczyło — fakt, który odnotowała po cichu, pod wszystkim innym — że to on ustalał głośność rozmowy.

— Proszę mi opowiedzieć o poprzednich terapiach.

Opowiedział. Z datami. Z dawkami. Z nazwami leków, które nie były przepisywane od ośmiu lat, i jednego, o którym nie słyszała od czasów szkolenia. Odpowiedział na każde pytanie. Nigdy nie odpowiedział dosłownie.

Niczego nie zapisała. Jej dłonie zostały tam, gdzie były.

Po dwudziestu minutach powiedziała: — Mogę zapytać, czym się pan zajmuje?

— Jestem prawnikiem.

— Czynnym zawodowo?

— Wpisanym do rejestru. Nie prowadzę spraw w sądzie. Konsultuję sprawy archiwalne — testamenty, fundusze powiernicze, długie formy własności.

— A ta praca konsultacyjna — czy nadaje strukturę pana tygodniowi?

— Nadaje strukturę. — Pauza. — Nie wymaga mojej obecności, w sensie, który rozumiem, że pani ma na myśli.

Kącik jej ust drgnął, zanim go powstrzymała. Zauważył to; nie uśmiechnął się w odpowiedzi, co było niemal uśmiechem.

Położyła długopis na notatniku bez podnoszenia go najpierw.

Czterdzieści dziewięć minut później powiedziała: — Zostało nam jedenaście minut. Chcę zapytać, czego chciałby pan od tej pracy. Nie tego, co chciałby pan, żeby się zmieniło. Tego, czego chciałby pan od siedzenia w tym pokoju ze mną.

Patrzył na nią przez długi moment. Nie mrugnął od pytania. W ten sposób zauważa się zegar, który stanął — nie w chwili, gdy stanął, ale później, gdy coś innego nie podąża za nim.

— Chciałbym — powiedział — zostać wysłuchany raz przez kogoś, kto nie próbuje mnie naprawić.

— To jest to, co chciałabym zaoferować.

— Wiem.

Pozwoliła odpowiedzi osiadać. Kaloryfer kliknął dwa razy w rogu. Kawa przy jej łokciu osiągnęła temperaturę pokojową.

Wstał o pełnej godzinie.

Podszedł do drzwi bez pośpiechu. Podniósł najpierw płaszcz, potem rękawiczki, a na progu odwrócił się z jedną rękawiczką do połowy założoną, i coś pod jej żebrami uchwyciło zmianę w geometrii pokoju, zanim cokolwiek innego to zrobiło.

— Doctor Collins.

— Tak.

— Pani artykuł. Wrzesień, Palliative Psychiatry. Irreversible Loss and the Limits of Professional Repair.

— Tak.

— Ten akapit o pani bracie. — Pauza nie była dla efektu. — To jedyne, co przeczytałem od dwudziestu sześciu lat, co nie próbowało niczego naprawić.

Druga rękawiczka została założona. Przekroczył próg, a drzwi zamknęły się za nim tym miękkim, skończonym dźwiękiem drzwi zamkniętych przez kogoś, kto ma trzy stulecia praktyki.

Nie ruszała się przez pewien czas.

Wrzesień był na niższej półce za jej biurkiem, tam gdzie trzymała czasopisma, których nie zdecydowała się jeszcze wybaczyć. Wstała. Przeszła te cztery kroki. Zdjęła numer z półki i położyła na biurku, i otworzyła na własnym artykule, i przesunęła palec wskazujący wzdłuż marginesu, aż palec dotarł do miejsca złamania akapitu, gdzie akapit był, zanim Ruth Khoury zapytała ją — delikatnie, profesjonalnie, z życzliwością redaktorki, która widziała to już wcześniej — czy jest pewna, że chce ten osobisty fragment w recenzowanym czasopiśmie.

Nie była pewna. Powiedziała tak. Dwa dni przed oddaniem numeru do druku poprosiła Ruth, żeby go usunąć.

Akapit nie był w czasopiśmie.

Przewróciła stronę. Wróciła. Przeczytała okoliczny tekst dwa razy, tak jak szuka się nieobecności dziecka na brzegu basenu.

Podniosła wzrok na fotel naprzeciw niej. Siedzisko wciąż nosiło wgniecenie po jego ciężarze. Na niskim stoliku między fotelami stała szklanka wody, którą postawiła przed sesją. Brzeg był czysty. Żadna kondensacja nie zgromadziła się wewnątrz szklanki. Woda stała nietknięta.

Miała jedenaście minut między sesjami. Wykorzystała cztery z nich.

Podniosła telefon i trzymała go bez odblokowywania, a ten mały kliniczny przedział w jej klatce piersiowej, który był zdyscyplinowany i dobrze zbudowany i powstawał przez rok, otworzył się odrobinę wzdłuż starego szwu i wpuścił powietrze pokoju, który stał się, w ciągu ostatniej godziny, mniejszy, niż miał jakikolwiek powód być.

Opublikowana wersja nie zawierała akapitu o Danielu.

Ktoś dał mu wersję, która go zawierała.

Nieśmiertelny Pacjent — Rozdział 1: Rozdział 1 | Czytaj online