TaleSpace

Rozdział 3

Senna wyszła pierwsza, bo Senna była tą, która mogła.

Narzuciła szal na skórzany fartuch, kazała żarowi nie patrząc na niego zachować umiar i skinęła krótko Markowi, co znaczyło idź drugą drogą i nie sprzątaj po sobie. Potem zatrzymała się przy kotarze i spojrzała na Isolde tak, jak stary lekarz patrzy na trudną recepturę, którą wciąż waży, czy podpisać.

— Siedem godzin — powiedziała Senna. — Wrócę przez południową piwnicę z dwiema parami rąk i płaszczem na miarę. Do tego czasu on cię nie puszcza. Ty się nie odrywasz.

— Rozumiem.

— Jeszcze nie. Zrozumiesz. — Uniosła kotarę. — Dopasuj oddech do jego. Nie próbuj o tym myśleć. Ta część, która myśli, to ta część, która nadaje.

Kotara opadła. W pomieszczeniu były trzy osoby i żar; stały się dwie osoby i żar, gdy Marek wyszedł uderzenie serca później przez łuk, którym tu przyszli.

Wysoki mężczyzna znieruchomiał, gdy ich kroki cichły w głąb ceglanego korytarza. Został w swoim miejscu przy kotarze, dłonie otwarte wzdłuż ciała, i czekał, dopóki korytarz na zewnątrz nie wrócił do ciszy, którą posiadał, zanim ktokolwiek z nich go dotknął.

Gdy się odwrócił, odwrócił się w jej stronę, nie na nią. Przez piętnaście lat rejestrowała różnice w tym, jak ludzie podchodzą do biurka, a ciało, które przeszło przez małą komorę w jej kierunku, nie wniosło żadnego roszczenia. Tylko fakt.

— To działa tak. — Jego głos w zamkniętym pomieszczeniu był niższy niż w tunelu. — Dłoń na twoim gardle. Na znaku. Ty plecami do mojej piersi. Bez gadania. Oddychamy. Mój wydech, twój wydech. Mój wdech, twój wdech. Dwie minuty do przyćmienia. Senna powiedziała siedem godzin.

Usłyszała słowa i przetłumaczyła je, automatycznie, na język procedury: kontakt, czas trwania, wycofanie. Tłumaczenie było tym, co musiała zrobić, żeby móc wstać ze stołka.

Wstała.

— Dwie minuty.

— Do przyćmienia. Żeby całkowicie zgasnąć, dłużej. Żeby mieć pewność, że na powierzchni nie świecimy, trzeba wytrzymać godziny.

— Dobrze.

— Dobrze.

Czekał. Nie podchodził. Czekanie było celowe i ona zrozumiała, z opóźnieniem, że czeka, aż ona podejdzie do ściany, i że to od niej zależy ten krok.

Podeszła.

Komora miała sklepienie z cegły ułożonej w ten sam jodełkowy wzór co sufit tunelu, a cegły na wysokości ramion były wyślizgane bardziej niż reszta przez stulecie czeladników piekarskich opierających się o nie, gdy ich mistrzowie krzyczeli. Przyłożyła czoło do cegły najpierw, bo czoło było tą częścią niej, która postanowiła, że to już jest jej poranek. Potem odwróciła się plecami do ściany, a potem, bo geometria, którą opisał, wymagała, by stała twarzą do ściany, odwróciła się ponownie, położyła dłonie płasko na cegłach i opuściła ramiona.

On wszedł za nią.

Przesunięte powietrze na tyłu jej szyi dotarło do niej przed nim. Jego prawa ręka wysunęła się nad jej ramię, dłoń otwarta, i ułożyła się na boku jej gardła, tam gdzie znak leżał pod materiałem.

Materiał był wystarczająco cienki, że jego dłoń spoczęła na srebrze przez jedną warstwę lnu. Tym razem nie odsłoniła kołnierza. On nie prosił o to.

Pierwszą rzeczą, jaką była jego dłoń, był chłód. Powietrze tunelu było na jego ręce dłużej niż na jej. Chłód trwał cztery uderzenia serca, a potem jego skóra ogrzała się do temperatury wnętrza jego płaszcza i srebro pod jej kołnierzem przyjęło nowe ciepło i straciło ułamek własnego blasku.

Obserwowała światło na swoim gardle przez kąt własnego cienia na cegle.

Puls, i kolejny, i wolniejszy po nim.

Jego klatka piersiowa dotknęła jej pleców. Nie przyciśnięta. Umieszczona. Jego druga ręka została z dala od niej, u boku. Nie objął jej ramieniem. Umowa dotyczyła gardła i oddechu i trzymał się umowy.

Jego oddech dotknął drobnych włosków na boku jej szyi, zanim go usłyszała.

Dopasowała się do niego.

Pierwsze dopasowanie było nieudolne, wyprzedzone o pół miary, bo wstrzymywała oddech, nie zauważając tego. Drugie było bliższe. Trzecie trafne. Srebro pod jego dłonią przeszło ze srebra w srebro bledsze, w bezbarwny blask żyjący już tylko w płótnie, zniknąwszy ze skóry pod spodem, a potem płótno znieruchomiało.

Nad głową buty. Cztery pary, przemierzające brukową ulicę odliczaniem. Były tu wcześniej, w chwili, zanim Senna powiedziała teraz byłby czas. Zostały. Rozszerzyły swą pętlę.

Buty znieruchomiały.

Jej oddech chciał zamarnąć razem z nimi. Jego nie. Jego oddech wychodził równym strumieniem przez nos w tył jej włosów, i poczuła delikatne ujęcie, gdy brał następny, a jej własny poszedł za nim bez pozwolenia którejkolwiek z części, które wydawały pozwolenia.

Buty ruszyły. Odeszły na północ, potem dalej na północ, i wtedy sufit przestał przesyłać jej buty.

Stała w komorze pod piekiem piekarni z tyłem głowy opartym o klatkę piersiową mężczyzny, którego twarz znała tylko z listu gończego, a jej ciało nie bało się.

To było zdanie, które zaoferował jej umysł, w ostrożnej składni kwartalnego raportu podsumowującego Rejestru. Temat nie przejawia wskaźników reakcji lękowej. Odnotowała to i odłożyła na bok, bo odnotowywanie było jedyną dostępną metodą pozostania osobą.

Jego dłoń nie poruszyła się na jej gardle. Spoczywała tam z ciężarem przedmiotu odłożonego na półkę, gdzie było jego miejsce.

Czas zrobił to, co czas robił w archiwach. Odszedł i wracał w odstępach, a odstępy się wydłużały. Przez pewien czas liczyła, bo liczenie było tym, co robiły jej buty na schodach i co robiły jej kciuki na krawędzi strony; liczenie było jej poręczą. Liczyła jego oddechy i swoje, a potem przestała liczyć, zgubiwszy, na którym oddechu jest.

W pewnym momencie jej ramiona straciły linię, którą trzymały. Opadły. Nie dała im na to pozwolenia.

Jej czoło nachyliło się do przodu, aż znów było blisko cegieł.

W pewnym momencie oczy jej się zamknęły.

Wybór zarejestrował się dopiero po fakcie, na tle ciemności pod powiekami: jej ciało czekało na pozwolenie, by być zmęczonym, przez nieco więcej niż jedno przedpołudnie, i pozwolenie to zostało teraz udzielone przez nieobecność: nieobecność wymogu bycia Isolde Verren, Starszym Archiwistą, drugie piętro, północne skrzydło. Nieobecność miała dłoń na jej gardle. Dłoń należała do mężczyzny, który był twarzą na trzech rysunkach na liście gończym, i nieobecność nie przez niego została podważona.

Pomyślała, powoli, że powinna być przerażona. Myśl dotarła na właściwszy adres bez bagażu.

Mina długi czas. Brasero w komorze wygasło do węgli, które dawały cegłom rudawą ciepłoto przy podłodze i nic wyżej. Zasłona w kącie nie poruszyła się, bo nie było przeciągu, który by nią poruszył. Gdzieś nad nimi na świecie piekarskie popołudnie zmieniało się w piekarski wieczór; zapach drożdży zrzedł w powietrzu. Nic z tego nie przełamało cegieł.

Jego oddech, powolny, równy, wielkości i ciężaru śpiącego zwierzęcia przyciśniętego do jej pleców.

Jej oddech, powolny, równy, wielkości i ciężaru rzeczy, której przestano kazwać występować.

Przez piętnaście lat poranków wykonywała kolumnę drobnych równych ruchów zaprojektowanych tak, by zapewnić, że w żadnym momencie nie zmięknie. Herbata, dokładna miara. Kołnierz, dokładny kąt. Okulary odłożone na biurko w kącie, gdzie lampa by je złapała. Ta dyscyplina nie czuła się dla niej jak mur; czuła się jak korytarz. Teraz korytarz był pusty po raz pierwszy od piętnastu lat, a ktoś, komu się jej nie przedstawiono, stał wewnątrz jej korytarza z dłonią na jej gardle, i jej korytarz nie miał nic przeciwko temu.

Buty wróciły.

Tym razem byli dalej. Znów poszerzyli swój obchód. Zatrzymali się na rogu, którego nie potrafiła umiejscowić, bo jej mentalna mapa Dzielni Piekarskiej była planem geometrycznym, a nie zamieszkaną geografią. Pauza trwała dłużej niż pierwsza. Znak pod jego dłonią drgnął i rozjarzył się, szybkim małym błyskiem, który poczuła, nim zobaczyła, bo materiał przy jej gardle ogrzał się o pół stopnia, nim srebro pokazało się na krawędzi jego palców.

Ścisnął dłoń.

Nie mocno. Bliżej. Jego kciuk przesunął się o pół cala, by obejść punkt tętna na boku jej szyi, i jego dłoń osiadła. Ich oddechy rozdzieliły się o jedno uderzenie serca w momencie rozbłysku. On przywrócił swój do jej oddechu bez słowa, a jej własny podążył za jego w wspólne rytmie z opóźnieniem osoby uczącej się tańca.

Błysk przygasł. Buty po długiej minie ruszyły i oddaliły się. Śledziła dźwięk, aż zniknął w suficie, i nie pozwoliła sobie nazwać jego nieobecności ulgą, bo ulga była luksusem, który prosił ciało o opadnięcie, a ciało nie mogło jeszcze opaść.

Przy jej włosach, nisko, blisko wibracji w kości za uchem:

— Oddychaj. Ze mną. Albo nas znajdą.

Głos był tym głosem, który dał ciemności słowo ruch. To był głos, który dał jej słowo zrobisz to. Tu był czymś innym, czymś, na co tunele nie zrobiły miejsca: miękkością, o której zdawał się nie wiedzieć, że ją niesie, i otwarciem w samogłoskach, które należało do południowych prowincji, gdzie miasta budowane były wokół fontann, a spółgłoski ustępowały miejsca.

Nie miała zawodowego powodu, by znać akcent południowych prowincji. Imperial Registry nie katalogował akcentów. Fragment jej, który rozpoznawał, jak głos otwiera się wokół e w oddychaj, nie nauczył się tego przy biurku.

Jej klatka piersiowa zrozumiała przed jej ustami. Oddychała. Z nim. Znak pozostał ciemny.

Trzymali się w komorze długo po tym, jak drugi patrol minął. Węgle osiadły. Gdzieś nad nimi, w świecie, wieczór piekarzy zmieniał się w pustą godzinę piekarzy, gdy piece stygły, czeladnicy szli do domów, a ulice nad jodełką oddawały zimnu jego dawne władanie. Nic z tego nie przeniknęło przez cegłę.

Gdy jego dłoń wreszcie się poruszyła, poruszyła się o najmniejszy miarowy skok, jaki mogła zarejestrować. Jego kciuk uniósł się z punktu tętna. Dłoń została. Ruch był początkiem zdania, którego nie zdecydował jeszcze, czy wypowie.

Wypowiedział je.

— Przykro mi.

Słowo wyszło z niego zbyt szybko. Nie czekało, aż następne zdanie będzie gotowe. Siedziało w komorze samo przez czas, jakiego potrzebował, by rozpoznać, co powiedział, a potem siedziało tam jeszcze jedno uderzenie serca, bo go nie cofnął.

Nie odwróciła się. Nie mogłaby się odwrócić bez ruszenia dłoni, a dłoń stała się rzeczą, wokół której zbudowany był pokój.

Usłyszała, jak bierze oddech — nie dla znaku, dla siebie — i odnajduje głos znów.

— Siedem godzin — rzekł równym tonem, w sposób, w jaki mężczyzna recytuje obowiązek. — Będę musiał cię nie puszczać.

Cegła była chłodna pod jej dłońmi. Srebro pod jego palcami było ciemne. Buty nie wróciły.

Zamknęła oczy znów i pozwoliła słowu przykro siedzieć w pokoju tam, gdzie je zostawił, bo nie było gdzie go odłożyć, by stało się mniejsze.

Your next chapters are free

Enter your email to unlock them.

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się