TaleSpace
Kasia

Kasia

Miłość i pasja 🌹

Nazywała się Iselva

4.7(250)
Rozdział 1 · 5 min czytania
9.2K
#RomansFantasy#Amnesia#SecondChance#ForbiddenLove#SlowBurn
Powiedzieli mi, że mój mąż umarł dziesięć lat temu. Nie powiedzieli mi, że był wspomnieniem, które ktoś we mnie wpisał — ani że mężczyzna, który może je wymazać, zna kobietę, którą kiedyś byłam.

Rozdział 1

Teczka na jej biurku była datowana na rok przed jej narodzinami, a Isolde zweryfikowała pieczęć trzykrotnie, zanim gong wybił dziewiątą.

To był rodzaj szczegółu, który preferowała: trzydzieści sześć lat imperialnego papieru między kciukiem a palcem wskazującym, tusz wciąż osadzony w zagięciach, bo laka woskowa wytrzymała. Wosk zachowywał się lepiej niż pergamin. Argumentowała ten punkt w trzech wewnętrznych notatkach i dwa razy okazało się, że miała rację.

Czytania Imperialnego Rejestru utrzymywały ten sam chłód, który zawsze utrzymywały. Zaklęcia konserwacyjne przebiegały przez ściany przez cały rok, a w dniu jej imienin działały w tej samej temperaturze co każdego innego dnia. Nad nią malowidła przodkowie imperium obserwowali ją z fresku na suficie — młodsi, większość z nich, w momencie, gdy ich malowano, niż ona była teraz.

Przerzuciła stronę. Jej rękawiczki były te cienkie, szare, których używała do pracy weryfikacyjnej. Droższe niż standardowe. Zapłaciła za nie sama.

Drzwi na południowym końcu otworzyły się i weszła Wynne Carrow, niosąc herbatę w dwóch filiżankach, bo Wynne nigdy nie nosiła niczego w jednej. Wynne zawsze przynosiła drugą, na wypadek gdyby zdołała przekonać Isolde, by ta przerwała na pięć minut i odpowiedziała na coś nieistotnego o swojej siostrze, swojej gospodyni, cenie chleba.

— Dla najbardziej zasłużonej archiwistki na trzecim piętrze — rzekła Wynne. — To ty, na wypadek gdyby skromność twojego poranka przesłoniła ten fakt.

— Nie przesłoniła. — Isolde odłożyła rylec. — Dziękuję.

— Trzydzieści pięć.

— Tak.

— Wiedziałaś, że wiosną skończyłam dwadzieścia osiem. Dwadzieścia osiem czuwa się jak rok przejściowy. Trzydzieści pięć musi czuć się jak —

— Jak trzydzieści pięć. — Isolde pociągnęła łyk. Herbata była poranną mieszanką Rejestru, zbyt długo parzoną, bo Wynne zawsze ją zbyt długo parzyła. Zachowała to dla siebie. — Dziękuję, Wynne.

Wynne się ociągała. Wynne była kobietą, która w swoich najlepszych chwilach opuszczała pokoje szybko, a w najgorszych kręciła się w pobliżu. Teraz się kręciła.

Isolde sięgnęła ręką i poprawiła małą złotą szpilk w prawym uchu. Odruch; zapięcie uwierało ją od chwili, gdy założyła je o szóstej. Zakładała je o szóstej od trzynastu lat.

Wzrok Wynne podążył za jej dłonią. Wzrok Wynne pozostał tam, gdy Isolde opuściła rękę.

— Nadal te? — rzekła Wynne. Lekko. — Te małe złote.

— Tak.

— Od Magistra Vossa. Gdy skończyłaś dwadzieścia dwa.

— Tak.

— Trzynaście lat — rzekła Wynne, a zdanie niósł w sobie ułamek więcej ciężaru niż wymagały jego słowa. — Nigdy ich nie wyjmujesz.

— Są dobrze wykonane. — Isolde odwróciła twarz o szerokość palca, wystarczająco, by włosy opadły wzdłuż szczęki, wzdłuż linii jej szyi. Ruch był stary. Robiła to bez zastanowienia, każdego ranka, od piętnastu lat. — Czy było jeszcze coś, Wynne?

Wynne się uśmiechnęła, szybkim, drobnym uśmiechem, który jej oczy odmawiały udziału, a uśmiech mówił: Zauważyłam, że poprawiłaś kołnierz, choć na kołnierzu nic nie było. Nie powiedziała tego na głos. Powiedziała: — Wszystkiego najlepszego z okazji imienin. Naprawdę.

Wyszła.

O wpół do jedenastej Isolde zwróciła zweryfikowaną teczkę na jej miejsce i pobrała zestaw roboczy: poprawki do Rejestru Zmian, trzeci kwadrant, nazwiska rekomendowane do pośmiertnej reklasyfikacji. Praca była spokojna. Raz lub dwa razy w roku trafiała na rekomendację, którą należało podważyć; resztę przetwarzała między myślami. Urzędnik gdzieś życzył sobie poprawić dziedziczną pisownię. Wdowa wystąpiła o przywrócenie wojskowego stopnia zmarłego męża. Prowincjonalny rejestrator przepisał omyłkowo rok o dekadę i błagał o łaskę pozwolenia na naprawienie błędu.

Magister Calder Voss przeszedł długim przejściem między stołami do czytania o wpół do jedenastej. Przychodził o wpół do jedenastej każdego ranka. Przychodził o wpół do jedenastej od piętnastu lat.

Zatrzymał się przy jej biurku i położył dłoń na oparciu jej krzesła, nie opierając się na nim. Nigdy się nie opierał. Miał sześćdziesiąt dwa lata i postawę człowieka, który uważał się za dalekiego od bycia starym.

— Starsza Archiwistko Verren — rzekł. — Trzydzieści pięć dzisiaj, jak mi doniesiono.

— Tak, Magistrze.

— Nie przyjmie pani gratulacji ode mnie na piśmie. Sprawdziłem szufladę protokołu.

— Nie przyjmie pan herbaty ode mnie w tej sali. Sprawdziłam szufladę protokołu.

To była krótka wymiana, którą prowadzili przy kilku ostatnich okazjach imienin. Dziś ofiarował jej ten półuśmiech, który rezerwował dla takich chwil.

— Wrócę później — powiedział. — Jak zawsze.

— Jak zawsze.

Jego dłoń opuściła oparcie krzesła. Brązowy pierścień na prawym małym palcu — pieczęć Memory-Smitha, grawerowana kałamarńca — położył długi, cienki cień na jej podkładce, gdy się odwrócił. Odprowadziła go wzrokiem do drugiego końca sali, gdzie zatrzymał się przy biurku młodszej archiwistki i pochylił, by przyjrzeć się jej pracy, uprzejmy w sposób, jaki zawsze go cechował. Wróciła do swojej strony.

Następny plik to katalog wymazanych biografii, roboczy rejestr, który trafiał na jej biurko trzy razy w tygodniu. Nazwiska, których identyfikatory Hronik zostały wycofane, z krótkimi notatkami o przyczynie: dobrowolne wycofanie się z życia publicznego, stwierdzona śmierć bez pozostawienia potomstwa, przesiedlenie kupieckie poza jurysdykcję imperialną. Pierwsze dwie kategorie robiły większość pracy. Trzecią wymyślił jakiś sprytny Magister na długo przed jej czasami, by pokryć przypadki, w których niewygodnie było wyszczególnić którąkolwiek z pozostałych.

Nie miała w zwyczaju, jako kwestia zawodowej dyscypliny, rozwodzić się nad kategorią trzecią. Przetwarzała ją.

Właśnie podpisała plik — Holst, T., poprzednie stanowisko Imperial Cartographic Annex — gdy zaczęło się palenie.

Nie było to palenie, które potrafiła nazwać. Nadchodziło skądś spod jej wysokiego kołnierza, między obojczykiem a linią włosów, po prawej stronie. Ciepło. Nie ciepło gorączki. Ciepło nacisku przyłożonego do skóry od środka, jakby coś próbowało się przedrzeć.

Nie poruszyła się przez cztery oddechy. Była uczona, by nigdy nie wykonywać nagłych ruchów przy biurku. Czytelnia działała na ciszy, a ona zbudowała karierę na gotowości do krwawienia w milczeniu, byle nie przeszkadzać w pracy koleżance.

Po piątym oddechu otworzyła dolną szufladę bokiem dłoni, jakby sięgała po nowy rylec, i wyjęła małe lakierowane lusterko, które trzymała tam od trzynastu lat, bo w łazience Registry nigdy nie było działającego lustra.

Uniosła je na wysokość kołnierza. Obróciła podbródek o pół stopnia.

Wzór biegł wzdłuż skóry pod żuchwą. Nie rumień. Nie stan zapalny. Struktura. Spirale i węzły, trzy węzły, które mogła policzyć pod tym kątem, w kolorze starego srebra przetykanego czernią, która nie była czernią siniaka, ale czernią atramentu. Głębszą. Płaszczyznową. Celową.

Odłożyła lusterko do szuflady i ją zamknęła. Mały zegar w rogu biurka pokazywał dwanaście zero trzy.

Odczytała czas, zanim podjęła jakąkolwiek inną decyzję. Dyscyplina tego gestu została z nią, nawet gdy reszta niej zaczęła, bezgłośnie, spadać w dół długich wewnętrznych schodów.

Wstała, przejechała dłońmi raz po przodzie spódnicy, by ją wygładzić, i przeszła między biurkami czytelnimi w tempie, w którym zawsze je przemierzała. Dwie koleżanki, które minęła, skinęła głową. Ręka trzymała się z dala od kołnierza, bo jej podniesienie zdradziłoby sali.

Korytarz serwisowy znajdował się za prostymi drzwiami w południowej ścianie, używanymi przez starszy personel na chwilki, które nie wymagały publicznych schodów. Zimna zaprawa. Obojętne oświetlenie. Pchnęła drzwi zamknięte i przycisnęła ramiona do kamienia, bo nogi zaczęły schodzić wewnętrzne schody, niezależnie od tego, czy udzieliła im na to pozwolenia.

Korytarz nie był pusty.

Magister Voss stał trzy kroki od drzwi z rękami splecionymi za plecami.

Szedł za nią bezgłośnie. Nie usłyszała ani jednego jego kroku.

Patrzył na nią z wyrazem, który nie był wyrazem, jaki znała u niego od piętnastu lat. Półuśmiech zniknął. W jego miejsce wstąpiło coś, do czego nie miała wpisu w swoim słowniku jego: zmęczenie, być może, i starość, i cierpliwość, i gotowość.

— Isolde.

Jej głos nie chciał odpowiedzieć.

Podszedł do niej bez pośpiechu. Położył dłoń na jej policzku, tak jak położył ją po jej obronie w wieku dwudziestu dwóch lat, tak jak położył ją w poranek jej trzydziestych czwartych imienin, z delikatnością mężczyzny, który nie miał własnych dzieci.

— Witaj, Iselva — powiedział. Cicho. Imię w jego ustach miało wymodelowany kształt imienia często używanego. — Mam nadzieję, że tym razem się utrzyma.

Gdzieś za dalekim końcem korytarza, przez kamień, przez dwoje drzwi, przez wysokie małe okna wychodzące na skrzydło inkwizytorskie, ciężkie drzwi otworzyły się i zamknęły.

Jej kolana zrobiły to, na co nie pozwalała im przez cały czas.

Jego druga dłoń złapała ją za łokieć, zanim jej ramię oderwało się od ściany.

— Spokojnie, dziecko. Jego kciuk wciąż spoczywał pod jej uchem, przy kolczyku, który dał jej trzynaście lat temu. — Spokojnie. Mamy minutę. Może dwie.