Motel przy dworcu autobusowym brał trzydzieści osiem dolarów za noc i nie zadawał pytań. Eve zapłaciła z koperty z napiwkami, gotówką, i wpisała do rejestru panieńskie nazwisko matki. Własne nazwisko stało się teraz linią, wzdłuż której jakiś system ją śledził.
Pokój miał krzesło, lampę, łóżko. Okno wychodziło na parking i szyld McDonald's, który brzęczał przy każdym przejściu z żółtego na czerwone. Spała urywanymi, nierównymi kawałkami — jak się śpi w nocy na pokładzie samolotu.
O szóstej siedziała już wyprostowana, oparta o wezgłowie. Mdłości przestały być poranne — stały się czymś, co po prostu z nią mieszkało, gotowe na każde przebudzenie. Siedziała bez ruchu, a jej dłoń powędrowała pod koszulkę i ułożyła się płasko na podbrzuszu, wewnętrzną stroną dołem, tam gdzie kość łonowa stykała się z miękkim początkiem czegoś innego, i tak trwała.
Dwanaście tygodni i trzy dni. Książka, którą agencja wręczyła jej przy rejestracji, mówiła, że macica wychodzi ponad kość łonową gdzieś około jedenastego tygodnia. Mówiła o twardości. Nie mówiła, jakiej twardości powinna spodziewać się dłoń, która nigdy niczego się nie spodziewała. Siedziała bez ruchu i liczyła uderzenia własnego pulsu na nadgarstku.
Zabrała dłoń, zanim skończyła liczyć.
Automatyczna linia banku otwierała się o siódmej. Zadzwoniła o siódmej zero trzy. Robot przeprowadził ją przez menu dwa razy, zanim przyznał, że istnieje blokada, i trzeci raz, zanim ustąpił, że blokady nie można omówić przez telefon. Będzie musiała zgłosić się osobiście do oddziału z ważnym dokumentem tożsamości.
Dowód był w torbie. Torba leżała na łóżku.
Zamiast tego otworzyła aplikację bankową. Saldo było widoczne. Obok niego widniała mała ikonka kłódki. Tapnęła. Rozpatrzenie blokady konta może potrwać od 7 do 14 dni roboczych.
Dwa tygodnie. Apteka na Dorchester nie poczeka dwóch tygodni. Mara nie poczeka. Zamknęła aplikację.
Linia pomocy prawnej otwierała się o ósmej. Zadzwoniła o ósmej pięć. Jakaś kobieta poprosiła ją o chwilę cierpliwości. Muzyka podczas oczekiwania składała się z jednej figury fortepianowej, która zapętlała się co dwadzieścia dwie sekundy. Eve policzyła czterdzieści jeden pętli, zanim ktoś odebrał.
Głos mężczyzny. Według brzmienia — pięćdziesiąt kilka lat. Z tyłu — odgłosy biura: telefony, drukarka, ktoś śmiejący się z czegoś niezwiązanego z rozmową.
— Surogacja — powiedział, gdy streściła mu sytuację. — Surogatka czy zleceniodawczyni?
— Surogatka.
— Umowa?
— Tak.
— Ma pani kopię?
— Wczoraj odwołano mi dostęp do iCloud.
Nastąpiła pauza zawierająca informację. — Klauzula jurysdykcyjna w dokumencie?
— Nevada.
Wypuścił powietrze. — Proszę pani. Będę mówił przez mniej więcej minutę, a potem się rozłączę, bo mam dziś jeszcze dziewięć takich spraw, dobrze? Nevada oznacza, że umowa wykonuje się zgodnie z prawem Nevady bez względu na to, gdzie pani mieszka. Nevada przyznaje zleceniodawcom szerokie uprawnienia — zmiana miejsca zamieszkania, nadzór medyczny, pełnomocnik z upoważnienia. Żeby wyrwać się z takiej umowy, trzeba by udowodnić jej nieważność. Oszustwo, przymus, coś w tym rodzaju. Przymus — podpisała pani za pieniądze — to nie jest przymus w rozumieniu prawa Nevady. Oszustwo — ktoś okłamał panią w kwestii czegoś zawartego w dokumencie. To jest możliwe. Ale potrzebuje pani prywatnego adwokata specjalizującego się w sporach surogacyjnych w Nevadzie, potrzebuje pani pieniędzy albo umowy o wynagrodzeniu warunkowym, i potrzebuje pani kopii umowy, której pani nie ma. — Po jego stronie zamknął się jakiś segregator. — My takich spraw nie przyjmujemy. Przykro mi. Proszę spróbować przez izbę adwokacką. Prowadzą listę.
Zaczęła mówić.
— Proszę pani — przerwał. — Powodzenia.
Się rozłączył.
Trzymała telefon przy uchu przez czas, jaki zajęło połączeniu zarejestrowanie się jako zakończone na ekranie, a potem odłożyła go na kołdrę, tam gdzie nie będzie go słychać.

Był numer do Northbridge, który miała dzwonić tylko po godzinach, tylko w nagłych przypadkach. Nie dzwoniła. Spróbowała teraz, bo chciała wiedzieć, czy wszystkie drzwi zamykają się tak samo, zanim przestanie na drzwi naciskać.
Zadzwoniło raz.
„Połączyłeś się z aktami sprawy Eve Halloran. Operator jest niedostępny. Proszę zostawić wiadomość."
Rozłączyła się przed sygnałem.
Odłożyła telefon ekranem do dołu na kołdrę i wstała.
The Pemberton o południu był barem, który znała. Weszła przez boczne drzwi, bo boczne drzwi prowadziły obok magazynu, a w magazynie był hak, na którym wisiał jej fartuch w dni powszednie. Gabinet Donny świecił pustką. Przy wejściu stała nowa twarz. Eve minęła ją tak, jak mijała każdą nową twarz na każdej zmianie — z lekkim pochyleniem do przodu, z ciężarem człowieka, który tu pracuje.
Fartuch wisiał na haku. Jej imię wyblakłym pisakiem do prania na wewnętrznej stronie paska. Zdjęła go z haka, złożyła raz i wsunęła do torby. Wzięła zapasową pomadkę z drugiego haka. Wzięła kieszonkową książkę, którą czytała na przerwach papierosowych, przycisnęła ją do biodra i w czasie potrzebnym na podjęcie decyzji postanowiła, że ją weźmie. Magazyn pachniał tak jak zawsze o południu — skórką cytrusów z porannych przygotowań, zimnym mydłem do gumowych mat, cienką ciepłą nutą z linii zmywania przebijającą przez ścianę. Stała tam o jeden oddech dłużej, niż było trzeba, a potem wyszła.
Tomas był przy barze, kiedy przechodziła z powrotem.
Obsługiwał tłum lunchowy — trzech mężczyzn w garniturach przy ladzie, kobieta z laptopem w rogu, dwa stoliki po śniadaniu zamienione na drinki. Zobaczył ją. Ręka nie przerywała nalewania.
Gdy garnitury miały już swoje drinki, postawił szklankę wody na barze w miejscu, gdzie by stała, i podłożył pod nią małą białą serwetkę tak, jak kładł wodę przed każdym gościem. Wzrok trzymał przy nalewaniu.
Podeszła. Usiadła na stołku na końcu, gdzie siadywali stali bywalcy, gdzie sama siedziała z kawą na przerwie dwa lata temu, gdy padła klimatyzacja i Tomas przyniósł wentylator z kuchni.
Wypiła wodę w dwóch łykach. Woda smakowała filtrem i była zimna.
Podszedł wzdłuż baru. Zatrzymał się po drugiej stronie lady. Złożył świeży ściereczkę i wsunął ją pod pustą szklankę, po czym dwukrotnie stuknął dwoma palcami w drewno obok — ten drobny, prywatny sygnał, którym stukał, gdy gość został obsłużony, a kelner podziękowany.
„Coś do jedzenia" — powiedział. To nie było pytanie.
„Nie. Dziękuję."
„Masz telefon?"
„Tak."
„Trzymaj przy sobie."

Kiwnęła głową. Wrócił wzdłuż lady do garniturów. Kobieta z laptopem roześmiała się przy czymś na ekranie i dźwięk poniósł się przez pusty środek sali, a Tomas powiedział coś do jednego z garniturów, na co tamten uniósł szklankę o centymetr w małym geście uznania, i żadne z tego już do niej nie należało. Zostawiła szklankę na serwetce i wyszła bocznymi drzwiami, a front sali minęła bez odwracania głowy, bo front sali nie był jej.
Wróciła do motelu piechotą, bo taksówki kosztują, a autobus bez sensu dwa razy przekraczał rzekę. Minęła delikatesy, gdzie poprzedniego dnia kupiła zupę. Zupa stała w torebce na wynos u podnóża łóżka, szczelnie zamknięta, zimna i psuła się w ciemności. Wyrzuci ją, gdy wróci do pokoju. Nie kupi zupy przez długi czas.
Mass Ave była głośna na rogu, gdzie ruch z mostu zderzał się z poprzecznymi ulicami, a wiatr znad rzeki niósł metaliczny zapach wody późną jesienią, i szła z rękoma w kieszeniach i ze schowanym podbródkiem — tak, jak idzie człowiek, który nie chce, żeby obcy czytali mu twarz.
Telefon zawibrował w kieszeni płaszcza przy Mass Ave. Jedno wibrowanie. Wiadomość.
Zostawiła ją nieprzeczytaną na ulicy.
W pokoju odłożyła torbę, zaciągnęła łańcuszek, oparła się plecami o drzwi i przeczytała.
Jutro, 14:00. The Talbot Inn, pokój 14, South End. — Northbridge Coordinator.
Nad wiadomością nie było numeru. Adres był adresem, którego nie znała. Numer pokoju został wybrany — i ten fakt leżał pod resztą tekstu jak mały płaski kamień.
Coordinator. Słowo, które usłyszała wczoraj w drzwiach sali ultrasonograficznej, na granatowej marynarce z uśmiechem, który się nie poruszał. Czy wiadomość pochodziła od tej kobiety, czy od kogoś, kto posłużył się tym tytułem, bo tytuł wykonał już robotę, której wiadomość potrzebowała — na to pytanie wiadomość nie odpowiadała.
Dotknęła adresu. Otworzyła się mapa. Motel stał przy fragmencie South End, którego nie znała — przy ulicy, na którą nigdy nie miała powodu wejść.
Nastawiła alarm na południe. Ikona pojawiła się u góry ekranu: mały zegar ze wskazówkami na dwunastej. Rzuciła na nią jedno spojrzenie.
Odłożyła telefon ekranem do dołu na nocny stolik, ekran zgasł i razem z nim zgasł pokój; na zewnątrz szyld McDonald's przechodził z żółtego w czerwone i z powrotem, a listwy żaluzji kroiły sufit pasami barw.
Dwanaście tygodni i trzy dni. Wsunęła dłoń pod koszulę i przyłożyła ją płasko do podbrzusza, w tym samym miejscu co rano. Trzymała ją tam.
Do alarmu miała trzynaście godzin i czterdzieści minut.
