TaleSpace

Rozdział 3

Samochód wynajęty stał przy krawężniku na rogu Bank i Hudson szóstej trzydzieści, i Lena somewhere między pierwszą a drugą filiżanką zdecydowała, że to nie ona zacznie rozmowę.

Adrian został za kierownicą. Przechylił się, by otworzyć drzwi pasażera, a ona wsiadła z papierowym kubkiem, który przestał być ciepły, zanim przeszła ulicę.

— Dzień dobry.

— Dzień dobry.

Ruszył bez zbędnych słów. Aleja była pełna ciężarówek dostawczych i jednego rowerzysty w odblaskowej żółci. Ona umieściła torebkę u swoich stóp. Położyła teczkę na konsoli między nimi, a dziesięć minut później, na FDR jadąc na północ, jego telefon zaczął dzwonić.

Na desce rozdzielczej wyświetliło się C. Reeve.

Adrian dotknął kierownicy.

— Caleb.

— Adrian. Wy z Mercer w samochodzie?

— Na FDR.

— Hartwell sprawdzi, czy dacie radę siedzieć w jednym pomieszczeniu bez wytykania się palcami. Kto prowadzi spotkanie — już ustaliliście między sobą, czy pozwalamy mu zdecydować?

— Ustaliliśmy.

— Dobrze. To dziś nie renegocjacja, to audyt geometrii. Więc nie sprzeczajcie się przy drobiazgach. Zrozumiano?

— Zrozumiano.

— Mercer.

— Tak.

— Rób notatki, których nie zapisujesz. Zadzwoń do mnie z parkingu, jak wyjdziecie.

Połączenie zostało przerwane. Wnętrze odzyskało ten rodzaj ciszy, jaki ma wnętrze, gdy coś zostało w nim właśnie powiedziane. Oczy Adriana były na drodze. Rzeka za prawym oknem miała prawie kolor łupku.

Teczka na konsoli nie należała teraz do żadnego z nich.

Druga rozmowa przyszła o siódmej piętnaście, gdzieś za Yonkers. Sloan, ostrzejsza niż jej pora.

— Powiedz mi, że już jesteście w drodze.

— Jesteśmy w drodze.

— Iris przesłała mi coś dzisiaj rano, co powinno przyjść od niej dwa dni temu. Hartwell chce cyfr. Nie prezentacji. Cyfr. Wysyłam je teraz na twój telefon.

— Sloan.

— Wysyłam je teraz na twój telefon.

— Dziękuję.

Chwila przerwy. Potem, ciszej, głos osoby sprawdzającej, czy półka, na którą wczoraj coś odłożyła, nadal trzyma.

— Jest coś, co powinnam wiedzieć?

— Nie.

— Dobra.

Adrian rzucił okiem raz. Zauważył kubek w jej ręce i milczał. Przekroczyli granicę Connecticut o siódmej czterdzieści. Sygnał zniknął o siódmej czterdzieści trzy. Przez dziewiętnaście minut w samochodzie nie było nikogo poza nimi dwójką i zegarem na desce rozdzielczej.

Otworzył usta w ósmej minucie i zamknął je w dziewiątej.

Za oknem drzewa oddały już większość tego, co miały oddać w tym roku. Gałęzie miały mokry, czarny charakter. Autobus szkolny minął w drugim pasie, pełen dzieci, z których żadne nie miało powodu patrzeć na nią, a jedno patrzyło.

W osiemnastej minucie sygnał wrócił. Wdech Adriana trwał przez count poza tym, gdzie wdech się kończy, a zdanie zaczyna, i potem wypuścił go bez zdania. Gdy droga skręciła na zachód w stronę Litchfield, moment się utrwalił.

Biuro Hartwella było na drugim piętrze farmhousu jego ojca, z dobudówką, która nie udawała, że pasuje. Okno za jego biurkiem wychodziło na sad jabłkowy, którego w tym roku nie zebrano. Owoce na gałęziach. Owoce na ziemi.

Spotkał ich sam przy drzwiach. Sześćdziesiąt w twarzy, czterdzieści w barkach. Ścisnął dłoń Adriana, potem Leny, potem znowu Adriana — nawyk, nie afront — przez płaszcz Filson i koszulę, która była prana poza pytaniem, jaki niebieski był na początku.

— Kawe macie fatalną — powiedział. — Siadajcie.

Stół to był stół kuchenny, który ktoś postanowił nazywać stołem konferencyjnym. Cztery krzesła. On zajął jedno. Oni zajęli dwa naprzeciw. Czwarte krzesło było puste w ten sposób, w jaki czwarte krzesła bywają puste.

Otworzył teczkę, z zakładkami w trzech miejscach. Przełączył na pierwszą zakładkę i przesunął stronę przez stół.

— Strona jedenaście. Klauzula stabilności kierownictwa, którą wasz poprzednik podpisał w 2019. Moje konto ma prawo do jednego nazwanego odpowiedzialnego wykonawcy, po zamknięciu, przez dziewięćdziesiąt dni. Zamykacie w listopadzie. To daje wam do lutego. Więc. Kto to jest.

Lena przeczytała klauzulę bez podnoszenia strony.

— Do końca miesiąca będziemy mieli dla pana nazwę.

— Do końca miesiąca będzie pan miał nazwę. Dziś mam dwie.

— Dziś ma pan współprzywództwo — powiedział Adrian, z łatwością — bo alternatywą jest udawanie przez jednego z nas, że obaj nie mamy udziału w pańskim koncie. To nie jest człowiek, który lubi takie udawanie.

Hartwell spojrzał na niego. Potem na nią. Potem na sad.

— Słyszałem pewne rzeczy — powiedział. — Nie od waszej konkurencji. Od waszych dostawców. W branży czuje się, że ten, kto kieruje tą fuzją, nie jest w tym pokoju z wami dwojgiem.

— To jest uczucie.

— To jest uczucie, które już kiedyś miałem.

— I ile to pana kosztowało, ostatnim razem, gdy je pan miał.

Sad przepuścił przez siebie wiatr raz jeszcze. Przez dłuższą chwilę patrzył na nią uważnie.

— Relację z dostawcą, nad którą pracowałem osiem lat.

— Więc nie będziemy tą relacją.

Pokój wstrzymał oddech. Przeprowadził ich przez główne warunki, jesienną ekspozycję, wiosenny katalog. Adrian był dobry. Lena była lepsza. Pozwolił temu minąć bez komentarza.

O szesnaste dwadzieścia, gdy ich wyprowadzał, światło nad sadem nabrało koloru zbrązowiałej łyżki, a wiatr powiał skądkolwiek z północy.

W drzwiach trzymał jej rękę o uderzenie serca dłużej, niż wymagał tego uścisk.

— Stoi pani bliżej niego, niż szła pani wejściem.

Utrzymała jego wzrok i pozwoliła ciszy odpowiedzieć za nią.

Skłonił głową raz i zamknął drzwi.

W SUV-ie Adrian siedział z ręką na kluczyku i pozwolił jej tam zostać.

— On wie.

— Wie, że jesteśmy zsynchronizowani. Nie wie co.

— Wie wystarczająco dużo.

Uruchomił silnik. Sad zniknął w lusterku bocznym, potem dom, potem brama, i znaleźli się na drodze stanowej z słońcem za plecami i zmierzchem nadchodzącym coraz uczciwiej z każdą milą.

Dwadzieścia minut na wschód powiedział: — Gdy to się skończy, porozmawiamy.

— Gdy to się skończy — odparła.

To była cała rozmowa.

Riverbend Inn był mleczarnią do lat osiemdziesiątych i od tamtej pory był ciągiem niepowiązanych rzeczy. W holu pachniało cydrem i takim dymem drewnianym, który przy bliższej inspekcji wychodził z gazowego wkładu. Recepcjonistka miała dwadzieścia trzy lata i była przepraszająca, zanim dotarli do lady.

— Jest pani Mercer i pan Vale?

— Tak.

— Tak mi przykro — jest konferencja w Albany, wszystkie nasze standardowe pokoje są zajęte, a mam was w systemie jako jeden pokój, dwa łóżka queen.

— Dwa łóżka queen.

— Jeden pokój.

Ekran, który recepcjonistka skierowała w jej stronę, głosił Westmark Integration / RSP — 1 room, 2Q. Przeczytała dalej RSP i nie zapytała. Trzecia litera była sprawą na jutro.

Obróciła się do Adriana, by zacząć sprzeciwiać się.

Jej telefon, w kieszeni płaszcza, zawibrował.

Zawibrował ponownie. I znowu. I znowu.

Wyjęła go z szybkością każdego telefonu w każdym holu w każdym mieście. Odblokowała kciukiem.

Pierwsze zdjęcie przedstawiało korytarz — Carrillo Hotel, korytarz z bieżnikiem w kolorze wielbłąda i atramentu i oświetleniem o jeden stopień zbyt ciepłym, znacznik czasu 1:51 w nocy. Drugie pokazywało windę: pojedyncza ściana z lustrem, dwie postacie, 1:53. Trzecie przedstawiało bar — mosiężną poręcz, butelki oświetlone od dołu.

Czwarte pokazywało bar z innego kąta, jej twarz, jego ramię. Piąte przedstawiało korytarz ponownie, później, 2:09, dwie postacie idące bieżnikiem w kolorze wielbłąda od strony wind. Szóste pokazywało drzwi pokoju 712, oboje przed nimi, jej dłoń na karcie, jego na jej dole pleców, zegar w rogu wskazywał 2:13.

Tekst pod szóstym głosił:

Bądźcie grzeczni, albo wysyłam to do obu zarządów. Jutro.

Odwróciła ekran od recepcjonistki z powolnością, która nie była decyzją i nie była zaprzeczeniem. To była powolność osoby, która wiedziała, że jest obserwowana, i odmawiała bycia obserwowaną szybciej, niż pozwalała.

Adrian stanął u jej boku. Zobaczył jej twarz, zobaczył telefon i zachował zamknięte usta.

Wyjął kartę z portfela. Położył ją na ladzie.

— Weźmiemy ten pokój.

Recepcjonistka podała im klucze, wskazała windę i ułożyła twarz wokół geometrii tego, czego nie do końca widziała. Korytarz do windy miał dwa oprawione zdjęcia mleczarni z lat pięćdziesiątych i jedno z koniem. Kabina była drewniana. Adrian nacisnął przycisk.

Drzwi otworzyły się na pustą przestrzeń. Weszli do środka.

Jego dłoń pozostała blisko jej dołu pleców. Nie dotknął jej. Drzwi się zamknęły.

Jej telefon zawibrował.

Raz.

Zostawiła go w dłoni i nie musiała patrzeć. Kabina ruszyła między piętrami. Słoje drewna w panelu były łatane w jednym rogu, nieco innym odcieniem niż reszta, i patrzyła na tę łatę, bo patrzenie na Adriana nie było, właśnie w tej chwili, dostępne.

— Lena.

— Czekaj.

Wyjęła telefon. Trzymała go pod kątem, żeby widział.

Obraz przedstawiał te same drzwi. Te same dwie postacie. Krok dalej w głąb. Jej włosy były rozpuszczone. Jego dłoń na jej biodrze. Znacznik czasu w rogu obrazu wskazywał 2:14 w nocy.

Kabina zatrzymała się między piętrami.

Oboje stali w miejscu i pozwolili jej tak zostać.

It's just getting good…

Enter your email to see what happens next.

4.9 od 5 700+ czytelników
Masz już konto? Zaloguj się