TaleSpace
Anna

Anna

Kawa i opowieści ☕

Ich idealny przepis

4.7(502)
Rozdział 1 · 5 min czytania
8.3K
#RomansWspółczesny#Hurt/Comfort#GrumpyxSunshine#ForcedProximity#MedicalRomance
Był upadłym królem o spalonym dotyku, gotowym złamać jedyną kobietę, która odważyła się wejść prosto w jego ogień. Lecz w popiołach jego zrujnowanego życia to właśnie jej niezachwiane sunshine okazało się jedynym, co mogło przywrócić go do życia.

„Zepsute zabawki”

Zanim świadomość w pełni powróciła, zanim jeszcze pulsowanie w kończynach dało o sobie znać, nastąpił atak na zmysł powonienia. Nie unosił się tu ani metaliczny posmak krwi, ani zwęglony, gryzący zapach spalonego drewna – wspomnienia definiujące ostatnie chwile starego życia. Zamiast tego powietrze przesycało coś gorszego. Przemysłowy wybielacz cytrynowy zmieszany z medycznym środkiem do sterylizacji oblepiał gardło, pozostawiając gęstą, sztuczną powłokę, która zagłuszała wszystko inne.

Zniknęło wspomnienie tymianku. Gdzieś głęboko spoczywał duch szalotek duszonych na maśle, ostrej słodyczy redukowanego octu balsamicznego czy orzechowego aromatu idealnie obsmażonego małża św. Jakuba. Te zapachy należały do świata, który spłonął. Pozostały tylko beżowe ściany i beznadziejna czystość.

Jadon Wilde. Nazwisko, które kiedyś przyciągało uwagę w zatłoczonych salach restauracyjnych, szeptane z nabożną czcią w szkołach kulinarnych i wykrzykiwane ze strachem w kuchniach od London po New York. „Golden Boy”. Tyran o dłoniach ubezpieczonych na miliony.

Teraz na jego kolanach, przykrytych cienkim, szorstkim szpitalnym kocem, spoczywały dwa ciężkie, bezużyteczne ciężary. Groteskowe kokony z białej gazy i tkaniny uciskowej pulsowały w rytm powolnego, ociężałego bicia serca. Pod warstwami opatrunku ciało wydawało się napięte, obce, jakby skóra skurczyła się o dwa rozmiary i była zbyt ciasna dla kości pod nią. Przestały być instrumentami tworzenia; stały się kotwicami ciągnącymi resztę ciała w głębiny tego antyseptycznego piekła.

Trzy miesiące. Dziewięćdziesiąt dni spędzonych na wpatrywaniu się w te same brudnobiałe kafelki sufitowe, na liczeniu perforacji, aż liczby zaczęły się zacierać. Dziewięćdziesiąt dni, odkąd Alchemy obróciła się w popiół. Dziewięćdziesiąt dni bycia „trudnym przypadkiem” w placówce szczycącej się dyskrecją i cudami.

Pokój definiował kosztowny, bezosobowy komfort. Fotel z wysokim oparciem czekał na gości, którzy nigdy nie przyszli. Telewizor pozostawał wiecznie ciemny, odbijając w czarnym ekranie jedynie kogoś obcego – wychudzonego mężczyznę o zapadniętych oczach, z zarostem drapiącym poszewkę poduszki niczym papier ścierny.

Za oknem świat toczył się z obraźliwą normalnością. Poruszając się metodycznie po wypielęgnowanym trawniku, ogrodnik przycinał żywopłoty z geometryczną precyzją. Ciach. Ciach. Ciach. Rytm był doprowadzający do szału. Precyzyjny. Kontrolowany. Wszystko to, czym życie w tym pokoju nie było.

Bez pukania ciśnienie powietrza w pokoju uległo zmianie.

Większość personelu wchodziła z niepewnym szuraniem, przerażona wściekłością czającą się w Room 304, ale to wejście było inne. Energiczne. Celowe. Gumowe podeszwy trampek zapiszczały o linoleum z irytującym skrzypnięciem.

Jadon odmówił obrócenia wózka. Obserwowanie ogrodnika wydawało się bezpieczniejsze; ogrodnik nie okazywał litości.

„Mr. Wilde?”

Głos, przebijający się przez szum klimatyzacji, pozbawiony był mdłej słodyczy, jakiej pielęgniarki używały wobec pacjentów, których uważały za nierozgarnięte dzieci. Nie było w nim śladu drżącej służalczości, tak powszechnej u stażystów. Czysty i dźwięczny, uderzył w ucho z klarownością kryształowego kieliszka potrąconego srebrną łyżeczką.

Powoli, przy akompaniamencie mechanicznego warkotu elektrycznego wózka, świat się obrócił. Okno odpłynęło, ukazując postać stojącą w drzwiach.

Róż.

W morzu stłumionych błękitów, szarości i bieli była neonową flarą. Nie delikatnym pastelem, lecz agresywnym, wibrującym odcieniem kwitnącej piwonii. Był to kolor domagający się uwagi, krzyczący o życiu, krwi i witalności – o wszystkim, co wyssano z tego pokoju.

Tocząc przegraną walkę z grawitacją, niedbały kok z miodowych włosów spoczywał na czubku jej głowy, a niesforne loki wymykały się, by obramować twarz o irytująco symetrycznych rysach. I uśmiechała się. Nie był to grzeczny, profesjonalny grymas, lecz szczery wyraz twarzy, który docierał aż do jej oczu.

„Mr. Wilde? Jestem Claire Riley. Pana nowa fizjoterapeutka”.

Pomiędzy wózkiem a drzwiami rozciągnęła się ciężka, dusząca cisza. Zazwyczaj ta cisza sprawiała, że ludzie wiercili się, sprawdzali zegarki lub jąkali przeprosiny. Ona nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Stała pewnie, z rękami spoczywającymi swobodnie wzdłuż ciała, a jej uśmiech przygasł tylko nieznacznie, zmieniając się w wyraz wyczekującej cierpliwości.

Dwaj poprzedni terapeuci wytrzymali odpowiednio tydzień i trzy dni. Ten drugi opuścił pokój szlochając. Ta tutaj, w scrubsach w kolorze piwonii i z czystym głosem, wyglądała na taką, która nie dotrwa do lunchu.

„Spóźniła się pani”. Warknięcie, drapane o struny głosowe nieprzyzwyczajone do mówienia, brzmiało jak tarcie żwiru. „Trzy minuty”.

Sprawdzając zegarek na nadgarstku – praktyczny, plastikowy przedmiot kontrastujący z delikatną strukturą kostną jej ręki – skinęła głową. „Odbierałam pana specjalistyczny sprzęt od koordynatora ds. zaopatrzenia. Gotowy do pracy?”

„Pracy?”

Po tych słowach nastąpił suchy, chrapliwy dźwięk pozbawiony humoru. Z celową, bolesną powolnością uniósł z kolan opatrunki przypominające maczugi. Ciasne i duszne rękawiczki uciskowe sprawiały, że jego palce wyglądały jak sztywne, nieruchome serdelki.

„Niech pani na to spojrzy, Claire Riley”. Imię, brzmiące obco, wydawało się zbyt lekkie jak na powagę sytuacji. „Co dokładnie zamierza pani zrobić z tymi zgliszczami? Nauczyć mnie znowu trzymać widelec? Kazać mi układać klocki jak brzdącowi?”

Wchodząc w pełni do pokoju, pozwoliła drzwiom zatrzasnąć się za nią. Chwilę później dotarł do niego jej zapach – rześka, zielona woń świeżo skoszonej trawy i skórki cytrynowej. Przebijając się przez zapach wybielacza, wydawała się inwazyjna i ostra. Rzuciła ciężką płócienną torbę na szafkę nocną; metaliczny brzęk przesuwającego się wewnątrz sprzętu zabrzmiał niczym groźba.

„Pana dłonie są pana instrumentem”, powiedziała, odwrócona tyłem, gdy zaczęła się rozpakowywać. Jej ton pozostał konwersacyjny, jakby rozmawiała o pogodzie, a nie o ruinie kariery. „Są genialne. Czytałam artykuły. Wiem, co potrafiły zrobić. Ale w tej chwili są jak niedźwiedź śpiący zimą. Spięte. Zimne. Wściekłe. Naszym zadaniem nie jest tylko ich obudzenie. Mamy je nauczyć, jak znowu oddychać”.

„Oddychać?” Absurdalność tej sytuacji wywołała nową falę jadu. „To nie są płuca. To spalone mięso. Postradała pani zmysły?”

„Absolutnie”. Prostując się, odwróciła się z powrotem w stronę wózka. W dłoni trzymała przedmiot wyjęty z torby.

Powietrze uleciało z pokoju.

To musiał być żart. Chory, pokręcony dowcip wymyślony przez wszechświat, by jeszcze głębiej wbić nóż.

Jasnoróżowa. Miękka. Gumowa.

Piłeczka antystresowa. Taka, jakie rozdaje się na wyjazdach integracyjnych albo znajduje na dnie skrzyni z zabawkami. Radosna i na wskroś żałosna, spoczywała na jej dłoni na tle klinicznego otoczenia.

„Co... to jest?” Pytanie, zadane niebezpiecznym szeptem, niosło w sobie ton, który sprawiał, że su-chefowie drżeli i upuszczali patelnie.

„To terapeutyczna sfera oporowa”, odpowiedziała, używając technicznej nazwy, jakby to zmieniało jej naturę. Jej radosne usposobienie pozostało niezachwiane, stanowiąc teflonową powłokę przeciwko kwasowi wypełniającemu pokój. „Zaczynamy od małych rzeczy. Odbudowa siły chwytu. Podstawowe szlaki neuronowe. Proszę ją po prostu ścisnąć”.

Wyciągając ramię, pozwoliła żałosnej różowej kuli zawisnąć w przestrzeni między nimi.

Ta fizyczna zniewaga zabolała niczym spoliczkowanie. Jadon Wilde, który władał ręcznie kutaną japońską stalą, który rozumiał precyzyjną gęstość trufli i dokładne napięcie wymagane do wyluzowania przepiórki bez przebicia skóry... otrzymywał zabawkę.

Mimowolnie przemknęły mu przed oczami gwałtowne wspomnienia. Ciężar idealnie wyważonej rękojeści noża. Gorąco wydawki. Ryk palników gazowych. Kontrola. Absolutna, boska kontrola nad ogniem i jedzeniem.

A teraz? Ściśnij różową piłeczkę.

Płynna wściekłość wezbrała w trzewiach, zalewając klatkę piersiową, a po niej nadeszła fala rozpaczy tak czarnej, że groziła pochłonięciem światła w pokoju. Osaczyło go przemożne pragnienie, by krzyczeć, wywrócić stół, wyrwać stojak na kroplówkę ze ściany. Fizyczna potrzeba wymazania tej kobiety i jej jaskrawych kolorów z istnienia przejęła nad nim władzę.

Ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Ciało pozostało słabe.

Walcząc z drżeniem, które zaczęło się w ramionach i zbiegało w dół rąk, przeniósł wzrok z piłeczki na jej twarz. Z zamiarem spopielenia jej, przygotował słowne obdarcie ze skóry tak dotkliwe, że uciekłaby z pokoju i nigdy nie wróciła.

Zwężone oczy skanowały ją w poszukiwaniu słabości. Luźnej nitki. Skazy na ideale.

I wtedy to dostrzegł.

Czekając, będąc uosobieniem profesjonalnego opanowania, stała źle. Przeniosła ciężar ciała. Subtelnie – mikro-korekta bioder, lekkie faworyzowanie prawej nogi. Jej lewa stopa spoczywała na podłodze z odrobinę mniejszym naciskiem niż prawa. Malutki grymas bólu, stłumiony, zanim jeszcze dotarł do kącika oka, napiął skórę wokół jej skroni.

Utykanie.

Ukryte, tłumione, opanowane... ale obecne.

Pęknięcie. Szczelina w tej piwoniowo-różowej fasadzie. Oznaka uszkodzenia w nieskazitelnej strukturze.

To odurzające odkrycie dało mu przewagę. Trucizna gotująca się wewnątrz znalazła cel, krystalizując się w coś zimnego i ostrego, w lodowe ostrze gotowe utoczyć krwi.

Usta wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu. Nie był to uśmiech, lecz wyszczerzenie zębów.

Z bolesnym wysiłkiem wyciągnął zabandażowane dłonie. Niezdarne, otępiałe palce wyrwały różową piłeczkę z jej dłoni. Miękka i uległa, drwiła ze sztywności blizn.

Utkwił wzrok w jej oczach. Szerokie i w kolorze zielonej herbaty, skrywały iskrę nadziei; myślała, że mu się podporządkowuje. Myślała, że wygrała.

„Powiedz mi, Claire...”

Głos, opadając do gładkiego, niemal jedwabistego tonu, prześlizgnął się po żwirze nieużywanych strun. Był to głos drapieżnika, który zauważył krwawy ślad.

„Co się w tobie zepsuło, sunshine, że wylądowałaś tutaj... naprawiając takie zepsute zabawki jak ja?”