TaleSpace

Krzywe Kotwica

Upadek był wstrząsającym szarpnięciem w żołądku, przerażonym westchnieniem uwięzionym w ściśniętym strachem gardle. Przez jeden uderzenie serca istniał tylko ryczący wiatr i przerażająca chwila nieważkości. Isolde mocno zamknęła oczy, przygotowując się na miażdżący uderzenie kamieni poniżej.

Nigdy nie nastąpiło.

Zamiast tego nastąpiło gwałtowne, trzęsące kośćmi szarpnięcie, które prawie wyrwało jej ramiona z panewek. Gareth nie skoczył w ciemno. W chaosie, niezauważony przez nią, zrzucił ciężki zwój liny z balkonu — linę, którą musiał przymocować podczas swojego cichego przybycia. Jego wolne ramię, jak obręcz z żelaza wokół jej talii, przyjęło siłę wstrząsu, gdy lina się naprężyła.

Kołysali się dziko w ciemności, uderzając o szorstki, mokry kamień zamkowych murów. W idealnych warunkach spuszciliby się na linie. W rzeczywistości zjeżdżali. To był kontrolowany spadek, Gareth w rękawicy dymił przeciwko konopnym włóknom, łamiąc ich upadek, zwalniając wystarczająco, by nie zginęli, ale nie dość, by było to łagodne.

„Przygotuj się!", zaryczał przez wiatr.

Isolde nie miała czasu zapytać, na co. Czarna tafla fosy wyrosła przed nimi.

Uderzyli w wodę z siłą, która wybiła jej powietrze z płuc. To było paraliżujące — ściana zlodowaciałej, stojącej ciemności, która pochłonęła ich w całości. Ciężar jej aksamitnej sukni, chłonącej wodę natychmiast, stał się kotwicą, wciągając ją w muł i brud zamkowych nieczystości.

Panika, ostra i pierwotna, rozdarła ją. Przebielała się, plącząc w nieskończonych jardach jedwabiu i pereł. Utonę, pomyślała ze dziwną, odręczną jasnością. Uciekłam przed księciem tylko po to, by utonąć w jego fosie.

Wtedy ręka chwyciła ją za tył kołnierza. To nie było delikatne ratowanie; to było brutalne wyciągnięcie. Gareth kopnął w stronę powierzchni, ciągnąc ją ze sobą jak worek mokrego ziarna. Wystartowali na powierzchnię, łapczywie chwytając powietrze, które pachniało deszczem i zgnilizną.

„Kop!", warknął, wypluwając wodę z fosy. „Rusz nogami, bo nas oboje zatopisz!"

Isolde kopała, jej kończyny były ciężkie i zdrętwiałe. Gareth holował ją w stronę drugiego brzegu, jego pociągnięcia były potężne mimo ciężaru zbroi. Wdrapali się po śliskim błotnistym nasypie, ślizgając się i chwytając korzeni wierzb, które rosły przy brzegu wody.

Gdy w końcu opadli na trawę, Isolde mogła tylko wymiotować, wykasłując obrzydliwą wodę. Drżała tak gwałtownie, że zęby jej szczękały. Podniosła wzrok na zamek górujący nad nimi. Pochodnie zapalały się na murach obronnych jak gniewne świetliki. Dzwon alarmowy zaczął bić — głęboki, żałobny dźwięk, który niósł się przez całe miasto. Bim... Bam... Bim...

„W górę", rozkazał Gareth. Już stał na nogach, wyciskając swój ciężki płaszcz. Spojrzał na zamek, oceniając czas reakcji strażników. „Będą mieli jeźdźców przy bramach za dziesięć minut. Musimy być niewidoczni w pięć."

„Ja... nie mogę", wysapała Isolde, próbując się podnieść. Jej suknia wydawała się ważyć sto funtów. „Jest za ciężka."

Gareth nie podał jej ręki. Pochylił się, chwycił ją za ramię i postawił na nogi z siłą, która graniczyła z brutalnością.

„Wynajęłaś porywacza, Wysokość", syknął, jego twarz była blisko jej twarzy. W ciemności blizna nad jego okiem wyglądała jak świeża rana. „Porywacze nie noszą swoich ofiar na rękach. Oni je ciągną. Teraz ruszaj się."

Zaciągnął ją w cienie drzew, z dala od głównej drogi i w labirynt dolnego miasta.

Podróż, która nastąpiła, była rozmytą plamą nędzy. Isolde żyła w stolicy przez całe swoje życie, ale nigdy nie widziała tej jej strony. Gareth prowadził ją wąskimi, krętymi zaułkami, które pachniały rybnymi wnętrznościami, garbarniczym moczem i niemytymi ciałami. Brodzili przez rowy odwadniające, by uniknąć patroli, zlodowaciałe błoto sięgało im do kolan.

Za każdym razem, gdy się potknęła, Gareth szarpnął ją do przodu. Nie mówił nic, poza wydawanymi ostrymi, krótkimi rozkazami. „Głowa w dół." „Cicho." „Czekaj." Poruszał się z paranoją ściganego wilka, zastygając przy dźwięku odległych kopyt, wpychając ich w nisze z zabitych sklepów, dopóki nie minęło niebezpieczeństwo.

Początkowa adrenalina Isolde opadła, zastąpiona przez zmęczenie przenikające do kości i narastający, zimny gniew. Spodziewała się niebezpieczeństwa. Spodziewała się strachu. Nie spodziewała się tego... upokorzenia. Być ciągniętą przez rynsztok, traktowaną jak ładunek, ignorowaną i obmacaną.

Czy to tak smakuje wolność? zastanawiała się gorzko, wycierając błoto z policzka. Smakuje jak brud.

Po tym, co wydawało się godzinami, architektura się zmieniła. Kamienne budynki dzielnicy kupieckiej ustąpiły miejsca pochylonym, o konstrukcji z belek chlewom slumsów przy dokach. Tutaj mgła z rzeki mieszała się z dymem węglowych ognisk, tworząc gęstą, szarą zupę, która ukrywała wszystko.

Gareth zatrzymał się przed budynkiem, który wyglądał, jakby był trzymany razem przez zgniliznę i czysty upór. Wyblakły, drewniany znak skrzypiał nad drzwiami, przedstawiając kotwicę z wygiętym trzonkiem.

„The Crooked Anchor", mruknął. „Urocze."

Nie poszedł do frontowych drzwi, gdzie stłumiony ryk pijackich krzyków i tupot butów było słychać. Zamiast tego poprowadził ją bocznym zaułkiem do chybotliwych drewnianych schodów, które przylegały do zewnętrznej ściany karczmy, prowadząc na galerię drugiego piętra.

„Uważaj", szepnął. „Trzeci stopień jest zbutwiały."

Isolde weszła, jej mokre buty ślizgały się na omszałym drewnie. Na górze były pojedyncze, ciężkie drzwi. Gareth wydobył zardzewiały żelazny klucz z pasa — musiał wcześniej zabezpieczyć pokój — i przekręcił w zamku. Ustąpił z protestem.

Popchnął drzwi i skinął, by weszła.

Isolde wkroczyła do środka.

Pokój był mały, ledwie dziesięć kroków w poprzek. Sufit był niski i skośny, poplamiony sadzą z pojedynczej świecy z łoju, która stała na chwiejnym stole. Było wąskie łóżko z siennikiem, który wyglądał na guzowaty i szary, ciężka drewniana skrzynia w rogu i pojedyncze okno, szczelnie zamknięte na noc. Powietrze było zastałe, pachniało kwaśnym piwem i wilgotną wełną.

To było brudne. To była cela więzienna bez krat.

Gareth wszedł za nią i zamknął drzwi. Zatrzasnął ciężką żelazną zaszczękę, dźwięk odbił się echem jak strzał w małej przestrzeni.

Oparł się o drzwi, zjeżdżając po nich, aż usiadł na podłodze, jego długie nogi wyciągnięte. Przejechał ręką przez mokre włosy, wypuszczając długie oddech. Po raz pierwszy od wejścia do jej komnat wyglądał na zmęczonego.

Isolde stała na środku pokoju, kapiąc wodą na wygięte podłogowe deski. Objęła się ramionami, próbując przestać drżeć.

„Czy to jest to?", zapytała, jej głos drżał. „To jest twoja kryjówka?"

Gareth otworzył jedno oko. „Ma cztery ściany, drzwi, które się zamykają, a właściciel jest głuchy za odpowiednią cenę. To pałac w porównaniu z tym, gdzie będziemy, jeśli Valerian nas złapie."

„Pachnie jak stajnia", szepnęła, patrząc z przerażeniem na poplamiony siennik.

„Pachnie jak bezpieczeństwo", poprawił. Powoli wstał, zdejmując przemoczony skórzany kaftan. Kolczuga pod spodem cicho zabrzęczał. Podszedł do okna i wyjrzał przez szczelinę w okiennicy.

„Dzwony przestały bić", zauważył. „To oznacza, że początkowa panika minęła. Teraz zaczyna się zorganizowane poszukiwanie. Przeszukają górne miasto najpierw, potem bramy. Mamy do świtu, zanim zaczną wyważać drzwi w slumsach."

Obrócił się w jej stronę. W migoczącym świetle świecy wyglądał niebezpiecznie — duży, uzbrojony mężczyzna w maleńkim pokoju. Rzeczywistość jej sytuacji uderzyła w Isolde. Nie była już w zamku. Nie było strażników, których mogła wezwać, nie było służby, którą mogła rozkazywać. Była zamknięta w pokoju z najemnikiem, który zabijał mężczyzn za mniej złota niż miała na palcach.

Była całkowicie jego łasce.

Gareth zdawał się czytać strach w jej oczach. Jego wyraz twarzy stwardniał, krótki błysk zmęczenia zastąpiony jego zwykłą maską cynicznego dystansu. Jego oczy przesunęły się po niej, rejestrując zrujnowane, błotniste arcydzieło jej sukni, dreszcze i kpiąco uniesioną brodę.

„Witaj w swoim nowym życiu, Wysokość", powiedział, jego głos pozbawiony był jakiegokolwiek ciepła. „Staraj się nie czuć zbyt wygodnie."

Save your place — and your collection

Enter your email to keep your reading progress and add this book to your library 👇

4.9 od 5 700+ czytelników

Why do we ask for email?

  • We save your reading progress across devices
  • We'll resend your link if you ever lose it
  • New romance novels every week

We never spam — you can remove your email anytime.

Masz już konto? Zaloguj się